PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

19 lutego 2011

PICO HUMBOLDT 4 942m n.p.m.

Wąską, mokra ścieżką pniemy się mozolnie pod górę. Otaczają nas rośliny jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Las chmurowy pogrążony w wiecznej mgle - tak się w Wenezueli nazywa ten przedziwny zbiór archaicznych roślin. Gigantycznych rozmiarów paprocie o liściach większych od człowieka zwieszają się nad naszymi głowami. Niesamowitych kształtów porosty i przerośnięte liany bambusów tworzą iście jurajski krajobraz. Nasze plecaki zostały dociążone jedzeniem i nieco przerażającym sprzętem w postaci raków, czekanów i kasków. Im wyżej tym mokrzej i ciężej. Powyżej 3000m las zmienia oblicze. Znikają porosty i paprocie zostaje drobny bambus, a później pojawiają się karłowate drzewa i krzewy ozdobne. Zaczyna też boleć głowa. Choć idziemy wolno i uważamy na każdy oddech serce wali jak szalone. Robi się coraz piękniej i bardziej skaliście, ale ból głowy nasila się z każdym krokiem i zaczyna być irytujący jak mucha brzęcząca przy uchu. W końcu kompletnie przemoczeni po 6 godzinach wspinaczki docieramy do pierwszego obozu. Rozkładamy namiot i okazuje się, że chytry dwa razy traci. Zamiast zabrać nasz przytargany z Polski już sprawdzony - zabieramy turystyczny od przewodnika - lżejszy, ale mniejszy. Plecaki wylatują na zewnątrz, a my ledwo mieścimy się w środku. Rano wszystko jest mokre poza ciuchami, które z przyzwyczajenia wepchałam do śpiwora. W obozie śpią chlopaki z USA, Kanady i Niemiec - glacjolodzy. Sprawdzają czy zanikanie lodowców w Andach jest zjawiskiem lokalnym, czy wynikiem globalnego ocieplenia. Wenezuelskie lodowce w przeciągu ostatnich 30 lat skurczyły się o 70%. Ta część Andów, którą obecnie eksplorujemy należy do najstarszych na świecie i jest częścią Koldyriery Wschodniej. Ciągle rośnie, więc jest szansa, że kiedyś Pico Bolivar osiągnie upragnione przez wenezuelczyków 5000m ;).

Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.

Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.

Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.

Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?

p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...

01 listopada 2010

PRZEDŚWIĄTECZNA RYSIANKA

Wczoraj zafundowaliśmy sobie całodzienną wycieczkę z Korbielowa na Halę Miziową, potem na Rysiankę dalej niebieskim i żółtym szlakiem w górę i w dół przez Łabysówkę - miało być dalej, ale sił zbrakło, a i zmrok już szybko zapada o tej porze roku....

Dzień był cudowny, chociaż wiało mocno. Zeszliśmy do Korbielowa w ciemnościach chwilę po 18, a że szlak prowadzi tuż obok sklepu wstąpiliśmy na zakupy. Panie były tak miłe, że na 'do widzenia' aż się chciało powiedzieć 'wesołych świąt'. Tak się to teraz dziwnie porobiło. Uroczystość Wszystkich Świętych, potocznie zwana Świętem Zmarłych wywodzi się głównie z czci oddawanej męczennikom, którzy oddali swoje życie dla wiary w Chrystusa. Tego dnia czci się znanych i nieznanych świętych. Natomiast Dzień Zaduszny to współczesny odpowiednik pogańskiego święta Dziadów rozpowszechniony dopiero w XIIIw. Tego dnia powinniśmy wspominać wszystkich, którzy odeszli z tego świata. Niestety ponieważ tylko 01 listopada jest dniem wolnym od pracy święta te stały się w praktyce jednym świętem.

Dawniej Na Słowacji w zaduszkową noc zostawiano na stole chleb lub inne potrawy. Palono po jednej świecy dla każdej zmarłej osoby. Brytyjczycy wrzucają do ogniska kamienie, warzywa i orzechy by odgonić złe duchy. Z kolei meksykańskie i romskie obrzędy ku czci zmarłych trwają dłużej niż w Polsce i mają zupełnie inny charakter - radosny. Rodziny wspominają zmarłych i wierzą, że w tych dniach ich dusze schodzą na ziemię i świętują razem z żyjącymi. W końcu - dla wierzących czy nie - mówi się, że żyją Ci, o których pamięć jest wciąż żywa.

07 października 2010

RODZINNE TATRY

Oj działo się Panocku, działo się ;)
Ojciec Chrzestny przyjechał w piątek, w niedzielę rano zjawiła się Teściowa. Będąc w komplecie udaliśmy się z wizytą do rodziny w Czarnym Dunajcu. Pogoda jak na tę porę roku była fantastyczna. Udało nam się namówić Bogusię i Marka na spacer do Morskiego Oka. Szliśmy i szliśmy, a nieprzebrany tłum turystów szedł z nami, przed nami i za nami... Pierwszy raz mieliśmy nocować w Moku (poza Jurkiem, który był tam wielokrotnie ok. 30 lat wcześniej...) Noclegi zarezerwowałam z wyprzedzeniem i dostaliśmy wspaniały 4 osobowy pokój na poddaszu - z widokiem bezpośrednio na staw. Zwierzaki na Moku są tak wytresowane, że kaczki podchodzą do nóg kiedy wyciąga się do nich ręce, a ptaki kradną posiłek z talerzy. Pracownicy schroniska zapomnieli już dawno co to znaczy być miłym i uprzejmym...
Nic jednak nie może zastąpić widoku gór odbijających się w błękitno-zielonej toni górskiego stawu.
Zobacz inne fotki z RODZINNE TATRY

ZRODZINNE TATRY

Wieczorem to mega turystyczne miejsce zamienia się w oazę spokoju - zwłaszcza kiedy pogoda jest do bani. Po pierwszym dniu cudownego słońca zerwał się wiatr, ścieżki się oblodziły i zaczęło padać. Poczekaliśmy do popołudnia, a potem dzielnie ruszyliśmy żółtym szlakiem na Szpiglasową.
Z RODZINNE TATRY

Z RODZINNE TATRY

Deszcz przestał padać mniej więcej w połowie drogi i chociaż ilość śniegu nie pozwoliła nam zejść na drugą stronę przełęczy to i tak Mama dostała sprawność tatrzańskiego turysty! Jak na pierwszą wycieczkę dała czadu jak Elvis. Kolejny dzień był ciepły i słoneczny jak latem. Wykończyliśmy się idąc z plecakami do Piątki i schodząc w dół do parkingu. Zmęczeni ale bardzo zadowoleni wróciliśmy do Krakowa. Bury Miś był zamknięty. Toalety w Moku są luksusowe jak w hotelu 5 gwiazdkowym, na 5 stawach po remoncie choć zapaszek w kibelkach pozostał ten sam, nie trzeba już wyskakiwać z kabiny zanim się spuści wodę - postęp Panie, postęp i cywilizacja...

p.s. po niespełna czterech latach udało nam się kupić bilety na Mayday (z niewielkim wyprzedzeniem, miejsca w IV I V rzędzie). Było fajnie, teraz razem z Wujkiem oglądamy debilny, ale Polski film 'Ciacho', a Mamusia właśnie jedzie w pociągu dalekobieżnym do Szczecina...

14 marca 2010

TATRY BIELSKIE TRZYNASTEGO

Pogoda w tym roku nie sprzyja, ale skoro już mogę korzystam z każdej okazji do wyjścia na narty. Wiem, że to nieładnie, ale zrezygnowaliśmy z pójścia na 3 żywioły i o 8 rano - 13-nastego w sobotę wyruszyliśmy na Słowację.Miało być krótko - wyjście do schroniska i zjazd tą samą trasą - lub alternatywnie, gdyby były siły zaliczenie kolejnego schroniska i poszukanie innego ciekawego zjazdu - czasem ciężko cokolwiek zaplanować jak się nie zna trasy, a Tatry Bielskie to dla nas nowość.
Zobacz inne fotki z Kežmarské žlaby

Prawde mówiąc w schronisku na Kondratowej pojawiła się nowa maksyma (jak ktoś chce wiedzieć co jest tam napisane to musi sam się wybrać i przeczytać) i to skłoniło nas do wybierania nowych tras, poznawania gór i szczytów... naszych możliwości ;). Ruszyliśmy z Tatrzańskiej Kotliny zielonym szlakiem i od razu okazało się, że na Słowacji też jest mało śniegu. Prawdę mówiąc już w połowie drogi do schroniska wiedzieliśmy, że tym szlakiem nie da się zjechać. Pierwszy odcinek - nie będę ukrywać - był dla nas dość trudny. W Schronisku Plesnivec atmosfera była nie do opisania. Ugoszczono nas jak w domu, popiliśmy, pogadaliśmy i aż żal było ruszać dalej. Wpisaliśmy się Baronowi do pamiątkowego zeszytu i dziś - jak miło - dostałam maila ze zdjęciami. Na Słowacji dużo się mówi o wprowadzeniu euro i chociaż to już trzy lata, chyba wciąż nie mogą się przyzwyczaić. Ciekawe jak to u nas będzie - społecznościowo wiadomo - wszyscy będą narzekać ;) czyli jednak blisko jesteśmy ze Słowakami.
Zobacz inne fotki z Kežmarské žlaby

Po wyjściu ze schroniska rum szumiał w głowie, wiatr w uszach, a podejście było bardzo strome. Przecieraliśmy szlak i po wyjściu z lasu pojawił się problem z oznaczeniem drogi. Ogromna polana Pastviny niewątpliwie piękna widokowo, jest bardzo słabo oznakowana. W zawiei, mgle i gęstym śniegu szliśmy na azymut i niestety zaszliśmy za daleko ;). Tak to już jest kiedy dobrze się idzie, a widoki są piękne. Taka wyprawa ma już znamiona przygody - przecieraliśmy szlak w nieznanym terenie, ułatwiając drogę samotnemu piechurowi. Kiedy doszliśmy do węzła szlaków przy Białym Stawie (1616m n.p.m.), podjęliśmy decyzję o zawróceniu do Doliny Jaworowej. Jakimś cudem udało nam się znaleźć niebieski szlak i zjechaliśmy na sam dół, aż do Białej Wody. Ostatni odcinek po kamieniach, gdzie Bartek po wywrotce rozdarł pół plecaka ;).

Mieliśmy czekać na autobus, ale znalazło się jedno miejsce w samochodzie z Polski i Bartek w przeciągu 15 min znalazł się na parkingu. Są jeszcze mili ludzie w naszym kraju, a już traciłam wiarę, po ostatniej wycieczce kiedy nie udało się złapać stopa i Bartek spacerował, aż do Zawoi...

Żeby było śmiesznie już w domu okazało się, że razem ze zdjęciami od Barona mamy dokładnie 13 zdjęć zrobionych trzynastego - no może nie wszystkie o 13-tej ;). W trasie byliśmy 7 godzin z czego godzinę trzeba odjąć na postoje - razem 4 godziny wychodzenia i 2 godziny zjazdu. Nie doszliśmy do Łomnicy, ale pokonanie tej trasy przy takich warunkach pogodowych i tak było wyczynem ;). A najważniejsze, że obiad zjedliśmy w Burym Misiu... ;))
Od Kežmarské žlaby

12 października 2009

Karkonosze z Chłopakami

Wyjechaliśmy w piątek - pogoda była doskonała i humory nam dopisywały. W planach było przejście Szlakiem Przyjaźni Polsko - Czeskiej (dawniej cesta československo-polského přátelství) do Śnieżki i z powrotem. Szlak został uruchomiony 16 czerwca 1961r. na mocy polsko-czechosłowackiej konwencji turystycznej. W latach 1981-84 w związku z wprowadzeniem stanu wojennego szlak był zamknięty, a w 1993r. po rozpadzie Czechosłowacji zmienił nazwę na szlak przyjaźni Polsko-Czeskiej.
Zobacz inne fotki z karkonosze

Po pysznych pampuchach z gulaszem wyruszyliśmy ze Spindlerovego Mlyna. Trasa miała zająć niecałe 3 godziny (8 km), więc nie spieszyliśmy się i robiliśmy sporo zdjęć. Do Labskiej Boudy doszliśmy o 17. Schronisko zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Jego historia sięga 1830r., kiedy to przedsiębiorcza Babka niejaka die Bllase skleciła w tym miejscu niewielki kram i sprzedawała kozi ser i gorzałkę. Obecnie po przebudowie w 1969r. hotel to ogromny postkomunistyczny moloch, a mieści tylko 79 pokoi (120 miejsc noclegowych). Od 2007r. jest w rękach prywatnego właściciela i jak dowiedzieliśmy się na miejscu: 'zatvorene ne widzicie?!'. Na szczęście do kolejnego schroniska było tylko 40min, ale za to tam skasowali nas po 70 koron za osobę w 3 i 4 osobowych pokojach ;). Na pocieszenie urządziliśmy sobie imprezę na wesoło z mnóstwem toastów przygotowanych przez Wojtka. W sobotę do południa pogoda była w miarę dobra, ale później zaczęło padać. Obiad zjedliśmy w 'Odrodzeniu' i nauczeni przez Czechów zrobiliśmy telefoniczną rezerwację miejsc w 'Samotni'. Czeska strona w ogóle wywarła na nas średnie wrażenie, więc postanowiliśmy trzymać się naszej, polskiej krainy. Dla mnie powrót na szlak przyjaźni był wspomnieniem dawnych lat - dokładnie 10 lat temu byliśmy tam z Bartkiem na naszej pierwszej wspólnej wycieczce. Dokładnie to pamiętam: było zimno, deszczowo i mgliście - widoczność może na 10m. Na Szyszaku leżał śnieg, a ja bałam się tak bardzo, że jak zobaczyłam Śnieżne Kotły to zrobiła mi się blokada i musieliśmy zawrócić i pójść drogą zimową. Na szczęście to już przeszłość - choć pogoda nie była wiele lepsza Śnieżne Kotły tym razem były piękne, a nie straszne ;). Do schroniska dotarliśmy przemoczeni, ale pyszne jedzenie i gorąca herbata szybko postawiły nas na nogi. Samotnia została nominowana do najpiękniejszych miejsc w Polsce i nic dziwnego - klimat tego miejsca jest niepowtarzalny. Zacytuję fragment ze strony schroniska:

"Oto jak widział okolicę stawów w Karkonoszach w czasie swojej wędrówki po Dolnym Śląsku latem 1844 roku Bogusz Zygmunt Stęczyński:

"A przeszedłszy przez górę Srebrnego Grzebienia,
Stajemy niespodzianie pełni zdziwienia.
Czarny Staw (Wielki Staw) połyskuje się wśród skał ołtarza.
Wdzięczy się z odległości,a z bliska przeraża.
A u stóp mamy jezioro drugie (Mały Staw),
Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,
Ponieważ ma wokoło obnażone góry,
I posiwiałe barwą kamienie ogromne,
Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne.
Tam szałas, od pasterzy w lecie zamieszkany,
Od gości unużonych bywa odwiedzany,
W którym ogień całą noc pali się z łoskotem,
A pasterze wokoło śpiąc, leżą pokotem..."
Od karkonosze

Na przełomie XVIII i XIX wieku ilość górskich bud w całych Karkonoszach szacowano na dwa i pół tysiąca! Niewiele się z tego ostało po dziś dzień, ale Samotnia, choć świeżo wyremontowana, zachowała blichtr z dawnych lat. Do późnego wieczora dyskutowaliśmy tak zażarcie, że aż żal było iść spać. A w niedzielę rozpadło się na dobre i podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna zeszła na Polską stronę do Karpacza, a druga na Czeską po samochody ;). A dziś na Kasprowym leży 20cm śniegu, więc chyba mamy już po pięknej, złotej jesieni...

p.s. i zaczną się ski-toury ;))

Anna Bucholc prosi o komentarze:

04 października 2009

Weekend w Krośnie – Chryszczata i Wątkowa

W końcu udało nam się wyrwać do Krosna – do Ani i Grzesia. Obejrzeliśmy nowe mieszkanko – świeżo po remoncie i genialny widok z okna na Magurę Wątkowską ;). Pogoda nam dopisała i w sobotę poszliśmy na Chryszczatą - 997 m n.p.m. Okoliczny las ma krwawą historię – podczas pierwszej wojny światowej przez Chryszczatą przebiegała linia frontu, a w latach 45-47 w lesie stacjonowały oddziały UPA. W 44r. przez Chryszczatą Kunicki wyprowadził uciekinierów z Bieszczadzkich wiosek pokonując dwie linie niemieckich umocnień. U podnóża Chryszczatej po raz ostatni miała miejsce szarża polskiej kawalerii. Na szczycie stoi betonowa wieża geodezyjna z czasów zaborów, a na zboczu góry postawiono nielegalny pomnik pamięci UPA. Pomnik uznano za samowolę budowlaną, ale zanim doszło do legalnej rozbiórki wandale zniszczyli go w kwietniu 2009r. Niewinnie wyglądający las kryje okopy i zarośnięte cmentarze wojskowe i choć podobno do dziś znajdowane są tam elementy uzbrojenia, my znaleźliśmy tylko grzyby…


Zobacz inne fotki z krosno

Na Chryszczatą wchodziliśmy przez rezerwat ‘Zwiezło’. Ta urocza nazwa powstała po osunięciu się ziemi w 1907r. Wygląda na to, że ktoś powiedział, że strasznie dużo tej ziemi ‘zwiezło’ i nazwa się przyjęła. Jeziorka Duszatyńskie – powstały w zagłębieniach terenu po osunięciu się ziemi, ale miejscowe legendy wspominają o uderzeniu meteorytu lub diable, który rzucił płonącą kulą czyniąc spustoszenie. W każdym razie miejsce to było uważane za zaczarowane i przyznaję, że wygląda jak z bajki. Do dziś przetrwały dwa jeziorka – górne i dolne – pozostałe zarosły, co i te w przyszłości czeka. Z ciekawostek wyczytanych w internecie podobno w wyniku butwienia drewna i resztek roślinności w głębi jeziorek powstają gazy, które powodują w zimie wybuchy obserwowane jako fontanny wody rozrywające lód. A może to rozsierdzony diabeł pluje wodą?  

Z Krosna w Bieszczady jest blisko więc zdążyliśmy na mecz siatkarek, a Ania zrobiła jajecznicę z rydzami mniam, mniam…

W niedzielę udaliśmy się najpierw na spacer do rezerwatu ‘Prządki’ – piaskowce o ciekawych kształtach o wysokości do 20m. Według legendy są to dziewczęta zamienione w kamień za przędzenie lnu w święto – jeśli to prawda to były i są bardzo ładne.

Od krosno

Właściwa wycieczka miała na celu zdobycie Wątkowej 846m n.p.m. – najwyższego szczytu Magury Wątkowskiej. Pogoda była piękna, ale musieliśmy bardzo się spieszyć, bo o 17 Polki grały z Niemkami – to była wygrana w pięknym stylu – nie to co piłkarze...

07 września 2009

GRUZJA ;)

Jestemy już w domu. Nie bylo relacji na bieząco, ponieważ padl mi telefon. Nasza wyprawa do Gruzji byla wielka przygoda, ale o tym jeszcze napisze - teraz musze pracowac - mam 101 maili na skrzynce ;(. Wyprawa do Gruzji zakonczyla sie sukcesem, ale motory jeszcze nie wrocily - dojechala tylko Uazinka ;), a my wrocilismy wczoraj z Moldawii marszrutka do Odessy, z Odessy pociagiem do Lwowa, potem marszrutka do granicy i juz o 8 rano bylismy w Polsce. Do Medyki przyjechal po nas Artur, ratując tym samym przed dalsza tulaczką - dzięki Artur!

p.s. ZWIEDZANIE GRUZJI Szczegółowy opis wyprawy znajduje się pod adresem: www.ruskiem.blogspot.com
A tutaj tylko krótko, o tym co udało nam się zobaczyć:



Prom w porcie Poti. Zasada jest taka, że nigdy nie wiadomo kiedy odpłynie z Ukrainy, kiedy pojawi się w Gruzji, ani tym bardziej jak długo będzie trwał tzw. boarding time. W naszym przypadku czas oczekiwania wyniósł łącznie na Ukrainie 9h załadunek i 7h rozładunek oraz odpowiednio w Gruzji 4h i 2h.


Droga z Zugdidi do Mesti. W tle Uazinka i kapliczka grobowa. Gruzini mają piękną tradycję pamiętania o zmarłych. W każdej przydrożnej kapliczce znajdziemy zdjęcie osoby zmarłej, butelkę wina, a nawet poczęstunek.


Tak wygląda dobrze utrzymana droga krajowa i my z Ulką – jeszcze czyści …


Sztuczne jezioro powstałe po wybudowaniu zapory na rzece Inguri. Jest to druga co do wielkości betonowa zapora na świecie (ma 272m, a Szwajcarska jest wyższa tylko o 13m). Część elektrowni wodnej Inguri znajduje się na terytorium Abchazji.


Gruzińska gościnność nie zna żadnych granic. Już w pierwszej napotkanej wiosce zostaliśmy poczęstowani winem domowej roboty i tradycyjnym chaczapuri. I tak było przy każdym postoju – czym chata bogata … a wino pędzi i pije każdy szanujący się obywatel gruziński …


Mestia – stolica Swanetii zamieszkana przez 2600 Swanów. Tutaj po raz pierwszy widzimy średniowieczne, kamienne wieże, z których słynie Swanetia. Początkowo miały charakter mieszkalno – obronny, obecnie służą jako komórka, obórka lub atrakcja turystyczna.


Wnętrze swaneckiego domu. Logistyka prowadzenia gospodarstwa zupełnie nas zaskoczyła. W domu każdy miał swoje miejsce i przydział obowiązków. Dla zwiększenia wygody i komfortu zwierzęta 'czyste' tzn. krowy i baranki spały w specjalnych przyściennych przegrodach, nad nimi umieszczone były posłania, a jeszcze wyżej siano. W ten sposób zwierzęta ogrzewały sienniki i można je było karmić bez wstawania z łóżka!


Uszguli – tutaj można się dostać tylko pojazdem terenowym, rowerem, pieszo albo konno. Niewielka wioska położona na 2200m przez ponad połowę roku jest odcięta od świata, nic więc dziwnego, że wygląda tak jakby czas się tu zatrzymał.


Uszguli – XII wieczna zabudowa, dachy z kamiennych łupków i niezbyt współczesne sanie. Przyjeżdżając tu można się cofnąć w czasie, aż do średniowiecza. Cywilizacja dociera tu wraz z odwiedzinami turystów, ale mieszkańcy najwyraźniej nie chcą niczego zmieniać w swojej codzienności.


Uszguli – typowe swaneckie gospodarstwo składało się z domu mieszkalnego i tylu wież ilu gospodarz miał synów. Każda wieża ma kilka pięter połączonych drabinami, które w razie zagrożenia wciągano na wyższe piętra. Wejścia do poszczególnych pięter były ułożone naprzemiennie żeby uniknąć upadku na sam dół. W razie oblężenia wejścia zamykano płaskimi kamieniami.


Uszguli – tradycyjne swaneckie wieże obronne. Choć tego regionu nigdy nie dotknęła żadna wojna, w Uszguli zachowało się, aż 200 takich wież. Wygląda na to, że Swanowie to temperamentny naród, ponieważ wieże służyły zarówno do obrony gospodarstwa przed walczącymi ze sobą rodami, jak i jako schronienie przed żądnym zemsty sąsiadem.


Przełęcz 2 632m n.p.m. Ciepło nie było, ale widoki bezcenne i satysfakcja gwarantowana.


1850 m.n.p.m. - w nocy temperatura spadła poniżej zera, ale za poczucie pierwszych promieni słońca o poranku i śniadanie z takim widokiem każdy przespałby się tam jeszcze raz ;).


Na pierwszym planie gruzińska flora, ale głównym bohaterem tego poranka były góry z najwyższym szczytem Gruzji – Szcharą 5068m n.p.m. – w tle.


Lentechi – hol Gruzji. Tak wygląda dzielny podróżnik po całodziennej górskiej przeprawie szutrem.


Wardzia – skalne miasto, które wygląda jak plaster miodu. W czasach świetności mogło je zamieszkiwać do 60tys. osób. Miasto zostało zbudowane dla wojska – jako świetnie ukryta skalna twierdza. Zaskoczyły nas niezwykłe jak na XIIw. rozwiązania technologiczne np. specjalne rynny służące jako system wodno - kanalizacyjny lub balkony – tunele doświetlające pomieszczenia ukryte w skale.


Gelati – to zespół klasztorny i Akademia datowane na 1106r. Tutaj dzięki fundatorowi Dawidowi Budowniczemu aż do XVI w. wykładano arytmetykę, geometrię, gramatykę, astronomię, muzykę i nawet sztukę rycia w złocie.


Kutaisi – katedra Bagrati. W czasach świetności była symbolem politycznej potęgi Gruzji, jedności narodowej oraz zwycięstwa nad wrogami. Dziś po wysadzeniu jej przez wojska tureckie, a później zbombardowaniu przez rosyjskie zostały tylko ściany zewnętrzne. Jak widać na zdjęciu Gruzja łatwo nie podda się najeźdźcom – oby odbudowa szybko się zakończyła!


Batumi – piękne miasto portowe, znane z piosenki Filipinek. XIX – wieczna zabudowa, nowoczesna promenada i bardzo dobrze zaopatrzone sklepy …



Уважайные Пассажиры !

Na wspomnienie o Gruzji będziemy spełniali toasty stojąc na krzesłach i pijąc:

„за мужов, за жены, за девочки, за мальчиков, за понимание, за Полиция и нашыx Грузинских Хосподаров !”

Motory wróciły 25.09.2009r ;)

06 września 2009

GRUZJA – INFORMACJE PRAKTYCZNE

Szczegółowa relacja z wyprawy pod adresem www.ruskiem.blogspot.com

GRUZJA - SAKARTWELO to kraj o wielu obliczach. Na stosunkowo niewielkim terenie (67tys.km) znajduje się aż 11 pasm górskich, z czego wszystkie szczyty powyżej 2000m, a najwyższe powyżej 5000. Ponadto 330km wybrzeża, ciepłe morze Czarne, palmy i winnice - każdy znajdzie tu coś dla siebie. Mnie podobało się dosłownie wszystko!
Na szczególną wzmiankę zasługuje alfabet gruziński, który został stworzony przez ormiańskiego mnicha w IIIw. n.e i przetrwał do dziś w prawie niezmienionej formie. Składa się z 33 liter, których wygląd jest zupełnie nieporównywalny z żadnym innym alfabetem na świecie. Na szczęście większość napisów jest tłumaczona na angielski.



KILKA PRAKTYCZNYCH PORAD I CIEKAWOSTEK

Gruzja wydaje się być bardzo bezpiecznym krajem, ale sami Gruzini często podkreślają, że należy uważać na złodziei, więc nie zaszkodzi noszenie pieniędzy zawsze przy sobie w bezpiecznym miejscu - jakim nie jest tylna kieszeń spodni... Jeśli chodzi o pobyt w danej miejscowości lub nocleg 'pod chmurą' to napotkani Gruzini zawsze zapewniali nas, że zabezpieczą miejsce i będą nas ochraniać - nie mówili przed kim i przed czym, ale czuliśmy się niezwykle bezpiecznie. Z całą pewnością nie wolno odmawiać poczęstunku. Należy przynajmniej spróbować potrawy czy wina - inaczej obrazimy gospodarzy. Toasty to w Gruzji poważna sprawa. Wznosi się tylko winem i jest ustalona kolejność ich spełniania. Z tego co się zorientowaliśmy pije się najpierw za zdrowie najbliższych i gości, za pomyślność i powodzenie, za płodność ziemi i za tych, którzy odeszli. Niezbyt dobrze znoszą próby wypicia za wolność i niepodległość - przecież są wolni, więc za co tu pić - tego typu toastów należy unikać. Z resztą tylko jedna osoba jest wyznaczana do wygłaszania toastów - jest to tzw. Tamada - najczęściej najstarszy i najmądrzejszy w towarzystwie. Tylko on może wyznaczyć osobę, która może wygłaszać toast - niewyznaczeni tylko piją i nic nie mówią ;). Kobiety nie wstają przy wygłaszaniu toastów - taki przywilej, ale raczej rzadko dochodzą do głosu. Pić powinno się do dna, a jeśli nie da rady to trzeba pozostałość wylać. Czasami pije się z tradycyjnych krowich rogów - pojawienie się rogu oznacza kolejkę dookoła stołu. Gruzini mają piękną tradycję pamiętania o zmarłych. Przede wszystkim w każdym miejscu pochówku znajduje się wizerunek osoby zmarłej, w postaci zdjęcia lub wyryty na pomniku. Często można spotkać przydrożne kapliczki, nawet w formie małych domków. W środku zazwyczaj oprócz zdjęcia jest poczęstunek i obowiązkowo wino, którym należy spełnić toast za zmarłego. A że nie wolno kończyć biesiady toastem za zmarłego to chyba pije się do rana ;).

BEZPIECZEŃSTWO I GRUZIŃSKA POLICJA
Pod koniec lat 90-tych Gruzja objęta kryzysem ekonomicznym była krajem niezwykle niebezpiecznym. Panował głód, szerzyła się korupcja. Gruzja podzielona jest na regiony - mniej lub bardziej niebezpieczne. Abchazja i Osetia Południowa są niedostępne dla przeciętnego turysty i w najbliższym czasie to się nie zmieni. Co do pozostałej części kraju to po wojnie w 2008r. sytuacja znacznie się zmieniła. Najwyraźniej rząd gruziński dostrzegł swoją szansę w rozwoju turystyki i mam wrażenie, że każdy na terenie Gruzji może się czuć bezpiecznie. W celu poprawy skuteczności pracy i zahamowania korupcji wymieniono kadrę urzędniczą, zatrudniono nowych policjantów i celników. Drogi górskie, uznawane za niebezpieczne, na których do niedawna dochodziło do napadów na turystów obecnie są patrolowane przez policję.
Policja według mnie w ogóle zasługuje tutaj na odrębny wpis. Są to przeważnie niezwykle mili i sympatyczni młodzi ludzie. Pełnią taką funkcję jaką właśnie te służby pełnić powinny. W żadnym innym kraju nie spotkałam się z tak profesjonalną i pomocną służbą mundurową. Wyrobiliśmy sobie taką opinię: 'Jesteś w Gruzji i nie wiesz co zrobić? Zapytaj Policjanta'. A pytać można dosłownie o wszytko. Ani do głowy im nie przyjdzie kontrolować, czy sprawdzać bagaże. Wprost przeciwnie! Martwią się czy turysta ma gdzie się przespać, czy ma gdzie zjeść i się napić. Jeśli potrzebny warsztat, lekarz, czy jakakolwiek inna pomoc - na gruzińskiego Policjanta zawsze można liczyć. Nie tylko wskaże Wam drogę, ale chętnie ‘poeskortuje’ do celu, nawet jeśli ten cel jest oddalony o 70km! A jak w knajpie siedzą policjanci to nie tylko można się z nimi napić, ale mamy gwarancję, że jedzenie jest pierwsza klasa! Policji nie należy się sprzeciwiać - po pierwsze nie wypada, a po drugie - nie pomaga. Próbowaliśmy oponować, kiedy kazali nam po wyjściu z knajpy wsiadać na pojazdy - jak policja cie eskortuje to trzeźwy być nie musisz. To samo było kiedy jechaliśmy Z Mesti do Uszguli - umówili się na godzinę i nie pozwolili nam jechać samym - dawniej tam dochodziło do napadów i turysta sam nie może jechać, bo mógłby się czuć niekomfortowo. Można mnożyć pochwały w nieskończoność, ale dość już, bo komu się będzie chciało tyle czytać?

JAK DOJECHAĆ?
Podobno najlepiej SAMOLOTEM. Z zasłyszanych wieści przekraczanie granicy DROGĄ LĄDOWĄ jest równie uciążliwe jak kosztowne. Można np. zostać przymusowo obciążonym dodatkowym ubezpieczeniem granicznym, którego wysokość (w zależności od stopnia zaawansowania negocjacji) możne zmniejszyć się nawet o połowę. PROM - Zakup biletów na prom z Odessy jest tak samo problematyczny i niepewny, jak to kiedy i o której godzinie ten prom odpłynie. Mam wrażenie, że czas dla ukraińców to pojęcie względne. Jeżeli uda się zarezerwować bilety np. w Odessie na ul.Szepkina 18 u mr Vlada (polecam, bo pewne) to jeszcze nie znaczy, że uda się je odebrać, ani tym bardziej, że dostanie się taką kajutę jak się zamawiało. W drodze powrotnej zostało nam po jednym miejscu w czteroosobowych kajutach z tirowcami. Na szczęście podziałał autorytet mr Vlada i dostaliśmy zamawiane "dwójki". Bilety w ręku to jeszcze nie pełnia szczęścia - kolejną sprawą jest boarding time. Jest tak długotrwały i męczący, że po dostaniu się do recepcji zaczyna nam być obojętnie gdzie i jak będziemy spali. Czas oczekiwania (w naszym przypadku) trwał po stronie ukraińskiej 9h załadunek i 7h zejście z promu i po stronie gruzińskiej odpowiednio 2h i 4h. Do Gruzji prom płynął 3 dni, a z powrotem dwa. Biurokracja przekracza wszelkie granice i nic na to nie można poradzić. Ilość kwitów koniecznych do załadunku/rozładunku po stronie ukraińskiej zależy od 'widzi mi się' celników. Dobra rada to wchodzić na prom jako ostatni, bo wtedy wyjeżdża się pierwszym - inna sprawa, że przy takim układzie przepadają najlepsze kajuty i pierwsze posiłki...

CO JEŚĆ?
Można wszystko ;). Jedzenie jest smaczne, a gruzińska gościnność nie zna granic. Za 200zł. w kurorcie turystycznym zjedliśmy wyśmienity, wielodaniowy obiad dla 10 osób (w cenie napoje, w tym 6 litrów wybornego wina - kupiliśmy 3, reszta to prezent). Ceny w istocie są niewygórowane, a wino jest tanie lub w większości przypadków zupełnie za darmo. Białe wino domowej roboty, którym byliśmy częstowani nader często, jest powiedzmy niezbyt wysokich lotów, natomiast o czerwonym można by wiersze pisać.
CHACZAPURI - to najbardziej popularne gruzińskie danie. Puri - to po gruzińsku chleb. Chaczapuri to okrągłe chlebowe placki (dość cienkie o średnicy 15cm) nadziewane słonym serem. Rodzaj sera zależy od regionu. Chaczapuri występuje także w postaci niewegetariańskiej - z bardzo ostrym mięsem, ale niestety nie wiem jak się nazywa. Spotkaliśmy także wersję Chaczapuri na patyku - też dobre.
SZASZŁYK MCCHADI - czyli ze świniny. Duże, jędrne kawałki pysznego mięsa - doskonale doprawione i popite smacznym gruzińskim piwem - palce lizać! W Gruzji świnki, krówki i inne zwierzątka hodowlane chodzą swobodnie bez względu na to czy są hodowane w mieście, czy na wsi. Zwierzęta same wybierają co jeść, są czyste i rozmnażają się w sposób naturalny. To czyni mięso prawdziwie królewskim przysmakiem.
CHARCZO - to rodzaj zupy gulaszowej. Występuje w wersji łagodnej i na ostro - moim skromnym zdaniem ostra lepsza.
CHINKALI - to takie duże pierogi w formie saszetek związanych u góry. Wewnątrz wypełnione kawałkami mięsa z bulionowym sosem. Trzeba je obficie posypać pieprzem i trzymając u góry palcami, jeść w taki sposób, żeby nie uronić ani kropelki sosu. Występuje także w wersji serowej.
SOSY - à la barbecue - pomidorowo - miętowo - kolędrowy jest podawany do mięs występujący w mniej lub bardziej gęstej wersji. Orzechowy - ten, który najbardziej nas zachwycił, tłusty, gesty - niebo w gębie.
DESERY - nie udało nam sie spróbować deseru w żadnej restauracji, za to zostaliśmy poczęstowani znakomitymi babeczkami drożdżowymi nadziewanymi owocami i taką przedziwną słodką galaretką o niewiadomej nazwie i nie wiadomo z czego, ale w smaku zjadliwej.
WINA - Najlepsze wina pochodzą z Kachetii, do której nie udało nam się dotrzeć z braku czasu. Czerwone wina bez względu na gatunek z reguły są bardzo dobre w smaku, natomiast domowe białe serwowane z plastikowych butelek są jako poczęstunek dla turystów i odmówić nie można...

GDZIE SPAĆ?
Można wszędzie ;). W zależności od potrzeb można spać w namiotach, hostelach, pensjonatach, kwaterach i prywatnych domach. W Gruzji powszechne jest odstępowanie prywatnych mieszkań na potrzeby turystów. Nie ma wątpliwości, że Gruzin zapytany o możliwość noclegu przede wszystkim zaprosi do siebie.

GRUZIŃSKA GOŚCINNOŚĆ
Gruzini to przedziwny naród, pełen sprzeczności. Z jednej strony temperamentni, niewylewający za kołnierz i skorzy do bitki, z drugiej słodcy, nadskakujący, serdeczni i chętni do wszelkiej pomocy. Człowiek nie zdąży się jeszcze obrócić, a już ktoś pyta w czym można pomóc i zaprasza na wino i poczęstunek. Szaleństwo - nawet się zgubić nie można. Dla mnie osobiście było to trochę męczące. W zasadzie piękny to obyczaj, dzielić się z innymi i pomagać, ale ja taka jakaś nieprzyzwyczajona... Najgorzej było z naprawą motocykli. Zachowywali się jak dzieci i nie mogąc się powstrzymać musieli obowiązkowo kopnąć w oponę, splunąć, sprawdzić amortyzatory, pociągnąć za najbliższą linkę lub chociaż brzdęknąć sprężynką. Tarcze hamulcowe Bartek wkładał ze trzy razy, bo Panowie ciągle wyciągali i szalenie trudno było ich przekonać, że już naprawione. Przyznam, że z jednej strony taka opiekuńczość jest super, bo czujemy się całkowicie bezpieczni w zupełnie obcym państwie, ale z drugiej strony człowiek czasem chciałby pobyć sam, a w Gruzji bywa to niemożliwe. W każdym razie w Gruzji umrzeć z głodu, chłodu czy pragnienia się nie da - choćby się nawet chciało ;).
Anna Bucholc prosi o komentarze:

03 maja 2009

DŁUGI WEEKEND – NARTY W RUMUNII


KRÓTKI WSTĘP O UKOCHANEJ ORAZ DANE I FAKTY
Rumunia to kraj o wielu obliczach. Dla niektórych dziki i niedostępny, dla bardziej zainteresowanych piękny i cywilizowany - od 2007r. jest członkiem UE. Po raz nie wiem już który, przypominam, że Rumunia jest zamieszkiwana przez Rumunów, a nie Romów, czyli cyganów (wywodzących się nota bene z Indii), którzy kojarzą nam się z żebractwem na polskich ulicach. Pod względem fauny i flory, wg mojej opinii, Rumunia przewyższa każdą europejską krainę. 28% powierzchni tego kraju zajmują lasy, a aż 1/3 góry - Karpaty Wschodnie i Południowe ciągną się szerokim łukiem z północy na zachód na długości 800 km. O wyjątkowości Rumunii stanowi chyba ta świeża, oryginalna przyroda, niezmącona jeszcze cywilizacją - plagą turystów i ich śmieciami. Poza tym brak obostrzeń i wielu ograniczeń - można chodzić bezkarnie i bezpłatnie, spać w górach i cieszyć się bliskością dzikich zwierząt (byle nie za blisko - liczbę niedźwiedzi żyjących w Rumunii oszacowano na 6 tys. co stanowi połowę ich europejskiej populacji, wilków jest ok.3 tys. - co daje 1/3 populacji europejskiej i ok.2 tys. rysiów - poza tym w Rumunii doliczono się, aż 5 tys gatunków chrząszczy - jeden mieszkał z nami w pokoju i polubił Grześka).

Zobacz inne fotki Rumunia 2009 skitoury - Fogarasze

   
O SKITOUROWEJ WYPRAWIE - WIELKIEJ MAJOWEJ PRZYGODZIE
Na skitoury wybraliśmy Karpaty Południowe z najwyższym szczytem kraju - Moldoveanu (2543 m n.p.m.) - dla nas na razie niedostępny. Góry Fogaraskie lub jak kto woli Alpy Transylwańskie, to najwyższe pasmo w Rumunii (najdziksze, najbardziej skaliste i jak się okazało z najpiękniejszymi i najbardziej malowniczymi dolinkami jakie w życiu widziałam). Do schroniska przyjechaliśmy drogą nr 7c, tzw. szosą transfogaraską, zbudowaną w latach 1970-74, która jest przejezdna tylko kilka miesięcy w roku (próbowaliśmy ją zdobyć w 2006 na pieszo i w 2007 na rowerach z dwóch stron i się nie udało). Na budowę tej drogi Nicolae Ceauşescu wydał miliardowe sumy pieniędzy i zużył 6 milionów kilogramów dynamitu. 40 ludzi straciło życie przy budowie i sądząc po stanie barierek wielu w późniejszych latach. W najwyższym punkcie tej drogi znajduje się jezioro Bâlea (pow.4,65ha, głębokość 11m - największy polodowcowy staw w Fogaraszach) i najdłuższy tunel przecinający łańcuch górski w Rumunii (tunel ma 884 m) . Tam właśnie do Bâlea Lac i tunelu postanowiliśmy się przenieść, kiedy okazało się, że przy schronisku na 1600m nie ma śniegu. Wyjechaliśmy telecabiną na górę i ku naszej uciesze, z braku innych miejsc zostaliśmy zakwaterowani w budynku kolejki. Wspólny 30 osobowy pokój z pięknym widokiem na dolinę, prysznic, wc - ciepła woda, nas siedmioro i Grześka żuk (może były też inne robaki, ale nie zauważone). Ciorby (przepyszne rumuńskie zupy z "wkładką" jedzone z papryczką chili i gęstą śmietaną) i tak jedliśmy w schronisku na jeziorze, a śniadania i kolacje "u siebie" z widokiem.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na "spacer" do pobliskiego żlebu, wyskrobaliśmy się na ok.2350m, zjechaliśmy jakieś 150m do jeziorka po drugiej stronie, wspięliśmy się z powrotem już bez fok i zjechaliśmy do schroniska. Zjazd był naprawdę stromy, śnieg trochę mokry, dość wąsko, wystające skały i świadomość, że Kopa Kondracka jednak nie była hardcorem. Wieczorem zrobiło się ciepło i zaczął padać deszcz ze śniegiem.

Kolejny dzień przywitał nas mgłą, ale niezrażeni wybraliśmy się na drugą stronę naszego kotła. Wspięliśmy się i na przekór mgle postanowiliśmy zjechać w dolinę. Taki zjazd w nieznane, kiedy niewiele się widzi też ma swoje uroki. Pomysł zjazdu okazał się świetny - jechaliśmy mniej więcej szlakiem i kiedy dotarliśmy do uroczej dolinki wyszło słońce. Dalej było płasko, więc urządziliśmy piknik, przykleiliśmy foki i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na końcu znowu czekał nas świetny, stromy zjazd między skałkami, ale zepsuła się pogoda. Wprawieni w bojach do połowy kotła zjeżdżaliśmy we mgle, a później obejrzeliśmy tunel z bliska i udaliśmy się na zasłużoną ciorbę i palinkę (rumuński bimber) do schroniska.
I chyba wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda ;).
Tak się złożyło, że dosiedliśmy się do chłopaka z Salvamontu (rumuński Gopr - jak się wystuka na komórce klawisze odpowiadające za litery z nazwy "Salvamont" uzyska sie numer alarmowy ich telefonu - można sprawdzić podaję nr 725 82 66 68 kierunkowy +40). Chłopak pokazał nam na mapie fajną trasę na ostatni dzień. Uwzględniała dwa podejścia, dwa zjazdy i jeszcze przejście tunelem. Rozmawialiśmy w rumuńsko-francusko-angielsko-polskim, ale głównie po rumuńsku i udało nam się porozumieć, czyli nauka nie poszła w las - Lectorice byłyby z nas dumne!
Następnego dnia skorzystaliśmy z rady, ale że znowu była mgła zjechaliśmy nie w tą dolinkę i nie było wyjścia - najpierw przeciskaliśmy się między skałami po wodospadzie i było bardzo stromo (tak stromo, że mózg tego nawet rejestrować nie chciał), a jak skończył się śnieg (czego nie przewidzieliśmy) przyszło nam schodzić po śliskiej trawie, a najgorzej miał Felek, który był w butach narciarskich... Przeżyliśmy chwile grozy kiedy Bartek poślizgnął się, nabrał rozpędu i odbił się od trawiastej półki o mało co nie spadając dalej na skałki, ale na szczęście wszystkim udało się dojść do śniegu. Niestety było już popołudnie, stromizna i śnieg tak mokry, że zjeżdżał z nami. Powiedzmy tylko, że ten zjazd nie był komfortowy, a i znowu Bartek miał pecha, zrobił przewrotkę przez stromo wystającą skałę i mało mnie o zawał nie przyprawił. Skończyło się na siniaku i mocnym postanowieniu dokupienia niezbędnego sprzętu w postaci liny, harszli i raków. Potem było już tylko lepiej. Szliśmy po kilkumetrowych zwałach śniegu drogą transfogaraską w kierunku tunelu i okazało się, że przed tunelem jest budynek Salvamontu. Wcześniej poznany kolega już na nas czekał, zmartwiony, że nie trafiliśmy na właściwy zjazd. Zostaliśmy zaproszeni na herbatę, dostaliśmy nr telefonu i informację, że jak przyjedziemy następnym razem możemy zatrzymać się u nich i ktoś z nich może też być naszym górskim przewodnikiem. Chwilę później zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i ruszyliśmy do tunelu. W blasku czołówek podziwialiśmy przepiękne lodowe rzeźby, by chwilę później zjechać kolejką w dół i upalną wiosną wrócić do Polski i schować narty w piwnicy... 

Z Rumunia 2009 skitoury - Fogarasze


Anna Bucholc prosi o komentarze:

23 kwietnia 2009

KOPA KONDRACKA I KONIEC SEZONU


Dziś jest smutny dzień. Nie dość, że zrezygnowaliśmy z dalszej nauki rumuńskiego, to jeszcze z przyczyn obiektywnych zamykam sezon ski-tourowy - i Zawratu nie będzie :(. A jeszcze tydzień temu była Kopa Kondracka i zjazd z najwyższej i najstromszej góry jaką do tej pory zdobyliśmy. No, ale nie ma tego złego - może zaległe prezentacje zrobię, może popracuję, a przecież są też plany na wakacje - i piękne wspomnienia :).
Zobacz inne fotki kopa kondracka

Anna Bucholc prosi o komentarze:

12 kwietnia 2009

WIELKANOC, ROWER I BABIA GÓRA



Uff, święta to w Polsce jedno wielkie żarcie... (przynajmniej u nas i nie mówię, że mi z tym źle :)
Całe szczęście, że mamy jeszcze trochę rozsądku w głowach i dziś poszliśmy na spacer, jutro po śniadaniu wybierzemy się na rower, a w lany poniedziałek znowu ski toury na Babiej. Oj, pasibrzuchy - rozpusta i tyle. Stoły się uginają, brzuchole do kolan zwisają, ale gęby się do żarcia uśmiechają - taka tradycja - taka karma. (karma tutaj nadzwyczaj pasuje). Po wyświęceniu jaj wypiliśmy tradycyjną krakowską kawkę na rynku obserwując ten cały kociokwik i rozkoszując się wiosennym słoneczkiem, potem było już tylko jedzenie i spacerowanie - święta rozpoczęte nieco wcześniej, no żeby zjeść to wszystko co nagotowane...
Zobacz inne fotki wielkanoc 2009


Monika była pierwszy raz na ski-tourach i dała radę Babiej. Jestem pod wrażeniem, naprawdę, nawet powieka jej nie drgnęła, a wcale nie miała taryfy ulgowej. No cóż niektórzy widocznie mają lepszą kondycję, albo niezłomność woli...

Babia zaskoczyła nas piękną pogodą - (podobno miało padać) - i znowu pysie nam się opaliły, a plecy spociły od nadmiaru wydźwiganych niepotrzebnie dodatkowych sweterków i kurtek przeciwdeszczowych. Ale nie ma co narzekać - żeby tak chociaż jeszcze raz - no na Babią już nie da rady, bo to resztki śniegu, ale Zawracik jakby tak z pogodą sezon zakończył to by było naprawdę cudownie :).
Anna Bucholc prosi o komentarze:

05 kwietnia 2009

Rakoń 1876

Zobacz inne fotki RAKOŃ

Sezon grillowy rozpoczęty!
Cudowny wypad, rewelacyjna pogoda - było fantastycznie! Z wycieczkami ski tourowymi jest tak, że przy każdej mogę spokojnie skopiować to zdanie. Faktycznie pogoda ostatnio dopisuje, a jak się do tego doda piękne, ośnieżone szczyty Tatr to nie wiem, jak innym, ale mi do szczęścia niczego więcej nie trzeba. Zimą w Tatrach jest niewielu turystów i kiedy tak wychodzi się pod górę na samotnym zboczu, pot zalewa oczy i słyszy się tylko własny oddech to jakby przenieść się w jakiś inny, lepszy wymiar. Nie ma mowy o stresach, pracy, codzienności. Liczy się tylko "tu i teraz". Pewnie dlatego to jest takie pociągające. A jak już się wyskrobie na szczyt, z językiem gdzieś w okolicy kolan, to człowieka ogarnia taka radość jakby osiągnął największy sukces, albo wygrał w toto-lotka (ale w toto-lotka nigdy nie wygrałam to w sumie nie wiem jakie to uczucie).
Grill na Rakoniu (postawiony na słupku granicznym) to był naprawdę dobry pomysł (wszystkie śmieci zabraliśmy ze sobą!). Po raz pierwszy w naszej ski-tourowej historii, zjazd był dla wszystkich perfekcyjny i teraz to już na poważnie myślimy o zakończeniu sezonu na Zawracie.

Anna Bucholc prosi o komentarze:

30 marca 2009

ODWILŻ, PECH i ROHACE

Ostatnio nasze życie to taka przyjemna rutyna - jeśli tak to można nazwać. Po powrocie z weekendu, rozpakowujemy się, robimy pranie i wkładamy ubrania z suszarki prosto do plecaka. W tygodniu wszyscy dzielnie pracujemy, obmyślając jednocześnie w jakim kierunku kolejna wycieczka. Zanim się obejrzymy jest piątek i już siedzimy w samochodzie mknąc ku przygodzie...

Ten wyjazd był niezwykły pod każdym względem. Umówiliśmy się na sobotę rano, ale piątek z powodu spontanicznej imprezki znacznie się nam przeciągnął. Zaczęło się więc od drobnego spóźnienia. Po zabraniu wszystkich pakunków do garażu i otwarciu bagażnika naszym oczom ukazała się sterta zdjęć z wyprawy do Indii. W międzyczasie bowiem skończyły się propozycje wystawiania tych zdjęć i musieliśmy je zabrać z galerii, ale sama nie wiem jakim cudem, udało nam się o tym zapomnieć. Nastąpiło szybkie przetasowanie, przeniesienie zdjęć do domu, przeparkowanie aut i upchanie bagażu. Na szczęście Jacek miał tylko niewielki plecak, bo jak się jedzie samochodem to nie wiem jakim cudem, ale zawsze wszystkiego ma się za dużo i przestaje się mieścić. Spóźniliśmy się niecały kwadrans, ale trzeba było jeszcze zatankować i zjeść śniadanie. Wybraliśmy Wild Beana na BP i wszystko potoczyłoby się normalnie gdyby nie to, że Bartek nie zabrał portfela. Na szczęście nie odjechaliśmy za daleko, więc kierowca zawrócił po portfel, a reszta ekipy poszła na śniadanie. Zadowoleni odjechaliśmy ze stacji z pełnymi brzuchami i portfelem w kieszeni, ale miny nam zrzedły już po pierwszych kilkuset metrach kiedy okazało się, że jest gigantyczny korek. Pewnie jesteśmy optymistami, bo stwierdziliśmy, że jest ładna pogoda, wakacje, mamy czas i gazetę Wyborczą, więc poczytamy. Po 20 minutach było po wszystkim i już bez przeszkód dojechaliśmy do Zuberca. Potem było już tylko lepiej - pogoda super, zwały śniegu i my z nartami przypiętymi do butów... Szczęście nie trwa jednak zbyt długo. Bartek odkrył, że znowu nie ma portfela! Po krótkiej weryfikacji doszliśmy do wniosku, że został w bagażniku i zostało postanowione:"idziemy dalej". Był śnieg, były sarny, było pięknie. A po 2 godzinach zepsuła się pogoda. Wiało tak, że nie było wątpliwości, że w wyższe partie gór nie wyjdziemy. Doszliśmy do jakiejś chaty i fantastyczni, gościnni Słowacy zaprosili nas na herbatkę. Rewelacyjna rodzinka - podobno cała licząca 30 osób i wszyscy usportowieni, nawet 8-miesięczny Maciek. Upiekli nam słoninkę w kominku, opowiadali o swoich wycieczkach i pokazali nam świetne zdjęcia z wspinaczki na lodowcu we Włoszech i filmik z pływania w śniegu po saunie. W drodze powrotnej zaszliśmy do Sindlovca (serdecznie polecam, w tej chwili niezbyt tanio, ale atmosfera super, jedzenie pyszne i przemiła właścicielka) i po obfitym obiedzie, rządni przygód postanowiliśmy wyjść na wyratrakowany stok i zjechać - absolutna rewelacja! Zapadający zmierzch, "fukający" wiatr, tylko my i ratraki. Pod górę bardzo męcząco, ale za to z jaką prędkością w dół! Jakby tego nam było mało poszliśmy na skróty i najpierw przejechaliśmy po niewielkim strumyku, a chwilę później musieliśmy przeprawić się przez prawdziwy szeroki potok (pewnie z 5m szerokości). Światła Primuli (naszego hotelu) było już widać z tamtego miejsca i postanowiliśmy nie odpuszczać. No cóż, bród nie był taki płytki jak nam się zdawało, za to woda była tak zimna jak można było przewidzieć. Uchachani dotarliśmy do samochodu i... na masce leżał słynny już portfel Bartka! Spędziliśmy upojny wieczór oglądając zdjęcia z Peru i słuchając opowieści Jacka, potem oglądaliśmy nasze zdjęcia ze ski-tourów i Jacek słuchał naszych opowieści, aż zrobiła się 3 rano i przyszedł czas na spanie.
Zobacz inne fotki ROHACE

A potem przyszła odwilż... i deszcz. I chociaż dobrze, że było ciepło i nie było ludzi, bo na stoku, przemoczeni do suchej nitki, szlifowaliśmy nasze umiejętności. Kiedy skończyła nam się cierpliwość rozgrzaliśmy trochę kości na basenie w Oravicach. Deszcz padał cały czas, więc postanowiliśmy wracać do Krakowa. I nagle znowu wrócił pech. Zaczęło się od korka w Gaju i szukaniu objazdu. Najpierw wjechaliśmy w jakąś drogę do nikąd i zawróciliśmy przy tabliczce "koniec drogi - GPS kłamie". Potem wjechaliśmy w bukszpany u kogoś na podwórku i auto zakopało się w błocie. W strugach deszczu, brodząc w błocie próbowaliśmy je wypchać przy głośnym narzekaniu właściciela domu, który miał słuszne pretensje o niszczenie trawnika. Na koniec zażądał zakopania dziur, a kiedy Jacek to robił z okna wychyliła się zatroskana kobieta i krzyknęła: " Panie, już to zostawcie". Dramatyczna sytuacja... a kiedy udało nam się wjechać na właściwą drogę i dotarliśmy już do Skawiny coś się zepsuło. Z prawego koła dochodził zgrzyt blachy i nie dało się dalej jechać. Wezwaliśmy autopomoc i znów czytaliśmy tę piątkową Wyborczą. A najśmieszniejsze jest to, że jak po 50 minutach przyjechała laweta auto ruszyło bez problemu i po zgrzycie nie było śladu... w warsztacie też nic nie znaleźli i oficjalna wersja jest taka, że to był kamień i wypadł :)

23 marca 2009

DOCZEKAŁ SIĘ I KASPROWY ORAZ TOPIENIE MARZANNY

Zaczęło się w piątek po południu od topienia Marzanny. Ostatnio tradycja żegnania Pani Zimy chyba zanika, bo wzbudzaliśmy niezdrowe zainteresowanie u młodzieży – cytuję:”HAHAHA – O BOŻE, A CO TO?!”. Dziwne przecież to pamiętny dzień wagarowicza – myśmy się nawet w Liceum przebierali :)

Pan Marek – okrzyknięty najlepiej ubranym w naszym towarzystwie – wygłosił mowę pożegnalną i fiuuu – Marzanna płynęła do morza, a my staliśmy w korku na 'zakopiance'. Dwie godziny później biliśmy rekord trasy na Kondratową. W sobotę zaczęła się prawdziwa przygoda – niezrażeni pogodą i zagrożeniem lawinowym, zdobyliśmy Kasprowy – do połowy – bo było za ciężko i za brzydko – więc skorzystaliśmy z wyciągu. Pierwsze dwa zjazdy były takie sobie, mgła choć oko wykol i ziąb wielki, ale do trzech razy sztuka. Teraz wiemy, że w Trysil było fajnie, ale nie ma to jak wyjechać z mgły i zobaczyć wyłaniające się znad chmur szczyty naszych Polskich Taterek. Wypogadzało się do późnego popołudnia, była jazda na maksa, grzańce i słońce, a wieczorem mała schroniskowa imprezka. Czegóż więcej nam trzeba? W niedzielę ładnie było tylko rano, ale tym razem wyszliśmy na szczyt i Kasprowy uważam za zaliczony. Zjechaliśmy gąsienicową w takiej mgle, że nic prawie nie było widać – ale może to i lepiej...za to zjazd w lesie do Kuźnic wynagrodził wszystkie trudy i dzień zakończyliśmy w rewelacyjnej – już chyba ulubionej knajpce „Bury Miś”.
Zobacz też inne fotki KASPROWY WIERCH

p.s. Grzesiek donosi, że na Kasprowym Wierchu rekordową grubość pokrywy śniegu odnotowano 15 kwietnia 1995r. i wynosiła 355cm, dzisiaj rano odnotowano 325cm, ale cały dzień padał śnieg - do rekordu więc coraz bliżej :). Będziemy to śledzić na bieżąco!

Anna Bucholc prosi o komentarze:

15 marca 2009

Pozdrowienia z Babiej Góry



WEEKEND Z PILSKIEM I BABIĄ zaczął się świetną pogodą - co nie oznacza, że chętnie wstałam o 7 rano... Umówiliśmy się na Ruczaju, pod blokiem: najpierw przyjechali Asia z Grześkiem, potem Piotrek i Wanda, Krzysztof, Janusz i Asia. Niezła z nas ekipa i wszystkim się chciało! Udało nam się znaleźć parking i w świetnych humorach zaczęliśmy przygotowania. Trochę czasu potrzeba na przebranie, wciśnięcie nóg w buty, założenie fok i ostatnie przemyślenie co wyjąć z plecaka, żeby nie był taki ciężki. W końcu wyruszyliśmy i już po paru krokach okazało się, że jest całkiem upalnie. Wydawało się, że kwestia stroju została rozstrzygnięta - tylko kto by przewidział, że będzie takie słońce? Rozebraliśmy się do podkoszulek i wszyscy zazdrościli Krzysztofowi, że może podwinąć spodnie... Pogoda była bezbłędna - bezwietrznie, błękitne niebo i skrzypiący pod nogami śnieg i na szczęście Janusz ze świecą, bo chyba byśmy nie dali rady wyjść na górę bez natarcia fok, do których śnieg przywierał całymi płatami. Kiedy wyszliśmy ze ściany lasu i zobaczyliśmy widok przed nami zaparło mi dech w piersiach. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknej, niczym nie skażonej zimowej przyrody. Choinki były dosłownie oblepione śniegiem i na tle błękitu nieba wyglądały jak przygarbieni ludzie, zwróceni w jednym kierunku i patrzący melancholijnie w dal. Krajobraz iście księżycowy. Słów mi brak na opisanie jak te drzewa, mniejsze i większe o rozmaitych kształtach i formach skupienia, prezentowały się okryte dookoła puszystą pierzyną. Nie potrafię tego oddać więc najlepiej obejrzeć filmik i samemu ocenić.

Zdobycie Pilska i podziwianie widoku to jeszcze nic w porównaniu ze zjazdem między tymi choinkami. To taka jazda na maksa z niespodzianką. Wywróciłam się chyba ze 20 razy ;). Oczywiście nie wszyscy się ciągle przewracają - to tylko kwestia umiejętności np. Asia i Piotrek - byli pierwszy raz na ski-tourach i wypadli świetnie! Na wieczór zjechaliśmy do Slanej Vody, żeby nazajutrz mieć blisko bazę wypadową na Babią.
Niedzielny poranek przywitał nas słońcem i dobrze, że szczyt Babiej Góry było widać, bo jak go zdobyliśmy, to trudno nam było widzieć siebie nawzajem. Przyłączył się do nas Jan prowadzący schronisko i na pierwszym podejściu dał nam taki wycisk, że mało płuc nie pogubiliśmy. Na szczęście później się zmęczył i można było nieco zwolnić tempo. Babia na ski-toury nadaje się doskonale - tylko trzeba trafić lepszą pogodę, co tam nie jest łatwe nawet latem. W każdym razie, chociaż szczyt zaliczony, wspólnie postanowiliśmy, że na Babią jeszcze wrócimy! i to by było dzisiaj na tyle...
Acha jeszcze zdjęcia z wyjazdu:
PILSKO i BABIA GÓRA

p.s.
Jeszcze parę faktów z Wikipedii:
PILSKO (1557 m n.p.m.) to drugi po Babiej Górze co do wysokości masyw górski w Beskidzie Żywieckim.
Nazwa Pilsko może pochodzić od nazwiska dawnego właściciela podszczytowej hali Pana Piela, lub od dawnego określenia miejsca "piłowania" czyli pozyskiwania drewna. Ja skłaniam się jednak do ludowej wersji wg. której nazwa związana jest z "opijaniem się" na szczycie tej góry orawskich zbójników.

BABIA GÓRA (1725 m n.p.m.) zwana jest także Diablakiem lub Górą Diabła (i pewnie dlatego tam zawsze kłopoty z pogodą) i jest zaliczana do Korony Gór Polski.
- to najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich
- najwyższy po Tatrach szczyt w Polsce
- drugi, po Śnieżce, szczyt pod względem wybitności
i cytat:
"Najwyższy wierzchołek, Diablak, odznacza się wybitnymi walorami widokowymi. Roztacza się z niego panorama na wszystkie strony, obejmująca Beskid Żywiecki, Śląski, Mały, Makowski, Wyspowy, Gorce, Kotlinę Orawsko-Nowotarską, Tatry oraz góry Słowacji." Z Kasprowego w chmurach było widać Giewont i Babią właśnie ;).

Anna Bucholc prosi o komentarze:

25 lutego 2009

TRYSIL SKI - Norwegia

W zakresie narciarstwa wciąż jesteśmy nowicjuszami. Kiedy znajomi zabrali nas do "hytty" norweskiej na narty byliśmy oszołomieni. Nie dość, że śniegu po pachy, nie dość, że chata jak z bajki to jeszcze fantastyczna pogoda i rewelacyjne towarzystwo. Było świetnie: najpierw jazda na maksa, potem sauna i skoki w zaspy śniegu, a na koniec jeszcze szanty śpiewaliśmy i jak to tylko Polacy potrafią sami układaliśmy kolejne zwrotki. Zabawa na 102 (dwa dni spać nie mogłam z wrażenia) i jeszcze raz dziękujemy za zaproszenie :).

A teraz o Trysil, nartach i biegówkach:

...więcej zdjęć tutaj...
Ośrodek narciarski Trysil mieści się w regionie Buskerud, przy granicy ze Szwecją i jest bardzo popularny w Norwegii. Nazwę zawdzięcza Górze Trysilfjellet (1132m.), po której zboczach rozmieszczone są stoki zjazdowe. U podnóża góry jest całe osiedle chatek górskich, zwanych po norwesku hyttami, do których prowadzą liczne trasy narciarskie i po zjechaniu ze stoku zjeżdża się pod same drzwi na nartach! Dodatkowo dla miłośników biegówek przygotowano całe mnóstwo tras biegowych (1100km). A jak ktoś w ogóle nie lubi sportów zimowych to może po prostu udać się na spacer, bo tam jest na prawdę pięknie.
A co oferuje Trysil?
- Nowoczesny 6-cio krzesełkowy wyciąg z podgrzewanymi siedzeniami, oraz z osłoną przeciwwiatrową
- 16 wyciągów orczykowych (wszystkie rodzaje mają, mniejsze i większe talerzyki i takie pałąki dwuosobowe też - także wszystkiego na raz się można nauczyć)
- 38 tras niebieskich, 16 czerwonych i 11 czarnych (zielonych nawet nie wymieniam, bo jeździliśmy tylko na czerwonych i czarnych uhahaha - ale jazda!), a jedna z tras czarnych ma nachylenie 45 stopni i widzieliśmy jak ktoś spadał z samej góry prawie i narty wypięły mu się w połowie stoku, ale on się zatrzymał dopiero na dole :)
- łączna długość tras 70km

No i jeszcze mapka, rzecz ważna bo bez niej można się zgubić - ech, ale super było, a po powrocie do Polski czekała na nas wiosna - no i też fajnie, ale żal jakoś.


Anna Bucholc prosi o komentarze:

22 lutego 2009

Durbaszka - FILM



Ski-toury dają niesamowite poczucie niczym nieskrępowanej wolności. Zimą, kiedy wysokogórski krajobraz jest dla wielu niedostępny, my możemy wejść praktycznie wszędzie, ale najlepsze jest to, że możemy także zjechać :). W ciągu ostatnich dwóch dni spotkaliśmy kilku ludzi na szlaku. Ich głównym zmartwieniem było przetarcie szlaku. My natomiast mogliśmy po prostu cieszyć się otaczającym nas światem. Zima w górach jest cudowna: prosta, piękna, surowa i majestatyczna. Wszechogarniająca biel potęguje wrażenia, przestrzeń wydaje się nieograniczona, a jeśli do tego dodamy błękitne niebo i promień słońca, to możemy się poczuć (jak to powiedział ładnie Grześ) jak w przedsionku nieba...
Zobacz inne fotki DURBASZKA

Anna Bucholc prosi o komentarze:

15 lutego 2009

TATRY - GRZEŚ

Tutaj nie potrzeba żadnego komentarza - trzeba zobaczyć filmik :)



Anna Bucholc prosi o komenatrze:

25 stycznia 2009

Narty i Tatry





No jak sprzęt lżejszy to nogi nie bolą i chyba już się nauczyliśmy zjeżdżać - styl jeszcze bardzo średni, ale zakręty już mniej więcej wychodzą. Wyszliśmy na Kondratową i zjechaliśmy tą łatwiejszą i mniej stromą częścią nartostrady z Kasprowego :). Bardzo fajnie, tylko pogoda kiepska, odwilż i mało śniegu. No i nawet foki nie dają rady na oblodzonej, stromej ścieżce. W kilku miejscach wychodzenie na górę bardziej przypominało wspinaczkę skałkową niż ski-touring :).

Anna Bucholc prosi o komentarze:

17 stycznia 2009

BESKID ŻYWIECKI I SKI TOURY - FILM

Co ja tam będę opowiadać - jeśli ktoś jest ciekawy jak się chodzi i zjeżdża na ski tourach to zapraszam do zobaczenia filmiku. Nie mogę się tylko powstrzymać od napisania, że pogoda dopisała, śniegu było ile trzeba, a schronisko na Przegibku jest świetne. Niestety ja zawiodłam grupę, bo strasznie bolały mnie piszczele od tych niewygodnych butów narciarskich. Może z nadmorskiego pływaka nie da się zrobić narciarza? A może mam złe buty? Było tak źle, że kolejnego dnia musieliśmy zjechać na dół (przy zjeździe tak bardzo nie boli), zamiast kontynuować wycieczkę :( a pogoda była naprawdę świetna! Nic tam jak mi nogi nie zgrubną w tym miejscu to się przerzucimy na back country