PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



01 lipca 2019

Salam Madagaskar - tam gdzie patrzyły na mnie lemury


Chcecie się przenieść w czasie do spalonej słońcem czerwonej ziemi, życia zależnego od pór roku i wylewów rzek, krainy Zibu, lemurów i baobabów? To spieszcie się cieszyć Madagaskarem, bo i tę piękną, daleką krainę dosięgła już ręka nienasyconego światowego rynku. Zniknęło 80% lasów, 15 gatunków lemurów, a wody wokół wyspy trzebione są z ryb przez wielokilometrowe chińskie sieci. Kraj kontrolowany przez Francję nie ma większych szans na rozwój gospodarczy. Brak możliwości podjęcia pracy i niekontrolowana wielodzietność sprawiają, że warunki życia są tu naprawdę ciężkie. Za to ludzie są wspaniali - mili i uśmiechnięci, po pracy mają czas dla siebie i rodziny. Nie siedzą z nosem w telefonach (przynajmniej nie wszyscy:)). Czas płynie tu inaczej, jeśli jeszcze nie macie dystansu do życia to pobyt na Madagaskarze może wszystko zmienić.

DROGI I BEZPIECZEŃSTWO
Wszystko o czym słyszeliśmy przed wyjazdem okazało się prawdą. Wyspiarskie życie wymaga uzbrojenia się w cierpliwość. Na lotnisku każdy spędzi przynajmniej godzinę, ale najlepiej dogadać się z hostelem, który wyśle po nas taksówkę - koszt niewielki (50000Ar (czyli ok.50zł.) - w Ariarach w przełożeniu na złote dla uproszczenia obcinamy trzy zera), a późno w nocy większy spokój i kierowca poczeka, aż załatwimy wszystkie sprawy. Na lotnisku można wymienić kasę, ale lepszy kurs będzie w banku na mieście (Poza Taną banki i bankomaty są TYLKO w największych miastach). W Antananarivo spaliśmy w super miejscu, które zdecydowanie polecam (Tana-Jocaranda). Antananarivo (Tana) - stolica, jest położona w górach, temperatura jest tu powiedzmy przynajmniej o 10 stopni niższa niż na wybrzeżu. Zimą (kiedy najchętniej odwiedzamy Madagaskar) w Tanie jest naprawdę zimno - nie wiem dlaczego, ale nas to zaskoczyło, a wystarczyło przed wyjazdem spojrzeć na mapę :). Nasze plany już na starcie zostały zmienione, bo drogi są faktycznie w różnym stanie - trzeba też założyć nieprzewidziane korki, awarie, wypadki, zerwane lub uszkodzone mosty albo anomalie pogodowe. Dla przykładu droga z Morondavy do Antananarivo (ok.600km) zajęła nam 15 godzin - z jedną dłuższą przerwą na lunch. 
Prawdą jest problem z bezpieczeństwem, po pierwsze nie wszyscy tu lubią turystów (dla wielu jesteśmy vazah (wazau) - czyli obcy), często myślą, że wszyscy pochodzimy z Francji i chcemy im odebrać wolność i ziemię. Poza tym jak w wielu krajach bieda pcha ludzi do kradzieży - z tego powodu w wielu Parkach jeździ się obecnie w konwojach po kilka - kilkanaście aut. Jeśli sądzicie, że to bzdury i możecie bezpiecznie jeździć sami, albo publicznym transportem to jesteście w błędzie i zdecydowanie to odradzam. Ja też nie jestem zwolennikiem takiego ‘oglądania’ kraju przez szybę, ale tu naprawdę nie ma innego wyjścia. Wjazdy do wiosek i miasteczek często są zastawione szlabanami pilnowanymi przez żołnierzy, w nocy przez miejscową ludność - wszyscy z bronią palną. Napadają tu nie tylko na turystów. 

DZIECI 
Na Madagaskarze jest więcej dzieci niż dorosłych. Nie cierpią głodu, lecz niedostatek. Wszędzie gdzie pojawią się blade twarze, natychmiast pojawiają się też dzieci. Proszą o cukierki, długopisy - rzadziej o pieniądze). To my ich tego nauczyliśmy i dawanie czegokolwiek to droga donikąd. Przede wszystkim dawanie cukierków to absolutna masakra - od słodyczy psują się zęby i pomyślmy o tym ilu jest turystów - dzieci będą bolały brzuchy i będą niezdrowe od słodyczy! Długopisy czy zeszyty wydają się fajne - ale pomijając fakt, że uczymy dzieci wyciągania ręki do obcych to czy będziecie mieli gadżety dla wszystkich? Czy dacie tylko niektórym powodując wewnętrzne podziały i bójki? Ja dałam dzieciom bułkę - i więcej tego na pewno nie zrobię. Dorośli nie chcą żebyśmy dawali coś dzieciom - jeśli chcecie pomóc to zwiedzajcie i kupujcie - im potrzeba pracy i pieniędzy, a nie rozdawnictwa i tuczenia dzieci cukierkami.

PRZYRODA I AKTYWNOŚCI - czyli what to do in Madagascar?
Nurkowanie, wspinaczka, trekking, spływy kajakowe, rowery - to raj dla aktywnych! Piszcie bezpośrednio do wspaniałego lokalnego przewodnika, który był naszym organizatorem, nauczycielem, opiekunem, znakomitym kucharzem i został przyjacielem - Daddy: da_cool74@yahoo.fr. Niezrównana przyroda - 5% gatunków występuje tylko i wyłącznie na Madagaskarze! Nie ma żadnych jadowitych gatunków, a największy predator jest powiedzmy kotem o wielkości psa (fossa). Gdyby nie fakt, że ktoś wypuścił krokodyla nilowego do madagaskarskich rzek to nie mieliby żadnych zwierząt niebezpiecznych dla ludzi.



LEMURY 
Oczywiście lemury rozbijają bank - 115 różnych gatunków w tym lemury dzienne, wieczorne i nocne. Miękkie, puszyste zwierzątka. Zwinne i sprytne, mlaskają głośno, lubią owoce i rządzą u nich babki, które zresztą są większe od facetów. Długie ogonki pomagają im w utrzymaniu równowagi. U niektórych w okresie godowym jądra stają się większe od mózgów :D. Najmniejsze lemury - mikruski (to te od jąder większych od mózgu) ważą jedynie 45 gram. Największe lemury mają prawie metr wysokości i ważą od 7 do 9kg. Są ślepawe - dlatego kiedy chcą na Ciebie patrzeć to patrzą z bliska :). Najlepiej rozwinięty mają węch - w okresie suchym z kilku kilometrów potrafią wyczuć u turystów wodę i wtedy ich śledzą - nam się to niestety nie przytrafiło. Lemury rozmnażają się przez 3 tygodnie w roku. Wszystkie lemury są pod ochroną, ale niestety do dziś są w diecie Malgaszy. Pierwszego lemura przywieziono do Europy dopiero w XVIII wieku - pierwszy lemur w niewoli urodził się w Paryżu w 1984 roku :(. 

                                         To uczucie gdy patrzy na Ciebie lemur :)

PINGWINY Z MADAGASKARU
Nie występują takie niestety :(. Mimo ogromnej ilości zwierząt na Madagaskarze nie ma pingwinów - wiem bo szukaliśmy :D.  Za to można tu spotkać Króla Juliana (lemur katta - nie tykaj stopy) oraz Morta i Morrisa. 

JEDZENIE, SPANIE i WANILIA
Jak ciężkie życie tak fantastyczne jedzenie w niezwykle niskich cenach. Dania nawet te przygotowywane w trasie czy na campingach podawane są niczym w wytwornych restauracjach. Królują ryby rzeczne, owoce morza, kurczaki (które tu są bardzo wybiegane i nie jedzą gmo). Krewetki są tak wielkie, że tiger prowns przy nich to dzieci :). Podstawą żywieniową jest ryż, który rośnie wszędzie. Malgasze zajmują teren każdego roku po porze mokrej - według zasady kto pierwszy posadzi ten lepszy. Mają wiele przypraw - a tajemnym składnikiem różnych sosów jest musztarda. Wanilię produkują na eksport, ale jej nie używają - no może jak my do cukru na specjalne okazje, dlatego nie można jej kupić na zwykłym targu. Wszystkie inne przyprawy, zielona kawa czy ryż są dostępne niemal w każdym miejscu. Niezrównane w smaku jest Zebu - krowa z specyficznym garbem tłuszczowym w okolicy kłębu, chodowana już od starożytności (to święta krowa pochodząca z Indii) odporna na upały i choroby - na Madagaskarze stanowi podstawę gospodarki rolno-hodowlanej. Wozy zaprzężone w Zebu to najczęstszy pojazd widziany tu częściej niż auta 4x4 wożące turystów :). 

MALGASZE
Ludność Madagaskaru liczy sobie ok. 20 milionów, co daje 37 osób na metr kwadratowy. Malgasze to niezwykła mozaika kulturowa składająca się z ludów pochodzących z Azji południowo-wschodniej (słyszeliśmy, że głównie z Malezji, Borneo, Indonezji) oraz osadników z Afryki, którzy pojawili się na Madagaskarze niemal równocześnie na początku I tysiąclecia naszej ery (II - V wiek). Po VII wieku na Madagaskar dość licznie przybyli także arabscy koloniści. Główną religią jest chrześcijaństwo (katolicy i protestanci). 

PIENIĄDZE, JĘZYK I POTRZEBNE WYRAŻENIA
Od 2005 roku walutą obowiązującą w kraju jest Ariar (Ar) - wcześniej był to frank malgaski (1 araiar to 5 franków). Najwyższym używanym banknotem jest 20000 ariarów, co w przeliczeniu na Polskie Złote daje troszkę więcej niż 20zł. (i to się bardzo zmienia - w wakacje 2019 dla uproszczenia obcinamy trzy zera). Po wymianie należy się więc przygotować na znaczną ilość banknotów. Za dobry obiad w turystycznym miejscu zapłacimy ok. 15 - 20 tysięcy za osobę, za bardzo fajny pokój dwuosobowy ok 40-50 tysięcy. 
Obecnie wciąż kultywowany jest podział plemienny (18 plemion), z których każde poza językiem malgaskim mówi swoim narzeczem. Większość ludności włada językiem francuskim, a tylko nieliczni mówią po angielsku - ale zawsze chcą się dogadać :)

Najpotrzebniejsze wyrażenia: 
SALAMA - cześć - dzień dobry
VELOMA -  pa-pa, do widzenia
MISAOTRA (misocza) - dziekuję
TIMISI FISIORAN - proszę w sensie you welcome :)
MAZTU - smacznego 
AZAFADY (azafad) - przepraszam
VAZAHA (wazau) - białas, obcy - (to jest moja nowa malgaska ksywa - czasem dodawałam no bon-bon - czyli białas nie ma cukierków)
MALAK LAK - szybciej, szybciej
MORA MOAR - wolniej
ANDAU - jedźmy, idźmy
TSY MISY - nie mam - (tego nie znaliśmy, a przydaje się do żebrzących dzieci)
HAMANI - siku - może nie trzeba tego rozpowszechniać, ale mnie się bardzo to słowo przydało





08 stycznia 2019

2019 - mamy Nowy Rok!

Za oknem trzaskający mróz, od rana sypie śnieg. Jest pięknie. 

To były szalone trzy lata. 
Wszystko się zmieniło od czasu kiedy przestałam na bieżąco prowadzić bloga. Czasem tak jest, że życie pochłania bez reszty, zatracasz się w nadmiarze zajęć na tyle, że przestajesz myśleć. 
W pogoni szczurów ściągasz na głowę kolejne projekty, a stos niezałatwionych spraw piętrzy się
i piętrzy przytłaczając niezauważalnie i ciągnie jak kula u nogi, na samo dno...


W ciągu tych trzech lat Bartek postanowił zostać pilotem, a ja odnalazłam swoje powołanie w marketingu internetowym. Archeologia wciągnęła nas całkowicie stając się zdecydowanie czymś więcej niż hobby. Przeszliśmy na ciemną stronę mocy kończąc 40 lat i tego pamiętnego roku spełniliśmy wszystkie nasze marzenia. Kraj, w którym mieszkamy jedzie po równi pochyłej w dół, a 'dobre' zmiany nabierają rozpędu i jedyne co można zrobić to czekać na to co nastąpi. Słuchając Remembering uśmiecham się do siebie. Zdołam nadgonić wspomnienia utrwalając je na tym blogu, czy w ferworze dokańczania rozpoczętych spraw dam się wciągnąć w wir moich nowych wyimaginowanych potrzeb? 
Czas pokaże...

26 czerwca 2017

Gibraltar Północy - Luxembourg, miasto o dwóch obliczach

Wszystko tu jest skrajne - nawet nasze samopoczucie po wczorajszych narodowych dniach Luxembourga i obchodach urodzin króla. W ciągu dnia nieznośne 35 stopni w cieniu, urocze stare i wąskie uliczki pełne miłych knajpek, liczne zabytki i niewielu turystów szukających cienia, a po kilku godzinach to romantyczne miasto zamieniło się w jedną wielką, dziką i szaloną imprezę z tłumem ludzi, pysznym drinkami i mięsiwem z grilla. Do białego rana każdy mijany zakątek pulsował innym światłem i muzyką. Wzięliśmy czynny udział w dorocznej paradzie z pochodniami (wyłudziliśmy nawet lampiony), poznaliśmy parę królewską i umęczeni wrażeniami odpadliśmy po fajerkach, a kiedy późnym porankiem wychynęliśmy na puste ulice (bo do 11 musieliśmy się wymeldować z cudownego i taniego (jak na Luxembourg) youth hostelu, który polecam każdemu) po imprezowaniu nie było nawet śladu. Były za to parady i pokaz sprzętu jeżdżącego, z którego największym powodzeniem cieszyło się włoskie Lambo policyjne. 


Kilka faktów historycznych - ale krótko
Miasto powstało w 963r na skrzyżowaniu dwóch dróg rzymskich. Zbudowano zamek na skale, a wokół niego rozrosła się osada. Z racji położenia miejsce to przechodziło z rąk do rąk, a w 1684r. niejaki Sebastian Vauban zaprojektował ciąg nowoczesnych fortyfikacji z kazamatami czyniąc to miasto imponującą do dziś, twierdzą nie do zdobycia. Na każdym kroku widać tu bogactwo - dlaczego? Wystarczy spojrzeć na dawną siedzibę potentata stali ArcelorMittal (po Nowej Hucie widać, że z czasem poszedł w postmodernizm). Podobno to nie niskie podatki, a nawet nie fakt istnienia tu  Kirchen - nowoczesnej dzielnicy zbudowanej dla pracowników UE, które podczas weekendów zamienia się w miasto duchów, ale właśnie stal daje bogactwo mieszkańcom Luxsembourga. Z ciekawostek Luxembourg produkuje kulki do długopisów BIC, czujniki zapięcia pasów samochodowych i mają samolot Boeing 747 specjalnie przygotowany do transportu słoni i żyraf :). A - no i jeszcze winda - wznosi się 67m i nie jest kolejką kablową - a jak działa? No cóż tego nie zrozumieliśmy... za to szklany taras nam się podobał - jak widać:
widok z tarasu windy
dawna siedziba ArcelorMittal
panorama Kirchen - po prawej filharmonia - to właśnie do niej się wybraliśmy na koncert Avishaia Cohena, który odbył się 23, ale maja nie czerwca - bilety na koncert miały być sprzedawane w marcu, a my już w styczniu kupiliśmy promocyjne loty i zarezerwowaliśmy noclegi i takim sposobem wylądowaliśmy w Luxemburgu w noc obchodów narodowych - przez pomyłkę, ale też fajnie. 

Zwiedzanie i ceny mieszkania / jedzenia
Luxembourg jest generalnie trójęzyczny, ale w praktyce dominuje francuski i niemiecki.
Na placu Guillame II znajduje się fantastyczne miejskie biuro turystyczne. Można u nich kupić wycieczkę z przewodnikiem (jedyne 18-20 euro (15 studenci), albo pobrać odpowiednią darmową mapę i przejść się samemu. Będzie to chyba lepszym pomysłem, bo UWAGA - przewodnik mówi w trzech językach i tłumaczenie trzy razy tego samego trwa w nieskończoność (więcej niż 3 godziny). Pierwszego dnia zrobiliśmy sami najbardziej popularną wycieczkę City Promenade, a w sobotę kupiliśmy wycieczkę Wenzel, bo w cenie biletu jest też wstęp do Kazamatów.
Większość muzeów jest bezpłatna, szczególnie dla studentów. Podobało nam się w Narodowym Muzeum Historii i Sztuki oraz w Forcie Thungen.
NAJLEPSZE MIEJSCA - ZDJĘCIA Z OPISEM
Średnio pokoje kosztują ok. 40-50 euro za osobę, w Youth hostelu 21 euro. Obiad mniej więcej od 10 – 20 euro, kawa 3-6 euro, piwo 4-5 euro, a na sklepy w centrum nie ma co liczyć, więc raczej trzeba jedzenie przywieźć ze sobą. Za to wszędzie jest dostępna woda do picia z miejskich dystrybutorów – jest pyszna i chłodna.  
Jak się tu żyje?
Jak u nas - zawsze można na coś narzekać. Jest bardzo eko - wśród zabytkowych ruin miasto uprawia warzywa i owoce bez żadnej chemii, mają też państwowe ule. Produkty są sprzedawane na miejscowym bazarku - wszystkie zyski idą na dalszą uprawę, a eko nasiona można dostać za darmo i samemu uprawiać. Są elektryczne autobusy i mnóstwo informacji typu nie marnuj wody, oszczędzaj prąd. Eko knajpy podają bio jedzenie, a jak coś kupują to tylko z fair trade. Podobałoby mi się to bardzo gdyby nie fakt, że papierosy są mega tanie i palić wolno absolutnie wszędzie. Jest to ten rodzaj wolności, którego najwyraźniej nie rozumiem. Po co się tak zdrowo odżywiam skoro wszędzie wdycham (szczególnie w knajpie) cyjanowodór, aldehydy, tlenki azotu i co tam jeszcze paskudnego?
Nieruchomości kontra zarobki
Oczywiście nieruchomości w centrum są drogie. Sprawdziliśmy - to fakt drogie horrendalnie! Podstawowa płaca dla niewykształconego pracownika to 2000 euro, ale górnej granicy nie ma - co oznacza, że w przypadku pracy dla rządu może nas być stać na zakup jakiegoś mieszkanka w centrum. Dla przykładu nauczyciel zarabia 6000 euro i to jest miłe, że się ten zawód jednak gdzieś docenia, a poza centrum można wynająć pokoik za 800 euro.  
Drogie jest też jedzenie i wszystkie sklepy są poza centrum miasta. Za ten sam produkt zapłacimy w Luxembourgu 30-70% drożej niż np.na terenie Niemiec (informacja niesprawdzona - to opowiedziane nam odczucie mieszkańca - sami sklepu nie widzieliśmy niestety), ale może i lepiej, bo jedzenie mają naprawdę dobre:


05 stycznia 2017

kosmiczny skok w nowy rok

Za oknem śnieżyca, Barbara czy inna lodowata i porywcza nie zachęcająca do wyściubiania nosa. Wewnątrz ja obłożona powiększającym się stosem papierów, przytłoczona bałaganem organizacyjnym i niechęcią do deadline-u, który sama sobie wyznaczyłam na 10 stycznia.

Włączam więc radio, zapalam świecę i wypijam przedostatni kieliszek macedońskiego wina. Kiedyś musiał nadejść czas na podsumowanie.

Rok 2017
Dawno już czekam na przekroczenie tej niewidzialnej bariery, za którą powinna się znajdować dorosłość. Ale czym ona jest i kiedy faktycznie przyjdzie – dziś już nie wiem i czas przestać czekać! W sercu wciąż jest dziecko, ale nie brak przecież odpowiedzialności i taki już los, że na coś bardziej poważnego i tak się nie zapowiada.
2017 będzie to pierwszy rok 'czwórki z przodu', ale trójka sprzed 10 lat nie zmieniła absolutnie niczego, więc chyba nie ma co obawiać się, że nagle obsypią mnie zmarszczki i zacznie łamać w krzyżu (to drugie to już tak dawno mam, że zdążyłam się przyzwyczaić). Kiedyś myślałam, że po 40 będę już mogła chodzić w pięknych kapeluszach z wielkim rondem jak Alexis, albo Hanka Bielicka, teraz myślę, że to jednak za wcześnie. Po raz pierwszy nie robię większych planów (chociaż z tym nie mam jeszcze komfortu), wciąż nie wiem co naprawdę chciałabym robić i gdzie mieszkać. Za to wiem z kim i jak chciałabym spędzać czas – a to już dużo!

2017 to jednak w jakimś sensie rok przełomowy. Ostatnie 20 lat, a więc połowę naszego życia spędziliśmy razem. W tym roku rozpoczęła się kolejna dekada i z każdym następnym rokiem, ba nawet dniem, będziemy razem dłużej niż żyliśmy osobno. Toooo robi na mnie wrażenie.

Zastanawiam się co też nowego przyniesie czas? Jak to będzie bez planu na przyszłość? Ekscytujące są niespodzianki, ale przecież nie wszystkie będą miłe... Mówią, że nowy rok jaki - cały rok taki. Można więc wywróżyć, że odlecimy w kosmos, przyszalejemy lekko w gronie znajomych, przeciągniemy się leniwie i powoli odzyskując wigor weźmiemy się ostro do roboty. No, nic nowego, a oczekiwałam bliżej nieokreślonych fajerwerków :)



31 października 2016

OFF ROAD URODZINOWY

Ależ mój mały samochodzik zasuwa! Spisał się na medal chociaż muszę przyznać, że wśród super poważnych kładów i podrasowanych terenówek wyglądał niepozornie i jeszcze ten różowy dach - no po prostu Baba za kierownicą :). Z resztą ja też się nie spodziewałam, że taka będzie zabawa! 
Bartek dał radę i zupełnie nic nie mówił - ale oczy mu się śmiały, dobrze wiedział, że to fantastyczny prezent - takie niespodzianki to ja lubię - z resztą zobaczcie sami:

no i jeszcze FOTKI - jak je zobaczyłam wczoraj późnym wieczorem, to musiałam aż 4 herbatki na uspokojenie wypić, bo o spaniu nie było mowy!



07 października 2016

come back

W kraju zawierucha - nie tylko ziąb nagły i pierze deszczem, ale przede wszystkim ludzie na ulicach, wewnętrzne podziały, ksenofobia i demagogia, w której już nawet politycy przestali się orientować. Ja tymczasem znów oddycham spokojnie, depresja odeszła, albo czai się gdzieś w zakamarkach, ale nie jest już towarzyszką codzienności. Wakacje za nami, a wraz z jesiennymi liśćmi przyszła chwila spokoju. Powoli kończymy wszystkie rozpoczęte sprawy i aż strach się zabrać za zaległe posty i prezentacje sprzed ponad dwóch lat. Zaniedbałam tego bloga, ale na usprawiedliwienie przed samą sobą przyznam, że to tylko w kwestiach publikacji. Wszystkie wspomnienia spisuję na bieżąco. Tyle się dzieje, że nawet najwspanialsze chwile zacierają się i mieszają niesione niespokojnym wiatrem wydarzeń. Odpisałam na wszystkie zaległe maile, a teraz piję poranną kawę i uśmiecham się do siebie. Bilety na czerwcowy koncert Coldplay kupione, Chris cichutko w tle nastawia mnie do wzięcia się do pracy, a dziś jest dzień piżamy i nadrabiania zaległości. Taki cichy i spokojny dzień. Tylko czekać, aż znów coś się wydarzy...

06 lipca 2016

Nadmorskie przygody

Cudowny tydzień na Hestii za nami - przed nami Lednica, a ja znowu zacznę pisać, bo... skończyliśmy studia :)
http://gdansk.tvp.pl/25974454/archeolodzy-skanuja-wraki-statkow

04 kwietnia 2016

Wujaszek Wania w 6 piętrze

Żeby nie było, że ja tylko o podróżach i tylko na FB to donoszę, że wczoraj byliśmy w Teatrze. Toż to dopiero był teatr! A jaka obsada! Od najdrobniejszych szczegółów, przez muzykę po jakoś wspaniałej wręcz gry aktorskiej - wszystko to sprawiało, że nie dało się opanować emocji. W każdym fragmencie sztuki, każdy aktor będący na scenie miał dla widza znaczenie, nawet jeśli w danym momencie nie wypowiadał kwestii. A grali całą postacią, każdy z nich, mimiką, dłońmi, drżeniem ciała, piękne to było tak, że aż bolało serce. I choć fabuła niezaskakująca to zaskoczeniem był fakt takiego kunsztu aktorskiego jakiego dawno nie zaznałam. I kiedy wstałam oklaskując aktorów w podzięce dla tak wielkiego poświęcenia to drżały mi nogi i trzęsły mi się ręce i czegoś takiego, tak wielkiego wzruszenia w teatrze nie doświadczyłam nigdy.
I jeszcze fragment recenzji Pani Katarzyny Hanny Binkiewicz: 

"Każda z postaci skupia uwagę, każda jest inna i wnosi na scenę swoją emocjonalność. Każda z nich w pewnym sensie jest postacią tragiczną, ale czy można mówić o tragedii, kiedy sami piszemy swoją historię? Kiedy wolimy znane piekło od nieznanego nieba. Kiedy bezradność jest tak wielka, że gotowi jesteśmy posunąć się do czynów ostatecznych i jednocześnie tak bardzo pragniemy spokoju, szczęścia, miłości. Lęk paraliżuje.
„Wujaszek Wania” choć klasyczny – nadal jest absolutnie uniwersalny. Obraz w reżyserii Andrzeja Bubienia nie stracił nic ze swojego tragikomicznego wydźwięku. Spektakl nie jest przeciążony, nie stał się też emocjonalną wydmuszką. Tempo jest wyważone, a znakomita, monumentalna i bardzo inspirująca scenografia i muzyka tworzą spójną całość.
Czechow nie oszczędza widza, czytelnika, słuchacza. Rozcina serce i naprzemiennie nakazuje śmiać się i płakać. Jego dramaty dotykają, jego czujność i przenikliwość niezmiennie straszą i bawią. Wychodząc z teatru w głowie pulsują miliony pytań, wątpliwości. Ile cierpienia jesteśmy w stanie znieść? Czy można żyć i ŻYĆ? Czy można całe swoje istnienie wyjałowić, odsączyć z emocji, pragnień? Można. I to wielka tragedia. Tak wielka, że łatwiej ją zaakceptować niż cokolwiek zmienić. Dzisiaj nazywałoby się to może wychodzeniem ze strefy komfortu. Co prawda trudno mówić o komforcie w przypadku bohaterów Czechowa, niewątpliwie jednak każdy z uczestników tej rodzinnej układanki boi się dokonać jakiejkolwiek zmiany. A nawet jeśli udaje się – choć na chwilę – przełamać lęk, nie starcza im siły i motywacji, by wziąć odpowiedzialność za swoje życie."

10 lutego 2016

TANZANIA FROM THE BOTTOM TO THE TOP

Do Tanzanii polecieliśmy, bo Paweł napisał, że można tam popływać z Whale Sharkami :) Przypomniało nam się też, że Michał i Britt ostatnio wspinali się na Kilimandżaro i pomyśleliśmy, że może my też tak chcemy. No i tak się to wszystko zaczęło...

Tanzania ten kolorowy świat jest 3 razy większy od Polski. To kraj z największą koncentracją dzikich zwierząt na kilometr kwadratowy, jest ich ponad 4 miliony (430 gatunków i podgatunków). No i mają największy oraz zdecydowanie najdroższy szczyt Afryki, w związku z czym zostaliśmy zdobywcami (z przypadku) prawie sześciotysięcznika. Jeśli oglądaliście Króla Lwa to znacie też parę użytecznych słów w Suahili!
Mafia Island - Big Blu Diving Centre
To jest takie miejsce jak lubię! Nie ma turystów, za to jest fantastyczna atmosfera! Nurkowania są rewelacyjne - piękne rafy i olbrzymie groupery - tak gigantycznych nie widziałam nigdy w życiu. Na nurkowania pływamy tradycyjnymi łodziami z drzewa mangrowca, wracamy na żaglach, kolacje jemy wszyscy wspólnie w barze na plaży, a śpimy w wypasionych namiotach, w których są normalne łóżka z czyściutką pościelą, a dla wymagających wewnątrz jest wiatrak - jakby było za ciepło :)
Wybieramy się na snorkeling z rekinami wielorybimi i myślę, że będzie jak zwykle. "Ojej były tu wczoraj i pewnie będą jutro, a dziś gdzieś popłynęły...", ale wszyscy zeznają, że je widzieli i było ich mnóstwo, więc jest jakaś nadzieja. Płyniemy łodzią i pierwsze 15 minut dłuży się niemiłosiernie, patrzę na wodę, ale z każdą minutą nadzieja na spełnienie największego w życiu marzenia staje się coraz mniejsza.

Jestem człowiekiem małej wiary!
Nasz przewodnik krzyczy, że je widzi, kiedy my jeszcze nie możemy zobaczyć tych potężnych, leniwych ciał żywiących się planktonem. I w końcu widzimy płetwy wystające nad wodę - rany Boskie one faktycznie tu są! Siedzimy na brzegu łodzi - po trzy osoby z każdej strony i mamy skakać na hasło: GO! Podpływamy tak blisko, że gołym okiem widać półmetrowy otwór gębowy i... słyszymy pierwsze "GO!", ale nikt nie skacze :) GO! GO! GO! i skaczemy w amoku wszyscy razem, widzę mnóstwo bąbelków, a po chwili ogromna, śliczna ryba przepływa na wyciągnięcie ręki. Nie zastanawiam się ani chwili, odpalam kamerę i macham z całych sił płetwami żeby nagrać i mordkę i oko, a tu nagle niespodziewanie z drugiej strony mija mnie drugi rekin! Jest o niebo większy od pierwszego, a zaskoczenie jest tak duże, że piszczę pod wodą, kamera rejestruje przepływający kształt i już nie wiem nawet co nagrywam tak duże są te emocje! One się nas w ogóle nie boją, ale też nie mają czego, bo rekinie dziecko jest tylko ciapkę większe ode mnie :) Czasami kiedy wracamy na łódź śmiejemy się sami z siebie, bo kiedy my w zapale patrzymy w jedną stronę, one spokojnie pływają tuż za naszymi plecami. Na koniec wyczerpani, ale wciąż nienasyceni obiecujemy sobie nawzajem, że to już będzie ostatni raz. Powtarza się to tyle razy, że w końcu na rekinim żerowisku zostaje tylko nasza łódka. Emilie zostaje na łodzi i trochę jej teraz zazdroszczę, bo widziała jak się nagle wokół nas zakłębiło od płetw grzbietowych i ogonowych. Dostałam się między dwa rekiny - jeden po prawej, drugi po lewej - nie ważne, że pięty do krwi obtarte, płynę co sił w nogach, żeby jak najdłużej być z rekinami i nagle pode mną widzę mnóstwo małych rybek. Kolejny rekin? - przemyka mi przez głowę, ale nie mam czasu się zastanowić, bo widzę już wielką otwartą paszczę :) O rany! Weźmie mnie chyba na barana!!! Odpycham go więc żeby raczył zauważyć, że tam jestem, a on spokojnie wynurza się tuż przede mną i chwilę później wszystkie odpływają. Krzyczę z emocji - nawet mi się nie śniło, że to tak może wyglądać. I co ja teraz zrobię - spełniło się moje największe marzenie i teraz nie mam nowego :))

Kilimanjaro - Whisky Route (Machame nie brzmi aż tak fajnie :))
Dzień 1: Machame Camp - 3000m. Czas przejścia 12:00 - 16:30 [4,5 godziny]
Mijamy przeróżne endemiczne rośliny, wielkie paprocie i ogromne rozrośnięte mchy zwisające z drzew. Maszerujemy z małymi plecakami, w sandałkach, prostą i wygodną ścieżką. Popijamy wodę, gawędzimy, a na środku ścieżki spotykamy małego kameleona. Robimy zdjęcia kwiatkom i bardziej przypomina to spacer niż treking wysokogórski. Dzisiaj spotkaliśmy 4 kolegów z Polski. Po drodze mijają nas tragarze. Niosą wszystko: przenośne toalety, namioty mesy, garnki, szklanki, świece no i oczywiście nasze bagaże. Pierwszy kemping kompletnie nas zaskakuje. Jest kilka toalet, dom, w którym musimy się podpisać i namioty jak okiem sięgnąć. Mnóstwo ludzi i bzyczy tu jak w ulu. Na każde dwie osoby przypada dwóch przewodników, kucharz i kelner oraz co najmniej 6 porterów (z nami było łącznie 10 osób: Junia, Lameck, Michael, Hemedy, Ewara, Yona, Denis, Panga, Victa, Yonna i Michael). To dlatego kiedy przychodzimy namioty są już rozbite, a nas czeka miska z ciepłą wodą i mydełko. No świetnie, ale gdzie my jesteśmy? Jeśli liczycie na hardcorowe podejścia, wspinaczkę i/lub romantyczne wieczory to na pewno nie tutaj! Chociaż widok na szczyt jest całkiem ładny.
Na obiad dostajemy zupę ogórkową - mamy stół i obrus! Następnie pięknie ułożone na tacy wjeżdżają rybki z zapiekanymi ziemniakami, sałatka z pysznym dressingiem, a na deser dojrzałe avocado. Nasz kucharz o wdzięcznym i wpadającym w ucho imieniu Panga jest mistrzem kuchni!

Dzień 2: Shira Camp - 3845m. Czas przejścia 8:00 - 13:30 [5,5 godziny]
To najdziwniejszy trek na jakim byłam! Dzisiaj droga zdecydowanie nie na sandały. Przyroda zabójczo piękna - jest wspaniale. Widzieliśmy kilka małych tanzańskich myszek z paskami na grzbiecie, a lunch jadł z nami mój rafiki - czarny ptak, taki krukowaty siedział mi za głową, skrzeczał i czekał tylko na resztki kurczaka z mojego lunch boxa. Shira Camp to wielkie pole namiotowe, a podobno mamy szczęście i to nawet nie połowa tego co tu może być! Kibelek to taka spora chałupka z wykafelkowanymi kabinami - no wielka kultura jak na tę wysokość! Siedzimy w naszym namiocie - mesie i cieszymy się, że przyszliśmy przed deszczem. Najbardziej przydatną rzeczą, którą tu zabrałam, jak do tej pory są koreczki do uszu :). Bartka dziś bolała głowa - na 6. No i niestety jest dość zimno, za to obiady pycha - dzisiaj mamy wołowinę z warzywami, a na deser... MANGO!

Dzień 3: Barranco Camp - 3960m . Czas przejścia 8:15 - 15:00 [6,45 godziny]
Nie wiem która nad ranem, w obozie cisza jak makiem zasiał. Nad nami piękne rozgwieżdżone niebo i imponujący widok na ośnieżone Kili (wiem, bo wyszłam do kibelka). Przeszliśmy dziś przez Lover Tower 4640m, najpierw padał deszcz, potem grad i śnieg. Schodziliśmy po ośnieżonym, błotnym wodospadzie kompletnie przemoczeni. Nasze kurteczki nie dają rady takiej ilości wody przez tyle godzin. Do obozu przyszliśmy wyczerpani - jak na taką komercję jest to jednak niezłe wyzwanie - nie kondycyjne, ale wydolnościowe. Miałam potworny ból głowy, a potem zaczęły się wymioty, ale saturacja u mnie była dobra 95%, a u Bartka słaba 75% i mam nadzieję, że mu nie spada. Dalsza wspinaczka stanęła pod znakiem zapytania. Na szczęście teraz czuję, że jutro jednak pójdziemy wyżej! Możemy teraz iść na 4800 i jutro od razu atakować szczyt (taka jest propozycja przewodników), albo poddać się dalszej aklimatyzacji na tej samej wysokości. Zdecydujemy rano.
Victor (kelner - pomocnik kucharza) zmartwił się bardzo, że zachorowałam i mówił mi "womiti normal here - tomorrow better - don't worry - be free" i miał rację. Wymiotowało pół obozu, od czego wcale nie zrobiło mi się lepiej. Wszystko przemokło i teraz się suszy - część na nas, część rozwieszona gdzie się dało, najgorzej z rękawicami. Poza tym jest bardzo zimno. Kilimandżaro chyba próbuje nas odstraszyć, skutecznie, bo dziś po raz pierwszy pomyślałam: "a na co mi to potrzebne"...
Na obiad Bartek jadł spaghetti (makaron kolanka), a na deser był ananas, a ja jadłam owsiankę i... po chwili drugą owsiankę, bo pierwsza mi uciekła :D

Dzień 4: Karanga Camp - 4035m . Czas przejścia 8:30 - 12:30 [4 godziny]
Dziś jest nieźle chociaż rano Baranco wall wyglądała jak nie do przejścia. Jeśli natomiast mijają Cię setki porterów, którzy niosą ciężkie bagaże na głowach lub na szyi to nie wypada jęczeć, że jest jedna ściana do przejścia i uścisk Kilimandżaro do pokonania. Niestety końcówka trasy też jest "pod górkę", ale tam poganiani zapowiedzią deszczu byliśmy bardzo szybcy :) Przewodnicy namawiali nas żeby jednak iść dalej i wyżej , ale Mzungu jest dziś zbyt zmęczone. Czekamy na lunch, głowa nie boli, a ja pierwszy raz w życiu ogoliłam nogi na 4000m :). Nad płaskowyżem przelewają się gromy, burza z gradem i piorunami od czterech godzin, podziwiam tych którzy jeszcze dziś dotrą do Barafu, ale też tym biedakom współczuję! Po drodze mijaliśmy nawisy zastygłej lawy, pod nimi jaskinie z bujną roślinnością. Wilgoć jest tu w każdej dziurze. Kiedy mgła opada, a czasem na chwilę wychodzi słońce, obóz od razu odżywa. Ludzie wychodzą z namiotów, a z chmur wyłania się szczyt Kilimandżaro. Masyw tej góry jest aż przerażający...
Zabijamy czas leżąc, śpiąc, albo grając w sudoku (przepisałam sobie z telefonu, bo oszczędzam baterie). Padało całe popołudnie, a teraz jest taka mgła, że myślałam, że nie trafię z kibelka - całkiem serio!

Dzień 5: Barafu Camp - 4640m . Czas przejścia 8:15 - 11:45 [3,5 godziny]
Jeden z naszych porterów musiał się dziś z nami pożegnać i zejść na dół - miał problemy z sercem. Ruszamy, więc w pomniejszonym składzie. Przed nami wije się wysokogórska ścieżka zapełniona kolorowymi punktami. Turyści, przewodnicy, a nawet porterzy suną do przodu noga za nogą. Wdech - wydech, wdech - wydech. Pole - Pole Kilimandżaro... Z mgieł wyłania się górski masyw pokryty jęzorami lodowca. To już tak blisko, a jednak przerażająco daleko. Ludzie wymiotują na trasie, a niektórzy nie mają siły chować się żeby zrobić siusiu - ciężko jest chyba każdemu. Podobno to przez pogodę. Nam się udało przyjść przed deszczem, ale jeszcze pół godziny i byłoby kiepsko. Siedzimy w namiocie mesie, bo cały czas leje. Na obiad była zupa grzybowa i ziemniaki z warzywami. Tymczasem wszystko mamy suche, jesteśmy zwarci i gotowi i w sumie to moglibyśmy już wychodzić!
Na tej wysokości jesteśmy od 6 godzin. Faktycznie ciężko się tu oddycha. Sporo śpimy, bo atak szczytowy dziś w nocy i trzeba odpocząć, ale budzimy się często - nie można spać na boku, ani z głową w śpiworze, bo brakuje tlenu. Oby pogoda się nie zmieniła na gorszą, dzisiaj wieje i oczywiście pada :) Na obiad zjadam górę makaronu, dobre jedzenie pomoże nam pokonać tę śnieżną, niedostępną piękność, skrywającą się w woalu mgieł. Najwyższa wolnostojąca góra świata - dach Afryki - czynny wulkan / te nazwy mnie osłabiają! Kiedy na chwilę się wypogadza licytujemy się z innymi turystami, o której kto wychodzi. O 18:00 nadchodzi czas do spania. Za cienką ścianką namiotu ściana mgły - Lala Salama może za parę godzin będzie lepiej?

Dzień 6: Summit Day - Uhuru Peak - 5895m. Czas przejścia 23:30 - 17:00 [17,5 godziny]
1255m w górę i 4265m w dół i omijamy dzień 7 oraz Mweka Camp 3100m!

No i oczywiście zaspaliśmy! O 23:00 budzi nas Victor "Hello, water to wash" - kompletna abstrakcja - chwilę później poły namiotu rozchylają się i na tacy wjeżdża przed nos gorąca herbata i ciasteczka. Nie mogę jeść, ale wiem, że za parę godzin będę głodna, pakuję więc mnóstwo ciastek do kieszeni, a do termosu wsypuję potężną dawkę cukru. Wychodzimy spóźnieni o pół godziny - w Barafu hut nikt nie śpi :) Koledzy z Polski i Kate wyprzedzają nas i po chwili łączą się ze światełkami czołówek poruszających się rytmicznie na stoku. Idziemy wielką grupą, noga za nogą i chyba tylko przewodnikom jest komfortowo. Wspinamy się dość szybko, na tyle że tempo wydaje się być zabójcze dla organizmu pozbawionego odpowiedniej ilości tlenu. Kiedy jednak przystaję by złapać głęboki wdech, widzę w jak ślimaczym tempie poruszamy się do przodu. Pogoda jest świetna, nie ma wiatru, a przejrzystość jest tak dobra, że doskonale widzimy światła Moshi. Jest bardzo zimno. Nasi przewodnicy idą bez plecaków - nie zabrali nawet wody na 11 godziną wyprawę - tak robią chyba tylko zawodowcy ;) Po pierwszych 5 godzinach zaczynamy dostrzegać niedostępność tej góry. Co z tego, że ścieżka jest szeroka i nie trzeba się wspinać? Śnieg skrzypi pod nogami, mróz sprawia, że wszystko skrzy dookoła, a ludzie zataczają się i potykają na prostej drodze. Widzimy kobietę, która wymiotuje podtrzymywana przez dwóch przewodników. Jest w strasznym stanie, a upiorności dodaje jej biała kurtka oświetlona bladym światłem czołówek. Mówią jej, że jest chora i musi zejść na dół, ale ona znajduje w sobie dość mocy żeby wskazać w kierunku szczytu i złowieszczo wyszeptać: "No! I'm going there". Widok jest naprawdę przerażający. Wleczone,półprzytomne zwłoki ostatecznie docierają na szczyt. Dokładnie o 5:17 docieramy do Stella Point. Jest ciemno. Kilka osób podchodzi by nam pogratulować: You made it! - krzyczą i przytulają się szczęśliwi. Ale dla nas to jeszcze nie koniec. Żeby zdobyć najwyższy Peak musimy przejść cały krater, a do wschodu słońca już niedaleko. Jest coraz zimniej. Zamarzają nam rurki od camel bag-ów. Zmęczone płuca odmawiają współpracy po prawie 6 godzinach powolnego marszu. Ja czuję się bardzo dobrze, boli mnie tylko w klatce piersiowej. Dostaję pochwałę od naszego małomównego przewodnika: Jesteś silna jak Simba - mówi z uznaniem, ale ja wiem, że na tej wysokości nie ma żadnych reguł. Równo o 6:00 stajemy w najwyższym punkcie Kilimandżaro. Różowo oświetlony lodowiec powoli ginie w przenikliwej mgle - żadnych widoków ze szczytu, ale to już nikomu nie przeszkadza. Ludzie ściskają się serdecznie i każdy każdemu składa gratulacje. Dokonaliśmy tego, a każdego kosztowało to tyle samo wysiłku! Niezwykłe jest to, że na szczycie znamy niemal każdą osobę - wychodziliśmy razem przez tyle dni, spotykaliśmy się w kolejnych obozach, a teraz dzielimy się radością, że się udało, że to już koniec i wyżej już iść nie trzeba. Kiedy tak gratulujemy sobie nawzajem ogarnia mnie takie wzruszenie, że zaczynam płakać, sama nie wiem czemu. Niespodziewanie okazuje się, że jest to jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu. Nawet dziś kiedy to piszę szklą mi się oczy :)
Droga powrotna jest ekstazą! Nam się udało i adrenalina krąży we krwi. Pozdrawiamy i dopingujemy nadchodzących ludzi, wyczerpanych, ale wciąż idących do przodu. Niektórzy wyglądają jak Zombie - doświetleni jasnością poranka, powłóczą ledwo nogami, usta sine, palce sine, kiwają się na boki, a wzrok mają lekko błędny, półprzytomny i tylko ręce mają wzdłuż ciała, a nie wyciągnięte przed siebie. Nie ma w tym nic śmiesznego - przecież my też tak wyglądamy!
Do Barafu docieramy o 8:30 - teraz czas mija szybko. Jemy lunch i postanawiamy schodzić niżej. Pogoda pogarsza się i już wiemy, że za 3 godziny znów zacznie padać. Ruszamy o 10:05, Millenium Camp mijamy ok.12, a do Mweki docieramy o 13:00. Zmęczone nogi wreszcie wyskakują z butów, a włożenie lekkich sandałów sprawia, że niemal zapominam jak bardzo bolą mnie stopy. Leje. Wszystko mamy przemoczone, a kemping tonie w błocie. Jemy lunch i postanawiamy schodzić dalej. Przy życiu trzyma mnie myśl o gorącej kąpieli i wielkim, bardzo wygodnym i suchym hotelowym łóżku! Równo o 17:00 wpisujemy się w Mweka Gate i odbieramy nasze certyfikaty. Kierownik Parku składa nam gratulacje i mówi, że niewielu tu wchodzi Polaków, informujemy więc uprzejmie, że jutro będzie o 4 więcej! Do hotelu docieramy o 20:00 witani przez Kierownika, Managera i Kochaną Panią Kelnerkę ze świeżymi sokami z Mango - Dziękujemy Meru Slopes!

10 stycznia 2016

CHUUK LAGOON - THE BEST WRECK DIVING

17 luty 1944r. Tropikalny świat budzi się do życia i tylko nadciągający z oddali ryk 500 potężnych silników zapowiada katastrofę. Cicho spadają bomby i nagle w świeżości poranka świat zamienia się w piekło. Wszystko wokół płonie, potężne eksplozje wstrząsają ziemią i oceanem, rozrywają na strzępy solidne stalowe konstrukcje. Dniem i nocą słychać jęk giętej stali i krzyki rannych. Po dwóch dniach kurz, brud i chaos toną powoli w świecie wiecznej ciszy. Tam głęboko pod wodą spoczywa nieme świadectwo wojny i przemocy, piękne i straszne zarazem. Skrwawiona ziemia zasnuta dymem pożogi zaczyna długą drogę do odbudowy. Dziś wyspy archipelagu Karolinów nie pamiętają już tego szaleństwa i okrucieństwa wojny. Straszliwe rany zadane tej ziemi podczas operacji Hailstone zostały wymazane przez upływający czas, japońska baza wojskowa, pasy startowe i lotniska zostały dosłownie wchłonięte przez dżunglę, ślad po 40.000 stacjonujących tu japończyków niemal zaginął. Wciąż jednak zatoka Truk przyciąga wielu swoją podwodną tajemnicą, tym policzkiem wymierzonym za atak na Pearl Harbor i domniemanym wielkim zwycięstwem amerykańskich bohaterów, a mnie nurtuje z pozoru banalne pytanie jak bardzo wygrany jest ten kto wygrał wojnę i jaka jest cena zwycięstwa...

FILM I ZDJĘCIA - będą kiedy znajdę czas na obróbkę...

PRAKTYCZNE INFO
10 dni w raju sporo kosztuje. Są tylko dwa centra nurkowe, więc aktualne ceny można sprawdzić na ich stronach. Przy grupie negocjujcie rabaty za pakiety nurkowe. A i nie ma co liczyć na zakupy żywnościowe - jedyne wyjście to jedzenie w hotelu, za to można naprawdę tanio wypożyczyć rowery i zrobić sobie popołudniową wycieczkę ;)



01 listopada 2015

RETROSPEKCJA 2013 - NIESPODZIANKA OD PICASA

Lubię ten nowoczesny świat. W Turkmenistanie odkryłam, że moja komórka robi filmy z materiałów albumowych, a dziś zobaczyłam film zrobiony przez Picasa. Już niedługo skróty z moich wypraw będą robiły się same, dobrze że ja jestem jeszcze potrzebna do zrobienia zdjęć i filmów źródłowych - kto jednak wie jak długo...

2013/12/27

31 października 2015

Muzeum Sportu i Turystyki w Centrum Olimpijskim

No wstyd się przyznać, ale muzeum istnieje od 52r., w 2006r przeniesione do Centrum Olimpijskiego, a nas tam dopiero dziś przypadkiem zawiało. Fantastyczne miejsce - 45 tysięcy eksponatów cieszących oko i wszyscy nasi wspaniali sportowcy. W dodatku soboty to dzień wolny od opłat - cudownie, bo na ostatnim piętrze Centrum Olimpijskiego znajduje się restauracja - obiady niezbyt smaczne, a ceny z górnej półki, za to widok z damskiej toalety nieoceniony - polecam nawet Panom :)

13 sierpnia 2015

NOWA GRUZJA

Pomarszczona Babuszka w kolorowej chuście przycupnęła na betonowej ławeczce, a wokół niej wyrosły jak grzyby po deszczu potężne szklane wieżowce i hipernowoczesne technobary. Jedyne co się w Gruzji nie zmieniło to nieskazitelnie piękna przyroda i fantastyczni ludzie. W Mesti kiedyś była jedna knajpa, a teraz to takie luksusowe Zakopane. Ushguli dorobiło się kursujących regularnie marszrutek i mnóstwa hosteli, a my zamiast jeździć motorem, spędziliśmy 3 tygodnie na szpadlu w forcie Gonio szukając tajemniczej historii rzymskich legionów z Iw. n.e.



Filmik Oskara z odkrycia mozaiki


Filmik z gruzińskiej TV i moje sandały w roli głównej w 40 sekundzie :)

უნიკალური აღმოჩენა გონიოს ციხეში

Posted by Ajara Heritage - აჭარის კულტურული მემკვიდრეობის დაცვის სააგენტო on 22 lipca 2015

01 lipca 2015

Badania wraku F53.30 "Szklany" nasza przygoda życia :)



no i napisali o nas na stronie NMM o tutaj: Badania wraku F53.30 'Szklany' - Aktualności - Narodowe Muzeum Morskie

i na wp.pl w razie czego zamieszczam tekst
Tomasz Gdaniec
akt. 05.07.2015, 09:19

Sensacyjne znalezisko na dnie Bałtyku. Dzięki niemu wiadomo więcej o gdańskim handlu

Gdańscy archeolodzy podmorscy zbadali wrak XVII-wiecznego okrętu handlowego F53.30 „Szklany”. W nietkniętej ładowni znaleziono dobrze zachowane towary oraz armaty. Choć położenie wraku było znane od dwóch lat, to dopiero teraz możliwe było jego zbadanie.

Pracownicy Urzędu Morskiego w Gdyni odkryli XVII-wieczny wrak, oznaczony symbolem F53.30, podczas badań prowadzonych na wodach Zatoki Gdańskiej dwa lata temu. Na miejscu pojawili się płetwonurkowie z muzeum morskiego. Jednocześnie okazało się, że we wraku znajduje się fragment torpedy. Tym samym z badaniami trzeba było się wstrzymać do czasu jej usunięcia.

Podwodne badania wraku trwały od marca do czerwca tego roku. Brał w nim udział zespół archeologów morskich na czele z Januszem Różyckim. Towarzyszyli mu Wojciech Joński i Zbigniew Jarocki.

– Ustaliliśmy, że „Szklany” jest pozostałością statku handlowego z drugiej połowy XVII wieku i przewoził beczki ze sztabami żelaznymi i butelkami szklanymi różnych wielkości i kształtów. Butelki mają cynowe zakrętki, a na niektórych widnieją punce jednego z XVII-wiecznych gdańskich konwisarzy – mówi Wirtualnej Polsce Tomasz Bednarz, kierownik zespołu prowadzącego badania nad wrakiem.

Wiele emocji wzbudza płyn znajdujący się w zamkniętych, wydobytych butelkach. Niebawem zajmą się nim analitycy. Specjaliści chcą na podstawie badań wieku drewna ustalić wiek leżącego na dnie „Szklanego”. Na wydobytych beczkach znajdują się znaki kupieckie. Ich identyfikacja pozwoli określić skąd i jaki towar wiózł okręt. Ponadto na wraku odkryto trzy armaty o długości od 1,5 do 2 metrów, które zostały wydobyte.

- Wartość naukowa obiektu porównywalna jest z innymi wrakami badanymi dotychczas na polskim wybrzeżu Bałtyku, jak "Solen", "General Carleton of Whitby" czy "De Jonge Seerp". Jednak jedynym wcześniej badanym wrakiem z ładunkiem gdańskim był XV-wieczny "Miedziowiec", teraz dołączył do niego "Szklany", który dostarczył dodatkowych informacji o XVII-wiecznym frachcie z Gdańska – mówi dr Jerzy Litwin, dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego.

Badanie wraku jest kolejnym elementem budowy „Wirtualnego Skansenu”. Jest to projekt realizowany przez Narodowe Muzeum Morskie. Jego celem jest przygotowanie 120 trójwymiarowych modeli wraków. Obrazy będą przedstawiać faktyczny widok, nie zaś wygenerowane komputerowo tekstury. Pozwoli to osobom, które nie nurkują, zobaczyć wraki w całej okazałości. Stworzenie projektu wymaga zrobienia kilku tysięcy zdjęć każdemu ze statków.

04 czerwca 2015

Paryż pełen smaków

Paryż w nowej szacie przybrany w lody z prażonego ananasa ze świeżą bazylią i z solonym masłem karmelowym pokazał swoją lepszą twarz. Mnóstwo tu ludzi zestresowanych szybkością życia w mieście zatłoczonym bardziej niż Nowy York i Londyn. Urocze z zewnątrz mieszkanka są tak małe, że Paryżanie sami o sobie mówią: metro, boulot, dodo (metro, praca, lulu). Wersal swoim zapierającym dech w piersiach przepychem jest w dzisiejszym minimalistycznym świecie chyba bardziej oderwany od rzeczywistości niż w swoim czasie, a sam jego widok tłumaczy Wielką Rewolucję Francuską.
Sławce najbardziej podobało się spanie, lalki w muzeum Lalek i wyjazd na Pompidou (bo wyjechała:)), Monice i Emilce mała kózka i ta świetna wioska Marii Antoniny, Oli ogrody w Wersalu, a Agnieszce to, że tu znowu była...

10 maja 2015

19 PIKNIK NAUKOWY z KNAP

Świetna impreza na stadionie narodowym - szybko zleciało, dyżury po 4 godzinki to tak w sam raz, żeby się chciało przestać gadać i usiąść w ciszy :) 

Fajnie było i w końcu przyjechali do nas Tochmanowie, szkoda że łkiend tak szybko się skończył...

21 kwietnia 2015

Zobaczyć Aldebarana przypadkiem

Ha, wychodzę ja sobie z wanienki, głodna jak sto Diabłów i już myślę o kanapce kiedy mój wzrok pada przypadkiem na niebo. Poraża mnie dziwnie jasna gwiazda nad księżycem i jakaś taka migająca kropka pod nim. No nic, nie jest tajemnicą, że ciekawość zwycięża i czym prędzej sięgam po lunetę, która głównie służy nam do zaglądania w dzioby miejscowym ptaszkom. Luneta lata mi w rękach, ale i tak widzę, że widok niezwykły. Wołam więc Bartka, żałując tych czterech wypitych kaw (bo pewnie od tego tak mi ręce latają, że się oglądać nie da). Ustawiamy statyw i rozdziawiam dzioba - widać wyraźnie kratery na księżycu - w ogóle księżyc w takim powiększeniu wygląda jakbym go oglądała co najmniej ze stacji kosmicznej i tak go widzę chyba pierwszy raz w życiu! Pod nim wyraźnie miga i myślę, że to Mars, ale wciąż nie wiem co to za jasny wielgus tak mnie do okna przyciągnął. Dzwonię do Paćki, ale imprezowy Kraków nie odbiera niestety. Wybieram więc szybko numer do Maćka. W Poznaniu noc ładna i on też widzi tę jasną kobyłę, wychodzi z teleskopem na balkon i już werdykt - ta jasna to Wenus, ale mówi mi w międzyczasie, że coś mu dzisiaj mignęło o zjawisku jakimś na niebie. Sprawa trafia do FB, Ewa i Jarek w Szczecinie jasną obstawiają na Jowisz, a ja instaluję google sky map i czytam wiadomości. I tak oto przypadkiem ta migająca gwiazda pod księżycem, która się mieni na czerwono to Aldebaran - podwójna gwiazda, czerwony olbrzym i karzeł widmowy (niech i se Paćka tłumaczy technicznie, a mnie się podobają te romantyczne nazwy:)), który właśnie dziś wieczorem po siedemnastu latach chował się i znikał za pagórami na księżycu! Normalnie tego nie robi, ale kto nie zdążył zobaczyć Aldebarana ten następną okazję będzie miał 23 grudnia - jeśli pogoda dopisze...

Oglądać od 39:50 - chwilę potem Aldebaran zniknie :)

05 kwietnia 2015

Być Piratem... karaibskie nurkowanie z katamaranu

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest pływać katamaranem dwa tygodnie w 11 osób? Katamarany są dość luksusowe. W pływakach mają osobne kajuty z prywatnymi łazienkami (są dość małe i w zasadzie można jednocześnie siedzieć na kibelku, myć zęby i brać prysznic, ale za to zawsze jest ciepła woda!), a koja jest wygodnym najczęściej dwuosobowym materacem. Do dyspozycji załogi jest mała kuchnia i całkiem spora jadalnia, wygodne siedzenia na zewnątrz, no i oczywiście siatka z przodu. Jeśli nas znuży towarzystwo - a jest to raczej niemożliwe - to możemy się zaszyć głęboko i kontemplować w samotności.

Góra, dół. Góra, dół. W bok, w bok. Rozbujany błędnik pewnie by na to nie pozwolił, ale zwierzęcy instynkt prowadzi mnie prosto do toalety. Chwila ulgi, by znów wdrapać się na koję z jedną tylko myślą: 'Boże! Kiedy to się skończy?!
Żeglowanie bez choroby morskiej? Nonsens...

Czym jednak jest taka chwila zwątpienia w porównaniu z tym wszechogarniającym szczęściem żeglowania na długiej, wysokiej fali opromienionej popołudniowym słońcem?

Na horyzoncie majaczą kolejne wyspy, głuptaki nurkują przy burcie, a kurz po zostawionych w kraju, niezałatwionych wielu sprawach powoli opada. Za kołem sterowym jest tylko tu i teraz. Ciepłe słońce i wiatr, który wywiewa pracową codzienność. Skrzypiący miarowo żagiel jak mantra wprowadza w stan niczym nieskrępowanej wolności, możliwości nic nie robienia. I to są wakacje! Każdego dnia inne miejsce nurkowe i piękna plaża. Wieczorami wytrawni Piraci napadają najbliższą wyspę łupiąc głównie kawę, świeże soki i oczywiście rum punch.


Informacje ciekawe i niczym nie potwierdzone:
Na Karaibach wciąż leniwie płynie czas i wygląda jakby od wieków nic się tu nie zmieniło. Nie ma już jednak Bukanierów - grilla lubiących piratów, którzy zostali oficjalnie zatrudnieni do nękania hiszpańskich statków. Brytyjczycy w XVIIw. wydali im specjalne pozwolenie na legalne grasowanie po Morzu Karaibskim. To właśnie ci krwawi i okrutni morscy rozbójnicy zainspirowali scenarzystów Piratów z Karaibów. W 2001r., kiedy my byliśmy zajęci własnym ślubem, grupa archeologów podwodnych odnalazła prawdziwy Port Royal u wybrzeży Jamajki (kto by wtedy pomyślał, że i my będziemy podwodnymi archeologami:)). W tawernie wciąż były butelki z rumem i beczki z winem. Piracki port wraz z mieszkańcami pogrzebało tsunami w 1692r. Powszechnie znany z filmu Jack Sparrow jest fikcyjnym bohaterem stylizowanym na gitarzyście Rolling Stones, Keithie Richardsie, ale stał się również marketingowym magnesem turystyki. Odwiedziliśmy zatokę, w której kręcone były sceny z 'Piratów' i muszę przyznać, że było to niezłe przeżycie, ale właściwie w każdym porcie napotkamy drink, plażę czy bar Sparrowa. Najsłynniejszym piratem wszech czasów był piracki król Henry Morgan. Pochodził z Walii i na mocy brytyjskiego listu kaperskiego napadał nie tylko na statki, ale przydarzyło mu się również puścić z dymem kilka hiszpańskich miast. Religijni Hiszpanie uważali go za diabła. Za to Czarnobrody, występujący w Piratach z Karaibów to Kapitan Edward Teach, bezlitosny okrutnik dowodzący statkiem o wdzięcznej nazwie Zemsta Królowej Anny. Bez litości obcinał kobietom palce, jeśli nie dość szybko ściągały pierścionki, na ramieniu nosił sześć nabitych pistoletów, a działa odpalał za pomocą swojej podpalonej wcześniej brody (to ostatnie chyba nieczęsto, bo broda tak szybko nie rośnie, jak szybko się pali).
W każdym razie najlepszym źródłem wiedzy o karaibskich korsarzach jest książka fryzjera, chirurga i medyka bukanierów Alexandra Exquemelin. Pierwszy raz wydana w 1678r. w Holandii, obecnie także po polsku z zachęcającym tytułem: 'Dzienniki piratów. Dzieje kapitana Morgana i bukanierów, ręką naocznego świadka spisane.

Fakty i mity o piratach
Piraci byli bardzo przesądni i jak na wilków morskich przystało najbardziej bali się morskiej otchłani. Uważali, że złoty kolczyk w uchu poprawia wzrok, a przepaskę na jednym oku mieli po to, by szybko ją przełożyć na drugie oko kiedy wchodzili pod ciemny pokład, żeby nie musieć przyzwyczajać oka do zmroku panującego pod pokładem. Ubierali się nie według pirackiej mody, ale w to co złupili i w czym im było wygodnie, dlatego łatwo było poznać pirata po dziwacznym stroju. Ostatnim mitem jest pirat bez nogi czy z hakiem zamiast ręki – nie dość, że w tamtych czasach zabijała niemal każda drobna infekcja, to kalecy piraci jeśli w ogóle pływali na statkach to na pewno nie brali udziału w walce.

A to nasza podróż śladem karaibskich bukanierów z opisem miejsc nurkowych (można sobie powiększyć mapę, po prawej pojawi się lista m-c nurkowych i po wciśnięciu danego miejsca będzie opis): 


Martynika to zamorski departament Francji - czyli jest euro. Wyspa, odkryta przez Kolumba, położona jest w archipelagu Wysp Nawietrznych w Małych Antylach. Miejscowa ludność posługuje się językiem kreolskim. 
Saint Vincent i Grenadyny to część brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Głową państwa jest Królowa Elżbieta  :) Mieszkańcy to w większości potomkowie Afrykanów, zajmują się uprawą bananów, gałki muszkatołowej, bawełny, kakao i batatów. Są też największym na świecie producentem maranty trzcinowej, z której wyrabia się mączkę skrobiową do zagęszczania potraw. Jak wszyscy wyspiarze znają się także na ziołach :))
Saint Lucia to państwo leżące na wyspie o tej samej nazwie, należy również do brytyjskiej Wspólnoty Narodów i za wodza ma Królową. Mają piękną dewizę: Ziemia, Naród, Światło. Pierwotnie St.Lucia była zamieszkiwana przez Karibów, czyli Indian Karaibskich, których populacja zmniejszała się drastycznie wraz z napływem europejskich osadników. Nazwa Karibów czy Karaibów pochodzi z francuskiego i oznacza po prostu kanibali :). Ich potomkowie do dziś przetrwali w nielicznej grupie i zamieszkują m.in. na Dominice. Mam jednak wrażenie, że współcześnie nie uprawiają kanibalizmu?