PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szlaki rowerowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szlaki rowerowe. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2014

SAGA O ISLANDII. Tam gdzie doba trwa dłużej...

Zainspirowana islandzkimi sagami...

Była sobie raz grupa Dziewięciu. Dwoje z jednego Kórnika śpiących pod jednym granatowym namiotem, Mariusz, syn Wojciecha i Haliny, zwany także jako Piriformis Vöðva i jego wybranka Patrycja córka Stanisława i Ewy, o której mówiono Meistari Maraþon, oboje o silnej woli i niezłomności. Dwoje kolejnych, w partnerstwie których wzajemna miłość przewyższa wzajemne potrzeby, a jedno z dalekiego południowego-wschodu, a drugie z północnego-zachodu zrządzeniem losu spotkali się w Swarzędzu. Mowa tu o Macieju synu Janusza i Doroty, znanym jako Hjól Þjónusta i Dorocie Conqueror á Efst córce Jana i Danuty. Córka Macieja i Ali Sylwia ég Gef álit Mitt, syn Zbigniewa i Jadwigi Paweł Skyndihjálp Kit oraz córka Ryszarda i Ewy Asia Móðir Allra to trzej wytrawni kompanii. Każde z nich inne, lecz połączeni. Jedno pachnidła mające, drugie z wieży, a trzecie roślinność znające, w ten sposób fach swój zdradzili. Ich Troje zajmowało namiot fioletowo-różowy niemal w kolorze purpury. I Dwoje ostatnich opowiadających tę Sagę z perspektywy żółtego namiotu to Bartłomiej Særðir syn Wiktora i Janiny oraz partnerka jego Anna Marabou córka Ryszarda i Hanny. Wszyscy ci zacni rowerzyści wyprawili się do dalekiej Islandii w brzuchu żelaznego potwora, który uniósł także ich nadbagaże. Nie zważając na różnice ich dzielące oraz to, że się dobrze przed wyprawą nie znali, o panujących warunkach wyspiarskich z kpiną myśląc, wyruszyli o świcie w nieznane. Tak zaczęła się ta saga deszczem i potem spływająca, wyjąca wiatrem spychającym do rowu, lecz pięknem otaczającej natury niezapomniana.
Dnia pierwszego miejsca znaleźć sobie nie mogli, z lotniskowej hali przegonieni przez szpetne sprzątające polskiego pochodzenia, które brzydkich wyrazów nadmiernie używając zbudziły ich ze snu płytkiego. Po długim namyśle sprzęt skręcili i w siąpiącym deszczu udali się w stronę Reykjaviku. Była 5 rano, ale ku ich zdziwieniu na świt się nie zanosiło i tak samo jasno było dobę całą, każdego dnia, a noc od dnia poznać można było po wyraźnym ochłodzeniu. Kilka godzin jechali w milczeniu o śnie tylko marząc, a jedynie batony energetyczne zasnąć im nie pozwalały. Mnogość skrzyżowań i rozjazdów na przedmieściach zaskoczyła ich nieco i rozdzielili się przypadkiem, ale w tym mieście wspaniałym jest tylko jedno miejsce, gdzie backpaker-a spotkać się może i tam też się wkrótce odnaleźli, a i na przyszłość postanowili się bardziej pilnować.
Późnym popołudniem posiliwszy się, znacznie zapasy uszczuplając, zażywszy siarką śmierdzącej kąpieli ruszyli na północ w stronę fiordów. Prędkość ich była licha. Po 68 długich kilometrach przodujący Piriformis Vöðva i Meistari Maraþon zostali zawróceni z drogi wprost do pięknej kamienistej zatoki, która wszystkim do gustu przypadła, bo już sił w nogach brakło. Tam pierwszy swój obóz rozbili, rozkoszując się pięknem przyrody i ptaka ugotowali w źródle gorącym, bo takich w dalekiej Islandii podobno nie brakuje.
Następnego dnia deszcz nie opuszczał podróżników, ale padało przelotnie z lekkimi przejaśnieniami. Droga była dobrze utwardzona i jechało się lekko w dół i wolno pod górę. Posuwali się nieśpiesznie niczego nie zwiedzając, bo też i niczego po drodze nie było. Droga w deszczu wlokła się niemiłosiernie, aż w końcu z za zakrętu wyłoniła się stacja. O, ta przerwa w ciepłodającym przybytku z lodami, ciastami i kawą nie zachęciła ich do dalszej podróży... Szybko przewertowawszy mapę zweryfikowali plany i wyznaczyli nowe, bliskie miejsce postoju, takie które zapewniłoby komfort kąpieli. Niestety opuścili znany już sobie szlak i stanęli w obliczu stromego, szutrowego wzniesienia. Bieda ich pełnym brzuchom i zmęczonym mięśniom! Warto jednak było zachodu, bo widok na dolinę był tak wspaniały, że tylko blasku zachodzącego słońca tam brakowało. W oddali ze szczytu wzgórza zobaczyli zagospodarowany teren i z górki na pazurki zjechali w dół trzymając języki za zębami. Równo przystrzyżona trawa, po porzedniej kamienistej nocy, wydała im się luksusem, ale radość długo nie trwała. Gospodarstwo bowiem, nie cierpiało na dostatek wody, a i miejsca na obmycie całego ciała nigdzie nie było. Za to w szopie naprzeciw obozu weselisko się odbywało, ale podróżnikom szczęścia i tym razem brakło. Nie zaproszono ich na zabawę wódką i jadłem częstując, a poproszono jedynie o zmianę miejsca postoju ze względu na planowane hałasy i tańce. Chcąc nie chcąc przenieśli sie przeto bliżej jeziora z niechęcią płacąc za wyznaczone miejsce. Szczęściem opowieści o kosztownym islandzkim życiu okazały się mocno przesadzone, więc stać ich było na noclegi, jedną ucztę i jadło kupione w Bonusie, a nawet na piwo od czasu do czasu. Czwartego dnia rano Piriformis Vöðva i Meistari Maraþon pozostali w obozie, żegnani ze smutkiem i przez dwa dni długie nie byli w tej Sadze. Pozostałych Siedmiu ruszyło w interior, a czyste niebo pozwoliło im w końcu dojrzeć słońce. Cóż jednak za drogę wybrali! Wzniesień bez liku, a droga wyboista i usiana kamieniami większymi od dłoni. Bramy pozamykane otwierać trza było, a następnie zamykać by owce nie uszły. W strumieniach wartkich przyszło im brodzić, a i rowery nie raz stromo pod górę wpychać. Zaczęły się pierwsze bolesne upadki i strome zjazdy po kamieniach. Nic więc dziwnego, że umęczeni po pięciu godzinach jazdy przemierzyli jedynie 37km z prędkością 8,1km/h. W Icelanderach napotkanych podziw i entuzjazm wzbudzali, a raz nawet pod koniec dnia z okna czterokołowca dłoń się wynurzyła i słodkie cudowne Werthersy otrzymali w darze. 

Obozowisko założyli w miejscu niezwykłym, gdzie na poduchach z mchu ciało ułożyć można było wygodnie podziwiając widok na wspaniały lodowiec Langjökull. Do północy tak siedzieli słońcem, przygodą i rumem upojeni, aż któryś na czas spojrzał i do namiotów swych się rozeszli. I znów ze słońcem niezmiennie wstali gdy już ciepło było i w długą drogę się wybrali. Interior zmieniał się niczym kameleon od poduch mchowych zielenią tchnących do gór skalistych, surowych piachem czarnym przysypanych. Pustkowie otoczyło ich ze wszystkich stron przy ostrym słońcu rażąc swym ogromem. Jedynie słupy elektryczne wszędzie stojące przypominały im o istniejącej, choć nielicznej cywilizacji, bo tylko 320 tysięcy mężnych Icelanderów ziemie te zamieszkuje, w tym wielu polskiego pochodzenia. Po kilku godzinach pośród piasków pustyni widok ukazał im się niezwykły. Słowami tego nazwać nie sposób, bo nic innego na świecie tak nie wygląda jak ta potęga wbijająca się w ląd, która cofa się pozostawiając po sobie pustkę. Lodowiec jest tak potężny i majestatyczny, że wydaje się jakby przed chwilą czarodziejską mocą zastygła uderzająca w ląd monstrualnych rozmiarów fala oceanu. Niebanalny to widok. I niezapomniany. I tak godzin parę jechali wzdłuż tej zamarzniętej lodowej ściany z podziwem, lecz z daleka na jej potęgę spoglądając. Kiedy zmęczeni dotarli w końcu do rzeki, w jej starym korycie rozbić się postanowili, bo sił już więcej nie mieli. Słońce świeciło mocno i nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Nad ranem wiatr wzmógł się w porywach i chmur spędził mrowie. Z każdą godziną wichura przybierała na sile i ziąb się zrobił taki, że nie było już co czekać. Szybko obóz zwinięto i ruszono w dalszą drogę. Przekroczenie pierwszej rzeki przy takiej pogodzie nie było miłą przygodą, ale dwa kolejne brody okazały się kropką nad 'i'. Przemarznięci i przemoczeni nie naradzając się nawet skrócili trasę tak, aby pod ciepłym dachem jak najszybciej się znaleźć. Wiatr dął tak strasznie, że środkiem drogi trzeba było pedałować i na wietrze się opierać jadąc pod skosem, a deszcz siekł bezlitośnie do suchej nitki przemaczając naszych Siedmiu. Kiedy więc wreszcie dotarli do chaty przy złotych wodospadach Gullfoss, z któryś ongiś miała być hydroelektrownia, szczęśliwym okrzykom nie było końca. A krzyczeć widocznie głośno musieli, bo nagle w progu pojawiło się Dwoje i znów przez chwilę Dziewięciu w Sadze było. Tamci zaś szczęśliwi i susi przybyli z kolejnymi Dwoma, których imiona zostały przez czas upływający zatarte. Nacieszyli się więc sobą na czas kawy i ciasta i znów w Sadze pozostało Siedmiu przemoczonych suszących się zawzięcie (i w ukryciu) odkrywając, że suszarki do rąk służą równie dobrze do suszenia wszystkich części mokrej garderoby w tym czapek, rękawic, skarpet, koszul, a nawet butów. Owinąwszy nogi papierem toaletowym i skutecznie je foliując przed włożeniem do mokrych butów, ruszyli z niechęcią w dalszą stronę, a przedtem jednak na souveniry się skusiwszy Bartłomiej Særðir chcąc płacić za zamówione rękawice zagubienie portfela odkrył, który to szczęśliwie przy tym zakupie mu zwrócono. Odtąd jednak przydomek on zmienił i mówiono nań w tej sadze Annars Hugar. Wielka niespodzianka czekała ich tego wieczoru, wpierw Geysirem oczy uraczyli, następnie dla ciała ucztę zdobyli. Przy śpiewach starszyzny miejscowej owcą się uraczyli, a widać Oberżyście do gustu przypadli gdyż ten basen zewnętrzny ciepłą wodą im napełnił i uraczył dostatnio nalewką pyszną z miejscowej rośliny. Tak to wieczór spędzili w parującej wodzie rozgrzewając kości i żołądki z widokiem na góry, a na grzejniku buty się suszyły. Niedługo potem do Þingvellir dojechali tam gdzie płyty tektoniczne pękły i fałszywe opowieści się snuje jakoby to można nurkować dotykając dwóch kontynetów. Tymczasem po prawdzie płyty pękły, lecz oddzielone są od siebie na dystans 7km, nie ma więc człowieka o takiej mocy, który by jednocześnie rękoma ich dwóch dotknął. Wodzie przejżystej i zimnej przesączonej do Silfry z lodowca, a 100lat z okładem to zajmuje, odmówić jednak urody nie można.
Deszcze nieustawały wraz z kończącą się wyprawą, a każdy z Dziewięciu marzył o jeszcze jednym, co osławione na tej wyspie, a spotkać tego do tej pory nie mogli. Przepatrzyli więc mapy i udali się ku zachodowi w poszukiwaniu naturalnych źrodeł gorących. Jakież było ich zdziwienie kiedy nie źródło, lecz całą rzekę taką znaleźli! Woda 40 stopni tuż obok namioty, doborowe towarzystwo i rumu odrobinę, a na domiar szczęścia w małpim gaju porcelanka i nie trzeba się kryć po gęstych krzakach, których na Islandii nieurodzaj i sam na sam ze swoim człowieczeństwem pobyć nie sposób. Po tych kąpielach spali wspaniale, tak że już wczesnym rankiem mimo deszczu wyruszyli w dalszą drogę. Kiedy tak jasno ciągle i tak nie wiadomo na jaką to część dnia akurat przypada. Ostatni dzień powrotu dał im się we znaki, bo tylko Trzech wjechało pod górę o 15% stromiźnie, reszta wpychać musiała. A wzniesień takich solidnych było kilka, droga jednak szybko minęła, bo wjazdy mozolne były, lecz w dół jechało się tak wybornie, że udało się nawet przekroczyć zalecaną prędkość aż o 20km/h. Tak więc do stolicy przybywszy postanowili na deser wielkiego ssaka zobaczyć, którego młode tuż po urodzeniu trzy metry długości liczy, a waży 450kg. I ukazał się im płetwal karłowaty o pięknym imieniu Minke na siódmej, ósmej piętnascie, dziewiątej, jedenastej trzydzieści, osiemnastej i dwudziestej, a także w wielu innych miejscach...
Saga smutno się kończy, bo następnego dnia znów na jedną noc Siedmiu zostało. Ruszyli razem wieczorem późnym, a po godzinach kilku skuszeni pięknie wykoszoną trawą mieli ochotę rozbić się na jednym z 67 pól golfowych, których liczba sprawia, że Islandia jest krajem najbardziej na świecie nasyconym takimi polami. Pojechali jednak do latarnii, a dnia następnego znów ich było Dziewięciu. I tak ruszyli w stronę lotniska i pożegnali się późnym popołudniem. Tym razem w Sadze zostało Dwoje, a Siedmiu ruszyło do domów. 
Marabou i Annars Hugar postanowili spojrzeć jeszcze ukradkiem na to, co Icelanderzy skrywają pod powierzchnią wody. Ocean okazał się dla nich łagodny, a piękno podwodnego świata, mnogość ryb i gęste podwodne lasy zachwyciły ich dusze. Woda zaskoczyła ich przyjemną temperaturą 11 stopni, choć pogoda na powierzchni, do czego zdążyli się przyzwyczić, była deszczowa. Załamała się jednak wieczorem, a w nocy przyszedł ulewny deszcz i zimny wicher znad Grenlandii. Temperatura spadła i rankiem nie było nurkom do śmiechu. W ulewnym deszczu wrócili do Þingvellir, by tam zanurzyć się w dziurze pomiedzy kontynentami, w wodzie o temperaturze 4 stopnii przy wizurze pod wodą od 150 do 300m. Życia tam żadnego nie było ino kamieni kupę, a w jeziorze geotermalnym nurkować się nie dało, bo dęło tak okrutnie, że fale tam były jak na oceanie. Wrócili więc do domu i z łezką w oku zapakowali pojazdy wierne do kartonów. Żadnej sposobności nie mieli, aby wracać inaczej niż transportem miejskim. I tak oto kończy się ta Saga, z myślą jakże wspaniałą, o kolejnej islandzkiej opowieści opiewającej przyszłe przygody Piriformis Vöðva, Meistari Maraþon, Hjól Þjónusta, Conqueror á Efst, ég Gef álit Mitt, Skyndihjálp Kit, Móðir Allra, Særðir vel Annars Hugar i Marabou. 
Powstało to po czasie długim jeszcze jedno wspomnienie. Piriformis Vöðva tak Islandię wspomina:



23 marca 2014

No i pękła setka do Żelazowej Woli

Idealna pogoda, lekki ciepły wietrzyk, nagie golenie, odrobina słońca i budząca się błyskawicznie zieleń. Tuż po pierwszym dniu wiosny do Kampinosu przyszło lato... Pojechaliśmy na zwiady, zeby zobaczyć ile możemy przejechać i jak zwykle troszkę się nam pomyliło i zamiast zaplanowanych 80km wyszło nam 100km (pierwsza setka w naszym życiu) i chociaż wracaliśmy lasem po ciemku to opłaciło się zobaczyć każdy kilometr tej drogi. Nocą uciekały przed nami zające, widzieliśmy puchatą łasicę i prawdziwe bagniska wypełnione ogromną ilością ropuch, a nawet rzęsorka rzeczka - niestety rozjechanego :( Przegrzmieliśmy najdzikszą, ściśle chronioną i najpiękniejszą leśną trasą w puszczy i wygłodzeni w końcu dotarliśmy do Żelazowej Woli. A tam tuż za zakrętem czekał na nas 'Przepis na kompot' z kaczką, wspaniałymi żeberkami i niezapomnianym torcikiem bezowym :) Potem jeszcze wizyta w parku otaczającym dom, w którym urodził się Chopin. To miesjce zmieniło się całkowicie od 2003r. kiedy byliśmy tu po raz pierwszy, a Bartek zgubił kluczyki od samochodu, które ostatecznie po godzinie szukania ich między drzewami odnalazły się w stacyjce :) Park zmodernizowano w 2010r., a jestem chyba sentymentalna, bo tamten nieuporządkowany i zakrzaczony podobał mi się bardziej... 
Route 2 526 254 - powered by www.bikemap.net
p.s. a dzisiaj nawet możemy chodzić bez pojękiwania - ale to już raczej zasługa nart i jogi. 

21 marca 2014

PRZEDWCZESNY ROWEROWY START


Route 2 523 163 - powered by www.bikemap.net


Niedziela w zeszłym tygodniu - pierwszy raz w SPD - przygotowania do rowerowej Islandii - czas start!
Smagani lodowatym deszczem, z wichurą prosto w twarz, bez czucia w dłoniach i stopach wracaliśmy do domu chyba jedynie siłą woli. Mięśnie nie bolały, za to przemarzliśmy na kość i przemokło nam absolutnie wszystko od pasa w dół. Chyba najbardziej ucierpiały dłonie. Trzeba pomyśleć o dodatkowym zabezpieczeniu, a za oknem tak pięknie, że bez względu na ostrzeżenia pana Doktorka i kolejnym antybiotykom do moich biedych uszu, chyba się nie powstrzymam i w weekend zaplanuję kolejną wycieczkę rowerową :).

jedyne zdjęcie jakie mamy - chwilę potem lało jak z cebra i zamarzły na ręce.

09 maja 2011

ŚLADEM MARATONU

Sobotnia wycieczka śladem maratonu zakończyła się fiaskiem. Po przejechaniu 30km, wielokrotnym zgubieniu trasy i wyczerpaniu baterii poddaliśmy się i zadzwoniliśmy do Agi i Prota. Rescue team przybyło na ratunek, Prot niczym Harry Potter zapakował nas i trzy rowery do Laguny, a potem zabrał na pyszną kolację. Przemarznięci na kość, wygłodniali i z lekkim niedosytem postanowiliśmy, że na tę trasę wrócimy jeszcze przed rozpoczęciem maratonu. Co prawda nie startujemy, ale trzeba sprawdzić własne możliwości - najwyżej znowu wykonamy telefon do przyjaciela... ;)

p.s. dzisiaj otrzymaliśmy informację od blogowego kolegi - obawia się strat w ludziach na stromym odcinku z kilkumetrową przepaścią w jednej z dolinek. Grześ będzie miał ciężko, ale my nie zamierzamy jechać na czas, więc dam znać jak przejedziemy całą trasę chyba, że się zgubimy na amen.

09 czerwca 2010

PRAWIE SETKA - ROWEROWO-RAFTINGOWE BOŻE CIAŁO NA SŁOWACJI

Wyjechaliśmy w piątek rano z kwaśnymi minami - niewyspani, głodni i pogoda pod Burkiem... kierunek został wybrany wcześniej, ale nie spodziewaliśmy się, takich dobrych warunków noclegowych. Wynajęliśmy (za kwotę bardzo rozsądną, jak na drogą Słowację) domek z kominkiem ;), a po zjedzeniu polewki humory poprawiły się na tyle, że deszcz przestał pprzeszkadzać i pojechaliśmy na zwiady do Zdiarskiej Chaty (wrócimy tu na nartach).

Trasa rowerowa 533395 - powered by Bikemap 

Zmoczyło nas okrutnie, ale jak można ogrzać się przy prawdziwym ogniu to deszcz nie stanowi problemu.
Zobacz inne fotki z ROWER I RAFTING NA SŁOWACJI

Następnego dnia rano obudziło nas piękne słoneczko, a Kochane Panie ze stołówki obiecały przygotować na kolację koleno - czyli swojską pieczoną przez 3 godziny goloneczkę ;). Wszystko po to żebyśmy sił nie stracili pedałując po 100km trasie.
Zobacz inne fotki z ROWER I RAFTING NA SŁOWACJI

Tego dnia wszystko wyszło nam perfekcyjnie. Trasa nie była trudna, pogoda była przepiękna, obiad doskonały (i nie za duży, żeby golonko weszło). Najstromszy odcinek pokonaliśmy kolejką zębatą - przewyższenie 16% - i dodatkowa atrakcja. Niestety ostatnie 20km wiodło przez las - trasą pieszego szlaku. Było stromo, kamieniście i błotnie, ale warto się spocić kiedy w perspektywie jest golonka. Były przejazdy przez rwące strumienie i kwitnące łąki - widoki piękne, ale ostatnie 5km dało nam do wiawatu. Jechać już się właściwie nie dało, w zasadzie wlekliśmy rowery wąską ścieżyną, a czas dłużył się niemiłosiernie. Resztkami sił dowlekliśmy się do rozwidlenia dróg i nie bardzo wiedząc gdzie jechać wybraliśmy drogę w dół. Wydawało nam się, że minęliśmy gdzieś nasze domki, ale na szczęście tak się nie stało. Droga kończyła się wyjazdem na 'naszą' łąkę i zdążyliśmy zakończyć rowerowy dzień w ostatnich promieniach słońca. Wyszło nam 97km zimne piwo i rewelacyjne koleno ;).

Trasa rowerowa 533503 - powered by Bikemap 

W niedzielę, w co do końca nie wierzyłam, pojechaliśmy na rafting rzeką Belą. Chłopaki trochę sceptycznie do nas podchodzili, bo zamiast 4 osiłków (rafting obejmuje min.4 osoby) zobaczyli dziewuszkę i dwóch żółtodziobów, ale później pochwalili nas za dobre 'padlowanie' ;). Stan rzeki był bardzo wysoki, woda była rwąca i 'padlować' musieliśmy cały czas i nie muszę pisać, że to nam się podobało! Nogi może trochę bolały, ale ręce przecież mamy sprawne... i pogoda znowu dopisała. Na obiad pojechaliśmy do Burego Misia i tam... spotkaliśmy znajomych ;). Cały wieczór przesiedziliśmy na Białką czekając aż rozładują się korki - szkoda tylko że prąd był taki silny i nie mogliśmy się wykąpać, bo po raftingu czuć było od nas gumą...
z ROWER I RAFTING NA SŁOWACJI

29 marca 2010

PROZA ŻYCIA I DOLINKI PODKRAKOWSKIE

Ostatnio wciąż narzekam. Jak się chce to można być niezadowolonym ze wszystkiego. Jak nie nadmiar pracy, to kiepski sezon narciarski. Pogoda też do bani, bo zmienna... tak sobie myślę, że to chyba brak świeżego powietrza. Ostatnio sporo czasu spedzamy w aucie, albo przed komputerem - już nie wiem co lepsze ;). Będziemy robili meble w Szczecinie i jak zrobiłam rozrys, a Bartek policzył formatki to nam wyszło aż pół kilometra okleiny meblowej!!! Na samą myśl robi mi się słabo - kto to wszystko poskłada? A w kalendarz weszły mi tylko 3 dni, potem otwarcie i wszystko musi być gotowe - łącznie ze mną... tak się porobiło, że założyłam kalendarz googla i teraz nawet życie mam poukładane w internecie. Dziwne te czasy - każdy teraz może 'publicznie' postawić sobie pomnik twardszy niż ze spiżu i to w dodatku z gotowego szablonu...

No, ale dość tego... w końcu nie jest to blog o narzekaniu, ale o niezwykłych przygodach - jak ja to mówię: 'biurwy z tipsami, która przemieniła się w podróżującą sportsmenkę' ... wiem, wiem uwielbiam przebarwiać, ale to fakt, jeszcze trzy lata temu miałam piękne tipsy zamiast mięśni, a Wojtek, każe mi książkę o tym napisać ;). Oj i znowu poza tematem. Zacznijmy od weekendu...
Zobacz wszystkie fotki z dolinki podkrakowskie rowerem

Powróciwszy z dalekiego Szczecina, nie pobijając rekordów prędkości z powodu przyczepy, postanowiliśmy zawierzyć prognozie pogody. Deszcze zapowiadane na sobotę skutecznie zniechęciły nas do uprawiania sportu i w ten - o ironio - piękny i słoneczny sobotni dzień rzuciliśmy się w wir przedświątecznych zakupów żywnościowych. Peklowanie mięsa, sprzątanie i pranie zajęło nam cały dzień. Wieczorna impreza z Alą i Piotrem, moc wina i zmiana czasu nie pozwoliły nam zacząć niedzieli od wspaniałego poranka. Kiedy w końcu, po 6 czy 7 sygnale budzika, zwlekłam się z łóżka, odkryłam, że piękną, wiosenną niedzielę można między bajki wsadzić. Przewodnik rowerowy przepadł na amen, ale dzielni wojownicy postanowili skorzystać ze szlaków pieszych. Pomysł jak najbardziej udany, trasa malownicza lecz błotna, po zimie częściowo nieprzejezdna, ale cóż to by była za przejażdżka gdyby nie noszenie czy pchanie rowerów? Przejechaliśmy/przeszliśmy ok.25km i na umówionego grilla zawitaliśmy ubabrani po pachy błockiem. Na szczęście jak wyschło to można było otrzepać... mój rower to amfibia, a do dolinek pojedziemy jeszcze raz, bo teraz jest tam wiele szlaków rowerowych - musimy tylko kupić mapę...

Trasa rowerowa 427152 - powered by Bikemap 

PONIEDZIAŁEK 29.03.2010
Ten dzień nie należał do najbardziej udanych, ale miał pozytywne zakończenie. W Szczecinie na osiedlowej drodze kilku wyrostków zaatakowało mojego Teścia. Wracał z działki - jak niemal codzień od 33 lat - był już niedaleko od domu (na starym boisku) kiedy podeszli do niego z paralizatorami i kazali oddać pieniądze. Na szczęście do głowy im nie przyszło, że tak niepozornie wyglądający starszy Pan, na niezbyt nowoczesnym rowerze, może mieć aż taką krzepę. Teść docisnął pedały i już po chwili był w domu i wezwał Policję. Tym razem nic się nie stało, ale strach i niepewność pozostaną. To przykre i przerażające, że takie rzeczy wciąż się zdarzają, szczególnie w naszym pięknym Szczecinie ;(.

Byliśmy u dentysty - oboje. W nagrodę kupiliśmy sobie w Empiku przewodniki po Tajlandii. Mam przeczucie, że humor mi się poprawi... Wszystko dzięki Dorotce, która prowadzi najlepsze biuro podróży i o nas pomyślała w odpowiednim czasie. Będziemy mieli 3 tygodnie za niewiarygodnie niską cenę przelotu (niestety na miejscu nie jest, aż tak tanio i pogoda będzie okropna, ale co tam). Za dwa tygodnie zaczynamy połykać wiatminę B, a za miesiąc modlimy się żeby nas malaria nie dopadła - będzie extra.

13 grudnia 2009

rowery, wernisaże, wigilia i wyjazd do Indii

Czas pędzi na oślep, śnieg pada, ilość spraw do załatwienia rośnie lawinowo, a my już we wtorek rano mamy się stawić na lotnisku - na szczęście w Balicach, bo nigdzie indziej już byśmy nie zdążyli...

Teraz sądzę, że mamy pecha. Jeszcze dwa tygodnie temu nawet nie było po co iść do pracy, a teraz w pracy taki kołchoz, że nie mam czasu zapakować toreb, a jeszcze budowa gna jak szalona i przed świętami będą już stropy. W Indiach będziemy ponad miesiąc, podróżując z miejsca na miejsce - będą zabytki, będą góry i będzie woda - a tymczasem pojemność plecaków to tylko 80 litrów. Hamaki, śpiwory i karimaty, termos, grzałka i kubek - wielka kosmetyczka wypchana lekarstwami na wszystko i jeszcze jakaś wałówka - nie będzie łatwo, bo chciałabym mieć miejsce na 'drobiazgi' które kupię na miejscu. Dość tego - będzie jak zwykle - w ostatnim możliwym momencie wszystko zostanie siłą wepchnięte do plecaków. I na pewno się zmieści ;)!

Teraz czas na przyjemności, które nas spotkały w tym czasie kiedy nie miałam czasu pisać.
Odbyła ostatnia wycieczka rowerowa w tym sezonie. W końcu udało nam się zwiedzić podziemia fortu Bodzów, a i pogoda jak widać dopisała.
Zobacz wszystkie fotki z ostatnie jesienne rowery


W Poznaniu Wojtek w ramach akcji plastycznej i wernisażu wystawy zdjęć z Gruzji, namalował mapę, na której zaznaczył trasę naszego przejazdu.

AKCJA PLASTYCZNA WOJCIECH OLCHOWSKI

Potem przyjechał do Krakowa i ustawił ognistą mandalę na rynku przy kościele św.Wojciecha i odbył się mini wernisaż kolejnej wystawy zdjęć z Indii.

GLOKER NA ULICY - WOJCIECH OLCHOWSKI

Spotkaliśmy się na kolejnej 'pogruzińskiej' imprezie, podczas której jedliśmy pyszne chaczapuri - wykonane przez Grześka i zaplanowaliśmy wyjazd tym razem na tapecie są kajaki. Poza tym zaliczyłam nockę, ale udało mi się wreszcie ukończyć prezentację filmową i zdjęciową z Gruzji - i mam wrażenie, że obie się podobały - więc pełny sukces.

Natomiast w ten weekend przyjechał Maciek i odwiedzili nas po bardzo długim czasie Piter z Olimpią i odbyła się 'wczesna' wigilia. Było magicznie, bo tego dnia zrobiło się zimno i zaczął padać śnieg. Objedliśmy się barszczem z pierogami i karpiem, a na deser makowcem - jak to po wigilii jedzenia zostało tyle, że do wtorku nie musimy gotować.

Jeśli zdołamy jutro wszystko załatwić to następną relację napiszę już z Bombaju.

20 września 2009

ROWEROWY WEEKEND

Zobacz inne fotki z trasą rowerowego maratonu krakowskiego

Wczoraj wycieczka rowerowa przedłużyła nam się odrobinę. Pogoda była cudowna i wybraliśmy trasę maratonu krakowskiego - do Tenczynka. Jechało się super, ale w drodze powrotnej zgubiliśmy się w lesie i pojechaliśmy zielonym szlakiem, aż do Woli Filipowskiej. Niestety było już późno, a spieszyliśmy się na imprezę, więc wracaliśmy najkrótszą możliwą drogą - główną krajową 79. W rezultacie zamiast zaplanowanych 70km, przejechaliśmy 90, a na imprezę spóźniliśmy się prawie 2 godziny :). Za to poczuliśmy się jak prawdziwi maratończycy...
Od trasą rowerowego maratonu krakowskiego


Trasa rowerowa 319574 - powered by Bikemap 

Dzisiaj znowu wybraliśmy się na rower. Z dwóch powodów: po pierwsze pogoda - ponownie świetna, a po drugie trzeba było rozgonić zakwasy ;). Już po wyjechaniu z garażu okazało się, że z nogami nie ma żadnego problemu, za to z siedzeniem - owszem... W ciągu kilku godzin, jak na niedzielnych rowerzystów przystało, zwiedzaliśmy Kraków. Były lody na Starowiślnej i obiadek na Szerokiej. Spojrzeliśmy na Kazimierz z innej perspektywy, ale muszę przyznać, że to moja ulubiona dzielnica. Po powrocie do domu wygrzebaliśmy model statku (ten który miał czekać na przeprowadzkę) i zaczęliśmy sklejać - to niechybnie znak, że nadchodzi zima.

Anna Bucholc prosi o komentarze:

17 maja 2009

ROWEROWY ZAKLICZYN

Życie jest dziwne i pełne niespodzianek. Mieliśmy zaplanowany weekend, ale Teściowej zepsuł się laptop i przyjechała z wizytą z samego Szczecina (ze złych wieści laptopa nie udało się uratować. Nasze weekendowo-wyjazdowe plany zostały zmienione i w końcu poznaliśmy internetową przyjaciółkę Mamy - Panią Majeczkę.
Zobacz inne fotki z zakliczyn
Cybernetyczna przyjaźń kwitnie także w 'realu', postanowiliśmy więc zabrać rowery, aby zbytnio nie przeszkadzać Paniom. Pani Majeczka mieszka w zaczarowanym miasteczku, w pięknym domu z cudownym ogrodem. Zakliczyn ma 1600 mieszkańców i pozornie nie jest dużym miastem (prawa miejskie odzyskał dopiero w 2006r.), ale posiada drugi co do wielkości rynek w małopolskim! Okolice Zakliczyna to doskonałe miejsce na rower, piękne widokowo z mnóstwem szlaków rowerowych i miejsc do zwiedzania. Pogórze Rożnowskie to zalesione górki od 300 do 500m, wszystkie szlaki są utwardzone, a ruch niewielki.

Trasa rowerowa 184280 - powered by Bikemap 

Trasa, którą sobie wyznaczyliśmy biegnie tuż nad brzegiem Dunajca, aż do przeprawy promowej. Po drodze można przejechać przez zaporę i zwiedzać ruiny romańskiej baszty wartowniczej w Czchowie (XIVw. - po rekonstrukcji, dobrze zachowana). Mieliśmy szczęście, że jest okres komunijny, bo prom nie pływa od 12 do 13 (przerwa na ładowanie akumulatorów). Z promu ładnie widać zamek w Tropsztyn - też z XIVw. - całkowicie odrestaurowany (a w podziemiach podobno zakopany skarb Inków), ale zwiedzanie zostało odpuszczone na rzecz pustelni św.Świerada i źródełka nazwanego jego imieniem (pyszna woda). Po drodze do pustelni minęliśmy kapliczkę poświęconą 510 mieszkańcom wioski, którzy umarli z powodu zarazy cholery w 1876r. Przed wjazdem do Rożnowa jest XIXw. dwór i ruiny zamku Tarnowskich z XVIw. - my z braku czasu obejrzeliśmy tylko wartownię, która służyła też za gorzelnię, ale ruiny wyglądały zachęcająco. Za to z XIIIw. zamku Gryfitów, który jest niedaleko, została tylko ruina... Obiadek zjedliśmy przy zaporze Rożnowskiej (zbudowana w latach 1935-41) z malowniczym widokiem na jezioro zaporowe i okoliczne górki, później trzeba już było wracać, bo czas naglił, a Panie zamówiły jeszcze podwózkę do Czarnego Lasu i ruin zamku w Melsztynie. Czarny Las to miejsce wyjątkowe - miejsce pamięci o ofiarach I wojny światowej. W 1914r. na wzgórzach wsi Gwoździec i Charzewice rozegrała się krwawa bitwa na białą broń. Tam gdzie polegli żołnierze wyrósł las, który został nazwany Czarnym.
Od zakliczyn

Zamek w Melsztynie w czasach świetności był jednym z największych nad Dunajcem. Doskonale umiejscowiony i ufortyfikowany, a z jego okien widok na całą dolinę. Z samego zamku zostały już tylko dwie ściany, ale dość dobrze zachowały się mury obronne. Do dziś widoczne jest także wejście do lochów, które wg. legendy ciągnęły się pod Dunajcem, aż do odległego o 3km klasztoru reformatorów w Zakliczynie. Podobno zakopane tam zostały ogromne skarby, ale tego nie da się na razie sprawdzić, bo wejście się zawaliło ;(. Jeszcze do niedawna osobliwością Melsztyna byli dwaj pustelnicy, którzy mieszkali obok siebie u podnóży wzgórza zamkowego. Utrapienie mieszkańców: pierwszy z nich przybył z północy Polski i osiedlił się w latach 80-tych, a drugi pochodzący ze Śląska (były zakonnik klasztoru w Zakliczynie) przybył w te tereny pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku. Podobno byli bardzo skłóceni, aż do czasu kiedy złamane drzewo spadło pomiędzy ich pustelnie. Rozejm nie trwał zbyt długo, po dwóch latach od pojednania jeden z pustelników zmarł...

Anna Bucholc prosi o komentarze:

10 maja 2009

PEDAŁOWANIA CIĄG DALSZY

Zobacz inne fotki z PILICA I OKOLICA

Na dziś była zaplanowana inna trasa, ale umówiliśmy się z Panami z ekipy budowlanej - i UWAGA! ... W KOŃCU MAMY ROZSĄDNĄ EKIPĘ!!! Nie będę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale po 1,5 roku szukania to naprawdę sukces. Wróćmy do roweru. Tak więc, Panowie z ekipy zgubili się na Śląsku, więc spotkanie z Krakowa zostało przesunięte do Olkusza. Rozmawialiśmy dość długo i zrobiła się godzina 13, więc szybko wyjęliśmy nasz nowo zakupiony przewodnik rowerowy i wybraliśmy trasę szlakiem Orlich Gniazd z opisem 'lajtowa przejażdżka' (pewnie byłaby 'mega lajtowa' gdyby nie to, że zgubiliśmy szlak ze cztery razy ;). Wystartowaliśmy spod ruin zamku w Smoleniu - jak ktoś nie był to warto zobaczyć - byle nie w niedzielę - za dużo ludzi. Potem jedzie się przyjemną dolinką, aż do czasu kiedy się nie zgubi szlaku :) - wracaliśmy do rozwidlenia dwa razy, ale nie wiemy, którędy powinno się jechać. W każdym razie tak jak mamy na mapie też wyszło dobrze, ładnie i malowniczo. Las Kleszczowski z oddali wygląda jak dzika knieja, ale droga leśna utrzymana jest jak marzenie. We wiosce Udórz za mostkiem trzeba pojechać prosto trawiastą ścieżką, żeby zobaczyć dworskie spichlerze. Warto! Jeden jest drewniany, a drugi kamienny i ten drugi właśnie bardzo godzien polecenia! Majstersztyk - piękna robota ufundowana zapewne przez udorzańskiego dziedzica. Kawałek dalej w lesie są ruiny zamku udorzańskiego, ale jak to powiedział Bartek: 'podejście nieadekwatnie strome jak na takie ruiny'. Dobrze, że tam rowerów nie wypchaliśmy. Podobno zresztą ten zamek nigdy nie został ukończony. Wróciliśmy do miejscowości Kąpiele Wielkie i tam już trzymaliśmy się czarnego szlaku - pieszego. W drodze do wsi Strzegowej jedzie się po trawie małym wąwozem i tam prawie spod kół wystrzeliła nam sarenka. Wyjeżdża się prosto na kościół, przed którym stoi kapliczka św.Jerzego z 1700r. - ładna, ale wejść się nie da. Dalej jest już tylko lepiej - skręca się w wąską asfaltówkę, która zmienia się później w szutrówkę i jedzie się doliną Wodącej. Tutaj widać dobrze wydane pieniądze z UE. Szlak jest świetnie utrzymany i opisany. Warto zatrzymać się przy skale Biśnik. W jaskini odkryto ślady obozowiska łowców niedźwiedzi - najstarsze sprzed 150 tys. lat! Według opisu w namulisku odnaleziono namiot obciągnięty skórami, narzędzia i kości zwierząt, podobno są to najstarsze ślady bytności człowieka na ziemiach polskich. W drodze powrotnej do zamku Smoleń można zobaczyć ogrodzone mrowiska - do mrowiska jest znoszonych prawie 25 tys. owadów dziennie, a mrówki mogą przenieść ciężar 20-krotnie przewyższający wagę ich ciała. Podobno gdyby zsumować wagę wszystkich mrówek żyjących na świecie byłaby ona wyższa niż waga wszystkich ludzi, ale ile waży przeciętna mrówka?!

Trasa rowerowa 177577 - powered by Bikemap 

Anna Bucholc prosi o komentarze:

09 maja 2009

NA ROWERZE ŚLADEM FORTÓW

Jestem taka zmęczona, że napiszę jutro. Chyba za gorąco było, albo za często gubiliśmy drogę ;). Ale traska godna polecenia!
Zobacz inne fotki z KRAKÓW ŚLADAMI FORTÓW

Zaczęliśmy szlak z ul.Drukarskiej, ale równie dobrze można wybrać inne miejsce na Ruczaju. 'Fajna' droga zaczyna się dopiero w lesie za restauracją Maestro. Lasem dojechaliśmy do rezerwatu Bonarka. My znamy go już od dawna (przez przypadek), ale niewiele osób wie, że w Krakowie można sobie zrobić spacer po dnie morza jurajskiego sprzed 140mln lat! Skały dna morskiego - wapienno-ilaste - zawierają różne skamieniałości: jeżowce, małże, ramienionogi, gąbki, a także szczątki ryb. Na tym terenie można na własne oczy zobaczyć uskoki powstałe po zderzeniu płyt tektonicznych afrykańskiej z euroazjatycką. Oczywiście efektem tej kolizji są także znane wszystkim - Tatry, Pieniny i Beskidy.
Z Bonarki cofnęliśmy się do kamieniołomu Liban - założony u schyłku XIX w. na potrzeby drogownictwa, w czasie II wojny światowej posłużył za 'karny obóz służby budowlanej'. W kamieniołomie były kręcone sceny do 'Listy Schindlera' elementy scenografii pozostały tam do dziś. Dalej wąską ścieżką pojechaliśmy w kierunku kopca Kraka - prawdopodobnie jest to grób założyciela Krakowa - ale o to naukowcy ciągle się spierają. Polecam święto 'Rękawki' odbywające się corocznie we wtorek po Wielkanocy, gdzie można się dowiedzieć więcej na temat tego miejsca, a nawet zobaczyć bitwę wojów i dziewki gotujące strawę! Z kopca zjechaliśmy w dół i dalej przez kładkę nad ul.Powstańców Śląskich i po prawej stronie za szkołą odkryliśmy kościół i fort Św.Benedykta. Uroczy kościółek ma mroczną historię. Według legendy pod stopniami mieszka czarnowłosa dziewczyna - pilnuje skarbu zakopanego pod ołtarzem - skarb jest dla tego młodzieńca, który się z nią ożeni. Chętni powinni udać się na randkę o północy, proponuję przedtem przeczytać ostrzeżenie na tablicy informacyjnej - inaczej można stracić głowę...
FORT Św. BENEDYKTA to unikat w skali europy. Wznieśli go Austriacy po pierwszym rozbiorze Polski, chcąc zabezpieczyć swoją nową granicę na Wiśle. We wnętrzu jest most na rolkach - ale fortu nie wolno zwiedzać :(. Po lewej stronie jest dziura w siatce...
Dalej kolejne odkrycie - absolutnie rewelacyjny i kameralny park Bednarskiego, z którego wyjazd jest prosto na rynek podgórski. Przez rynek przejechaliśmy na wprost w kierunku Wisły, dalej przez most i trasą rowerową przy Wawelu i smoczej Jamie, a potem na Skałki Twardowskiego, które kochamy miłością absolutną i bezkarnie kąpiemy się tam latem - z pontonu i niczego nie zaśmiecamy. Ze Skałek jechaliśmy kawałek trasą rowerową w kierunku Tyńca i przy cegielni odbiliśmy w leśną drogę (w lewo). I kolejne odkrycie - wyrobisko w Bodzowie. Raj dla motorów terenowych i quadów - udręka dla rowerzystów - ale warto było odkryć to miejsce. Drogi tam nie różnią się niczym od pustyni. Jeden wielki piach i pod górę - ostatni odcinek tak stromy, że nawet najtwardsi pchają rower (mam na myśli np.Bartka). Kiedy w końcu dotarliśmy na szczyt i obejrzeliśmy widok na dolinę rozpoczęły się nasze 40 min. poszukiwania wejścia do Fortu Bodzów. Fort był - a jakże - widoczny, ale wejścia ani widu, ani słychu - a zjeździliśmy całą okolicę, bo fortyfikacja ogromna. W przewodniku napisali, że jest mnóstwo wejść i nie można się zgubić, więc z nami chyba coś jest nie tak - szkoda, bo mieliśmy latarkę ;(. Z Bodzowa do Tyńca było już niedaleko, w Tyńcu zasłużone lody i jazda do Fortów Skotniki. Fort Skotniki N - po lewej jest zamknięty, ale Skotniki S - po prawej można zwiedzać - jest super zachowany i można zejść do piwnic i wyjść na górę, ale trzeba być przed 18. My zwiedziliśmy połowę, kiedy przyjechali Panowie opiekujący się fortem i nas wyprosili. Ale do Skotnik jeszcze pojedziemy - z domu to rzut beretem, natomiast na Bodzów jestem na razie obrażona!

Trasa rowerowa 177549 - powered by Bikemap 
Anna Bucholc prosi o komentarze:

27 kwietnia 2009

WEEKEND GRILLOWO - ROWEROWY

Nie pojechaliśmy na Zawrat i w związku z powyższym postanowiliśmy odpocząć. W życiu tak to jednak bywa, że jak pogoda ładna to zaraz się coś wykombinuje. A że znajomych mamy tylko fajnych to za namową Dorotki zaczęliśmy w sobotę od zwiedzania okolic naszego dawnego mieszkania. Pogoda była bardzo udana - pełne słońce, ale nie za gorąco. Z resztą fajnie bardzo, bo pojechaliśmy z Kuźnicy Kołłątajowskiej do Ojcowa bocznymi dróżkami i dobrze, że Dorotka znała trasę, bo pewnie byśmy się pogubili. Traska lajtowa w sam raz żeby się nie zmęczyć. Bartek spróbował ją przenieść na mapę:

Trasa rowerowa 165454 - powered by Bikemap 

Po południu pojechaliśmy z Moniką, Bartkiem i Adasiem na grilla nad Wisłę - rozłożyliśmy się na kocykach na łące naprzeciwko Przegorzał - pograliśmy w piłkę, pogadaliśmy i objedliśmy się do nieprzytomności :).

W niedzielę nielepiej. Tym razem zwiedziliśmy okolice Ali i Piotra. Razem z Asią i Polą pojechaliśmy na 6 rowerów (trasę odtworzył Bartek - wiadomo ja się nie interesuję, jadę gdzie karzą):

Trasa rowerowa 165468 - powered by Bikemap 

Nie było łatwo, podjazdy w terenie, las i upał. Ale po morderczej jeździe czekała nas nagroda - grill w pięknym ogrodzie i pyszne lody. O 16.00 pojechaliśmy rowerami na kolejnego grilla!! Do Gosi i Wieśka - i całe szczęście, że oni tak blisko mieszkają, bo ledwo dotoczyliśmy się do domu. Weekend był bardzo przyjemny - troszkę aktywności, trzy grille, a teraz zaczynamy odchudzanie... :)