PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM
Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.
26 lipca 2011
SUN, GUN & MOTO CLAN
Ech co to był za dzień. W tym pochmurnym, burzowym tygodniu udało nam się sobotnie słońce na niebie, ognisko na polanie i... strzelanie! Dorotka i Mietek zabrali nas na strzelnicę w Paczółtowicach. Z 15m dziwnie łatwo jest trafić do tarczy (nawet jak się widzi tyle co ja), a samo strzelanie w sobie jest zastanawiająco podniecające... Łuski padały na ziemię dużo rzadziej niż w 'Rambo', ale odgłos - potwierdzam - jest jak w filmach. W rewolwerze faktycznie można zakręcić bębenkiem, a 'odrzut' nie wpływa na celność strzału.
14 maja 2010
WSZYSTKO Z GÓRY - MOTOREM I CESNĄ Z CHIANG MAI
| ZOBACZ INNE FOTKI Z motorem i cesną z Chiang Mai |
Nareszcie jest chłodno... no może za dużo powiedziane, ale przynajmniej nie ma tego zapierającego dech w piersiach upału. Siedzę nad rzeką w Mae Sai jakieś 30m od Birmy, ale wioska po drugiej stronie rzeki nie różni się niczym od tej, w której jesteśmy. Nieturystyczna Tajlandia stylem niewiele różni się od nieturystycznych Indii. Ludzie są tu niezwykle mili i rozmowni choć nie mówią po angielsku to jednak nawiązują kontakt. O bliskości granicy świadczy tylko wzmożona kontrola dokumentów – w miejscowym autobusie sprawdzali dowody osobiste aż dwa razy. Nas tylko przywitano skinieniem głowy, żadne tam zaglądanie do paszportu – to już kolejny kraj, w którym nie jestem terrorystką.
| Zobacz inne fotki z motorem i cesną z Chiang Mai |
Wczoraj zdobyliśmy najwyższy szczyt Tajlandii – motorem. Według zasady Bartka nie ma sensu wychodzić tam gdzie da się wyjechać. Doi Inthanon ma 2565m n.p.m., ale widok z niego nie jest jakoś specjalnie oszałamiający. Droga kończy sie na szczycie tuż przed stacją radarową, dzięki której żołnierze patrolują przygraniczny teren z Birmą i Laosem. Jazda na motorze w upale nie jest bardzo zahwycająca. W mieście trzeba lawirować między samochodami i zatrważającą ilością innych motocykli i ciągle pilnować się w ruchu lewostronnym. Poza miastem z kolei, w terenie górzystym, nie rozwija się niesamowitych prędkości i w związku z tym doskwiera upał. Nikt o tym nie mówi, ale siodełka motocyklowe nie należą do najmiększych i po zrobieniu 200km tyłek naprawdę boli – i odparza się, bo jest gorąco ;). Na szczęście dzien wcześniej odkryliśmy uroki msażu. Całe ciało można wymasować za 15zł. (masaż trwa godzinę i jest boski). Usługi tego typu w ogóle są tanie np. manicure czy pedicure kosztuje 20zł. z malowaniem, a za obcięcie, farbowanie, masaż głowy i odżywkę do włosów zapłaciłam 50zł. Mam modny w Tajlandii kolor czekoladowy zmieszany z zielonym – było trochę strachu, ale wyszło nadspodziewanie dobrze.
| Zobacz inne fotki z motorem i cesną z Chiang Mai |
W Chiang Mai zamiast zwiedzać korzystaliśmy z dobrodziejstw taniej kuchni, pysznego piwa i znakomitych masaży. Ostatniego dnia obejrzeliśmy 3 z pośród ponad 150 buddyjskich świątyn tzw. Watów. Mury miejskie pominęliśmy z rozmyslem – widzieliśmy je wielokrotnie wyjeżdżając z miasta. Choć historię mają krwawą (składano ofiary z ludzi aż do drugiej połowy XIXw. - duchy miały ochronić miasto) to obecnie nie są wyjątkowe pod żadnym wzgledem.
| Zobacz inne fotki z motorem i cesną z Chiang Mai |
07 września 2009
GRUZJA ;)
p.s. ZWIEDZANIE GRUZJI Szczegółowy opis wyprawy znajduje się pod adresem: www.ruskiem.blogspot.com
A tutaj tylko krótko, o tym co udało nam się zobaczyć:
Prom w porcie Poti. Zasada jest taka, że nigdy nie wiadomo kiedy odpłynie z Ukrainy, kiedy pojawi się w Gruzji, ani tym bardziej jak długo będzie trwał tzw. boarding time. W naszym przypadku czas oczekiwania wyniósł łącznie na Ukrainie 9h załadunek i 7h rozładunek oraz odpowiednio w Gruzji 4h i 2h.
Droga z Zugdidi do Mesti. W tle Uazinka i kapliczka grobowa. Gruzini mają piękną tradycję pamiętania o zmarłych. W każdej przydrożnej kapliczce znajdziemy zdjęcie osoby zmarłej, butelkę wina, a nawet poczęstunek.
Tak wygląda dobrze utrzymana droga krajowa i my z Ulką – jeszcze czyści …
Sztuczne jezioro powstałe po wybudowaniu zapory na rzece Inguri. Jest to druga co do wielkości betonowa zapora na świecie (ma 272m, a Szwajcarska jest wyższa tylko o 13m). Część elektrowni wodnej Inguri znajduje się na terytorium Abchazji.
Gruzińska gościnność nie zna żadnych granic. Już w pierwszej napotkanej wiosce zostaliśmy poczęstowani winem domowej roboty i tradycyjnym chaczapuri. I tak było przy każdym postoju – czym chata bogata … a wino pędzi i pije każdy szanujący się obywatel gruziński …
Mestia – stolica Swanetii zamieszkana przez 2600 Swanów. Tutaj po raz pierwszy widzimy średniowieczne, kamienne wieże, z których słynie Swanetia. Początkowo miały charakter mieszkalno – obronny, obecnie służą jako komórka, obórka lub atrakcja turystyczna.
Wnętrze swaneckiego domu. Logistyka prowadzenia gospodarstwa zupełnie nas zaskoczyła. W domu każdy miał swoje miejsce i przydział obowiązków. Dla zwiększenia wygody i komfortu zwierzęta 'czyste' tzn. krowy i baranki spały w specjalnych przyściennych przegrodach, nad nimi umieszczone były posłania, a jeszcze wyżej siano. W ten sposób zwierzęta ogrzewały sienniki i można je było karmić bez wstawania z łóżka!
Uszguli – tutaj można się dostać tylko pojazdem terenowym, rowerem, pieszo albo konno. Niewielka wioska położona na 2200m przez ponad połowę roku jest odcięta od świata, nic więc dziwnego, że wygląda tak jakby czas się tu zatrzymał.
Uszguli – XII wieczna zabudowa, dachy z kamiennych łupków i niezbyt współczesne sanie. Przyjeżdżając tu można się cofnąć w czasie, aż do średniowiecza. Cywilizacja dociera tu wraz z odwiedzinami turystów, ale mieszkańcy najwyraźniej nie chcą niczego zmieniać w swojej codzienności.
Uszguli – typowe swaneckie gospodarstwo składało się z domu mieszkalnego i tylu wież ilu gospodarz miał synów. Każda wieża ma kilka pięter połączonych drabinami, które w razie zagrożenia wciągano na wyższe piętra. Wejścia do poszczególnych pięter były ułożone naprzemiennie żeby uniknąć upadku na sam dół. W razie oblężenia wejścia zamykano płaskimi kamieniami.
Uszguli – tradycyjne swaneckie wieże obronne. Choć tego regionu nigdy nie dotknęła żadna wojna, w Uszguli zachowało się, aż 200 takich wież. Wygląda na to, że Swanowie to temperamentny naród, ponieważ wieże służyły zarówno do obrony gospodarstwa przed walczącymi ze sobą rodami, jak i jako schronienie przed żądnym zemsty sąsiadem.
Przełęcz 2 632m n.p.m. Ciepło nie było, ale widoki bezcenne i satysfakcja gwarantowana.
1850 m.n.p.m. - w nocy temperatura spadła poniżej zera, ale za poczucie pierwszych promieni słońca o poranku i śniadanie z takim widokiem każdy przespałby się tam jeszcze raz ;).
Na pierwszym planie gruzińska flora, ale głównym bohaterem tego poranka były góry z najwyższym szczytem Gruzji – Szcharą 5068m n.p.m. – w tle.
Lentechi – hol Gruzji. Tak wygląda dzielny podróżnik po całodziennej górskiej przeprawie szutrem.
Wardzia – skalne miasto, które wygląda jak plaster miodu. W czasach świetności mogło je zamieszkiwać do 60tys. osób. Miasto zostało zbudowane dla wojska – jako świetnie ukryta skalna twierdza. Zaskoczyły nas niezwykłe jak na XIIw. rozwiązania technologiczne np. specjalne rynny służące jako system wodno - kanalizacyjny lub balkony – tunele doświetlające pomieszczenia ukryte w skale.
Gelati – to zespół klasztorny i Akademia datowane na 1106r. Tutaj dzięki fundatorowi Dawidowi Budowniczemu aż do XVI w. wykładano arytmetykę, geometrię, gramatykę, astronomię, muzykę i nawet sztukę rycia w złocie.
Kutaisi – katedra Bagrati. W czasach świetności była symbolem politycznej potęgi Gruzji, jedności narodowej oraz zwycięstwa nad wrogami. Dziś po wysadzeniu jej przez wojska tureckie, a później zbombardowaniu przez rosyjskie zostały tylko ściany zewnętrzne. Jak widać na zdjęciu Gruzja łatwo nie podda się najeźdźcom – oby odbudowa szybko się zakończyła!
Batumi – piękne miasto portowe, znane z piosenki Filipinek. XIX – wieczna zabudowa, nowoczesna promenada i bardzo dobrze zaopatrzone sklepy …
Уважайные Пассажиры !
Na wspomnienie o Gruzji będziemy spełniali toasty stojąc na krzesłach i pijąc:
„за мужов, за жены, за девочки, за мальчиков, за понимание, за Полиция и нашыx Грузинских Хосподаров !”
Motory wróciły 25.09.2009r ;)
06 września 2009
GRUZJA – INFORMACJE PRAKTYCZNE
Szczegółowa relacja z wyprawy pod adresem www.ruskiem.blogspot.com
GRUZJA - SAKARTWELO to kraj o wielu obliczach. Na stosunkowo niewielkim terenie (67tys.km) znajduje się aż 11 pasm górskich, z czego wszystkie szczyty powyżej 2000m, a najwyższe powyżej 5000. Ponadto 330km wybrzeża, ciepłe morze Czarne, palmy i winnice - każdy znajdzie tu coś dla siebie. Mnie podobało się dosłownie wszystko!
Na szczególną wzmiankę zasługuje alfabet gruziński, który został stworzony przez ormiańskiego mnicha w IIIw. n.e i przetrwał do dziś w prawie niezmienionej formie. Składa się z 33 liter, których wygląd jest zupełnie nieporównywalny z żadnym innym alfabetem na świecie. Na szczęście większość napisów jest tłumaczona na angielski.
KILKA PRAKTYCZNYCH PORAD I CIEKAWOSTEK
Gruzja wydaje się być bardzo bezpiecznym krajem, ale sami Gruzini często podkreślają, że należy uważać na złodziei, więc nie zaszkodzi noszenie pieniędzy zawsze przy sobie w bezpiecznym miejscu - jakim nie jest tylna kieszeń spodni... Jeśli chodzi o pobyt w danej miejscowości lub nocleg 'pod chmurą' to napotkani Gruzini zawsze zapewniali nas, że zabezpieczą miejsce i będą nas ochraniać - nie mówili przed kim i przed czym, ale czuliśmy się niezwykle bezpiecznie. Z całą pewnością nie wolno odmawiać poczęstunku. Należy przynajmniej spróbować potrawy czy wina - inaczej obrazimy gospodarzy. Toasty to w Gruzji poważna sprawa. Wznosi się tylko winem i jest ustalona kolejność ich spełniania. Z tego co się zorientowaliśmy pije się najpierw za zdrowie najbliższych i gości, za pomyślność i powodzenie, za płodność ziemi i za tych, którzy odeszli. Niezbyt dobrze znoszą próby wypicia za wolność i niepodległość - przecież są wolni, więc za co tu pić - tego typu toastów należy unikać. Z resztą tylko jedna osoba jest wyznaczana do wygłaszania toastów - jest to tzw. Tamada - najczęściej najstarszy i najmądrzejszy w towarzystwie. Tylko on może wyznaczyć osobę, która może wygłaszać toast - niewyznaczeni tylko piją i nic nie mówią ;). Kobiety nie wstają przy wygłaszaniu toastów - taki przywilej, ale raczej rzadko dochodzą do głosu. Pić powinno się do dna, a jeśli nie da rady to trzeba pozostałość wylać. Czasami pije się z tradycyjnych krowich rogów - pojawienie się rogu oznacza kolejkę dookoła stołu. Gruzini mają piękną tradycję pamiętania o zmarłych. Przede wszystkim w każdym miejscu pochówku znajduje się wizerunek osoby zmarłej, w postaci zdjęcia lub wyryty na pomniku. Często można spotkać przydrożne kapliczki, nawet w formie małych domków. W środku zazwyczaj oprócz zdjęcia jest poczęstunek i obowiązkowo wino, którym należy spełnić toast za zmarłego. A że nie wolno kończyć biesiady toastem za zmarłego to chyba pije się do rana ;).
BEZPIECZEŃSTWO I GRUZIŃSKA POLICJA
Pod koniec lat 90-tych Gruzja objęta kryzysem ekonomicznym była krajem niezwykle niebezpiecznym. Panował głód, szerzyła się korupcja. Gruzja podzielona jest na regiony - mniej lub bardziej niebezpieczne. Abchazja i Osetia Południowa są niedostępne dla przeciętnego turysty i w najbliższym czasie to się nie zmieni. Co do pozostałej części kraju to po wojnie w 2008r. sytuacja znacznie się zmieniła. Najwyraźniej rząd gruziński dostrzegł swoją szansę w rozwoju turystyki i mam wrażenie, że każdy na terenie Gruzji może się czuć bezpiecznie. W celu poprawy skuteczności pracy i zahamowania korupcji wymieniono kadrę urzędniczą, zatrudniono nowych policjantów i celników. Drogi górskie, uznawane za niebezpieczne, na których do niedawna dochodziło do napadów na turystów obecnie są patrolowane przez policję.
Policja według mnie w ogóle zasługuje tutaj na odrębny wpis. Są to przeważnie niezwykle mili i sympatyczni młodzi ludzie. Pełnią taką funkcję jaką właśnie te służby pełnić powinny. W żadnym innym kraju nie spotkałam się z tak profesjonalną i pomocną służbą mundurową. Wyrobiliśmy sobie taką opinię: 'Jesteś w Gruzji i nie wiesz co zrobić? Zapytaj Policjanta'. A pytać można dosłownie o wszytko. Ani do głowy im nie przyjdzie kontrolować, czy sprawdzać bagaże. Wprost przeciwnie! Martwią się czy turysta ma gdzie się przespać, czy ma gdzie zjeść i się napić. Jeśli potrzebny warsztat, lekarz, czy jakakolwiek inna pomoc - na gruzińskiego Policjanta zawsze można liczyć. Nie tylko wskaże Wam drogę, ale chętnie ‘poeskortuje’ do celu, nawet jeśli ten cel jest oddalony o 70km! A jak w knajpie siedzą policjanci to nie tylko można się z nimi napić, ale mamy gwarancję, że jedzenie jest pierwsza klasa! Policji nie należy się sprzeciwiać - po pierwsze nie wypada, a po drugie - nie pomaga. Próbowaliśmy oponować, kiedy kazali nam po wyjściu z knajpy wsiadać na pojazdy - jak policja cie eskortuje to trzeźwy być nie musisz. To samo było kiedy jechaliśmy Z Mesti do Uszguli - umówili się na godzinę i nie pozwolili nam jechać samym - dawniej tam dochodziło do napadów i turysta sam nie może jechać, bo mógłby się czuć niekomfortowo. Można mnożyć pochwały w nieskończoność, ale dość już, bo komu się będzie chciało tyle czytać?
JAK DOJECHAĆ?
Podobno najlepiej SAMOLOTEM. Z zasłyszanych wieści przekraczanie granicy DROGĄ LĄDOWĄ jest równie uciążliwe jak kosztowne. Można np. zostać przymusowo obciążonym dodatkowym ubezpieczeniem granicznym, którego wysokość (w zależności od stopnia zaawansowania negocjacji) możne zmniejszyć się nawet o połowę. PROM - Zakup biletów na prom z Odessy jest tak samo problematyczny i niepewny, jak to kiedy i o której godzinie ten prom odpłynie. Mam wrażenie, że czas dla ukraińców to pojęcie względne. Jeżeli uda się zarezerwować bilety np. w Odessie na ul.Szepkina 18 u mr Vlada (polecam, bo pewne) to jeszcze nie znaczy, że uda się je odebrać, ani tym bardziej, że dostanie się taką kajutę jak się zamawiało. W drodze powrotnej zostało nam po jednym miejscu w czteroosobowych kajutach z tirowcami. Na szczęście podziałał autorytet mr Vlada i dostaliśmy zamawiane "dwójki". Bilety w ręku to jeszcze nie pełnia szczęścia - kolejną sprawą jest boarding time. Jest tak długotrwały i męczący, że po dostaniu się do recepcji zaczyna nam być obojętnie gdzie i jak będziemy spali. Czas oczekiwania (w naszym przypadku) trwał po stronie ukraińskiej 9h załadunek i 7h zejście z promu i po stronie gruzińskiej odpowiednio 2h i 4h. Do Gruzji prom płynął 3 dni, a z powrotem dwa. Biurokracja przekracza wszelkie granice i nic na to nie można poradzić. Ilość kwitów koniecznych do załadunku/rozładunku po stronie ukraińskiej zależy od 'widzi mi się' celników. Dobra rada to wchodzić na prom jako ostatni, bo wtedy wyjeżdża się pierwszym - inna sprawa, że przy takim układzie przepadają najlepsze kajuty i pierwsze posiłki...
CO JEŚĆ?
Można wszystko ;). Jedzenie jest smaczne, a gruzińska gościnność nie zna granic. Za 200zł. w kurorcie turystycznym zjedliśmy wyśmienity, wielodaniowy obiad dla 10 osób (w cenie napoje, w tym 6 litrów wybornego wina - kupiliśmy 3, reszta to prezent). Ceny w istocie są niewygórowane, a wino jest tanie lub w większości przypadków zupełnie za darmo. Białe wino domowej roboty, którym byliśmy częstowani nader często, jest powiedzmy niezbyt wysokich lotów, natomiast o czerwonym można by wiersze pisać.
CHACZAPURI - to najbardziej popularne gruzińskie danie. Puri - to po gruzińsku chleb. Chaczapuri to okrągłe chlebowe placki (dość cienkie o średnicy 15cm) nadziewane słonym serem. Rodzaj sera zależy od regionu. Chaczapuri występuje także w postaci niewegetariańskiej - z bardzo ostrym mięsem, ale niestety nie wiem jak się nazywa. Spotkaliśmy także wersję Chaczapuri na patyku - też dobre.
SZASZŁYK MCCHADI - czyli ze świniny. Duże, jędrne kawałki pysznego mięsa - doskonale doprawione i popite smacznym gruzińskim piwem - palce lizać! W Gruzji świnki, krówki i inne zwierzątka hodowlane chodzą swobodnie bez względu na to czy są hodowane w mieście, czy na wsi. Zwierzęta same wybierają co jeść, są czyste i rozmnażają się w sposób naturalny. To czyni mięso prawdziwie królewskim przysmakiem.
CHARCZO - to rodzaj zupy gulaszowej. Występuje w wersji łagodnej i na ostro - moim skromnym zdaniem ostra lepsza.
CHINKALI - to takie duże pierogi w formie saszetek związanych u góry. Wewnątrz wypełnione kawałkami mięsa z bulionowym sosem. Trzeba je obficie posypać pieprzem i trzymając u góry palcami, jeść w taki sposób, żeby nie uronić ani kropelki sosu. Występuje także w wersji serowej.
SOSY - à la barbecue - pomidorowo - miętowo - kolędrowy jest podawany do mięs występujący w mniej lub bardziej gęstej wersji. Orzechowy - ten, który najbardziej nas zachwycił, tłusty, gesty - niebo w gębie.
DESERY - nie udało nam sie spróbować deseru w żadnej restauracji, za to zostaliśmy poczęstowani znakomitymi babeczkami drożdżowymi nadziewanymi owocami i taką przedziwną słodką galaretką o niewiadomej nazwie i nie wiadomo z czego, ale w smaku zjadliwej.
WINA - Najlepsze wina pochodzą z Kachetii, do której nie udało nam się dotrzeć z braku czasu. Czerwone wina bez względu na gatunek z reguły są bardzo dobre w smaku, natomiast domowe białe serwowane z plastikowych butelek są jako poczęstunek dla turystów i odmówić nie można...
GDZIE SPAĆ?
Można wszędzie ;). W zależności od potrzeb można spać w namiotach, hostelach, pensjonatach, kwaterach i prywatnych domach. W Gruzji powszechne jest odstępowanie prywatnych mieszkań na potrzeby turystów. Nie ma wątpliwości, że Gruzin zapytany o możliwość noclegu przede wszystkim zaprosi do siebie.
GRUZIŃSKA GOŚCINNOŚĆ
Gruzini to przedziwny naród, pełen sprzeczności. Z jednej strony temperamentni, niewylewający za kołnierz i skorzy do bitki, z drugiej słodcy, nadskakujący, serdeczni i chętni do wszelkiej pomocy. Człowiek nie zdąży się jeszcze obrócić, a już ktoś pyta w czym można pomóc i zaprasza na wino i poczęstunek. Szaleństwo - nawet się zgubić nie można. Dla mnie osobiście było to trochę męczące. W zasadzie piękny to obyczaj, dzielić się z innymi i pomagać, ale ja taka jakaś nieprzyzwyczajona... Najgorzej było z naprawą motocykli. Zachowywali się jak dzieci i nie mogąc się powstrzymać musieli obowiązkowo kopnąć w oponę, splunąć, sprawdzić amortyzatory, pociągnąć za najbliższą linkę lub chociaż brzdęknąć sprężynką. Tarcze hamulcowe Bartek wkładał ze trzy razy, bo Panowie ciągle wyciągali i szalenie trudno było ich przekonać, że już naprawione. Przyznam, że z jednej strony taka opiekuńczość jest super, bo czujemy się całkowicie bezpieczni w zupełnie obcym państwie, ale z drugiej strony człowiek czasem chciałby pobyć sam, a w Gruzji bywa to niemożliwe. W każdym razie w Gruzji umrzeć z głodu, chłodu czy pragnienia się nie da - choćby się nawet chciało ;).
Anna Bucholc prosi o komentarze:
15 sierpnia 2009
Prysznic z Naddniestrzem w tle

Mamy za soba 1176km, 4 dni, 23h jazdy, czyli średnia prędkość aż ok 50 na godz.:) dzis wyruszyła tez pozostała czesc drużyny - jedni z Krakowa, drudzy z Bukaresztu. My juz jutro dotrzemy do Odessy i tam bedziemy czekac na pozostałych, a we wtorek wsiadamy na prom. Za soba mamy juz pierwsze naprawy w obu motorach pękła linka hamulcowa. Nasz załatwiły kręte i strome drogi ukraińskie, a Kaśka padła po 50km od bukaresztu. Dzis przyszedł tez czas na pierwsze mycie jest super - teraz raczymy sie gruzińskim winem, a obóz założyliśmy na wzgórzu z widokiem na Granice z Nadniestrzem-tym razem nie próbowaliśmy przekraczać granicy :)
13 sierpnia 2009
Wyprawa do Gruzji rozpoczęta

Wczoraj wyruszyliśmy z małym opóźnieniem ale udało nam sie dojechac bez problemu z 2 godzinną przerwą na zwiedzanie Krosna spotkanie z Ania i Grzesiem i pyszny obiad na który nas zabrali. Dzis rano na granicy korek byl maly i czuliśmy wszyscy ze cos wisi w powietrzu. I wisiało! Zrobiliśmy przegląd Grześkowi ale nie sobie. Cofnęli nas z granicy ale po godzinnej przygodzie jestesmy tu znow juz po polskiej odprawie :)
16 czerwca 2009
HURRA - MAM PRAWO JAZDY KAT.A ;)
16 czerwca 2009r. w Krakowie o godz.14 rozpoczął się egzamin na prawo jazdy kat.A. Po 2 minutach dla mnie zakończył się pierwszy etap czyli test. Zdany bezbłędnie, bo jak w Chałupach wiało 6 – ja z braku laku robiłam testy – opłaciło się, ale mam wrażenie, że zapamiętałam na zawsze treść wszystkich pytań. Stres sięgnął zenitu kiedy 7 osobową grupą ruszyliśmy na plac (jedna osoba odpadła na testach) i pierwszy chłopak został oblany na ‘teorii’. Z daleka wyglądało to tak, że wylosował dwie kartki, opowiadał, opowiadał i po 10min dyskusji zostałam wezwana ja, a on został oblany. Musiałam ubrać się w ochraniacze i kamizelkę (wszystko w rozmiarze xxl) i wylosowałam dwa kartoniki z napisami: 1. sygnał dźwiękowy oraz 2.światła awaryjne. Szaleństwo! Powiedziałam, że ten motocykl nie ma świateł awaryjnych i pokazałam gdzie jest klakson – okazało się, że dobrze, ale Pan zadał kolejne pytanie, co trzeciego jest jeszcze ważne w motorze, czego nie powiedział ten Pan. hmmm zagadka – zgodnie z prawdą powiedziałam, że nie wiem, Pan naprowadził – chodzi o napięcie – hmmmm – dalej nic i okazało się, że chodziło o naciąg łańcucha, ale Pan zaliczył moje odpowiedzi każąc mi uprzednio sprawdzić ten naciąg i jeszcze kierunkowskazy. Mam wrażenie, że oblanie kolejnej osoby na czymś czego tak naprawdę nie powinien wymagać byłoby wielce niestosowne, bo reszta grupy już się od pierwszego oblanego dowiedziała co jest wymagane. Poza tym to jest naciąg łańcucha, a nie napięcie. Niestety ponieważ byłam pierwsza dostałam ‘zimny’ silnik – obroty prawie 2000 i musiałam hamować na ósemkach, ale bardzo ładnie się obracałam, na niby zakrętach, a Pan to lubił i chyba to mnie uratowało, bo kiedy zaczął do mnie mówić najechałam na linię i po zatrzymaniu zabrakło mi nogi – trochę za mała jestem jak na yamahę i wywróciłam się z motorem. Pan stwierdził, że mogę podejść do jeszcze jednej próby, bo to nie było w trakcie jazdy tylko w czasie zatrzymania. Kolejna próba wyszła świetnie, a potem już było tylko lepiej. Plac oblały jeszcze dwie osoby i w pięcioro dobiliśmy do ostatniej części egzaminu. I zrobiło się śmiesznie. Znowu pierwsza, wiatr i deszcz jak szlak, a Pan kazał mi cofnąć na placu. No jak można cofać takim klocem jak się nogami ledwo do ziemi dosięga! Po kilku próbach kiedy ja wysiliłam wszystkie siły, a motocykl nawet nie drgnął Pan egzaminator przeciągnął mnie po placu! Tego nie było w planach – ale za ten manewr zyskałam przychylność Panów od wydawania sprzętu i kierowcy, który jedzie z egzaminatorem. Faktycznie taka mała, przemoczona laleczka na wielkiej, przerażającej maszynie nawet w potworze wzbudzi współczucie. W końcu kiedy udało się wyjechać z placu, nerwy odpuściły i już wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Nawet ten deszcz i to, że nie słyszę dobrze egzaminatora nie wydały mi się straszne. Bez problemów wróciliśmy z trasy i mam nadzieję, że pozostałym też poszło dobrze. A tak szczerze to nie przypuszczałam, że będąc dorosłą osobą, robiąc prawo jazdy hobbystycznie i bez żadnego przymusu, będę się aż tak denerwować. Podobno na placu ręce taki mi się trzęsły, że z ławki było to widać – i na co takie nerwy – przecież od teraz nie będę już jeździć po żadnym placu!
21 maja 2009
PIERWSZY SZLIF
Anna Bucholc prosi o komentarze:
15 maja 2009
SŁOWO DLA INSTRUKTORA - połowa kursu
08 maja 2009
MOTOR - JAZDY DZIEŃ PIERWSZY
p.s. a stres ma wielkie oczy...
15 września 2008
09 września 2008
Węgry i Słowacja

Wczoraj spędziliśmy upojny wieczór w Tokaju. Chłodzilismy sie winem w klimatycznej knajpce. Przez caly dzien jechaliśmy w ponad 30 stopniowym upale i dziwiliśmy sie ze taka pogoda we wrześniu. I pewnie dlatego Słowacja przywitała nas deszczem. Zrobiło sie zimno i mokro a w dodatku zgubiłam rękawiczki.
06 września 2008
Rumunia

Wczorajszy dzien byl super. Byliśmy w wąwozie Bikaz-największy w Europie-jeździliśmy szutrem przez gory przełęcz na wysokości 1380 a teraz śpimy w schronisku na Przysłopie na wysokości 1416. Motory i uaz tymczasem bezawaryjne-pogoda dopisuje. Jest 2:40 obudził mnie głód, nie ma światła i właśnie wcinam płatki owsiane na herbacie niezbyt smaczne ale syte :) Jest Super!
04 września 2008
02 września 2008
30 sierpnia 2008
Mołdawia, winnica i pech

5-go dnia pożegnaliśmy Mietka i Dorotke-po wypadku kolana zepsute i zawrócili do Polski.jeszc ze przed granicą zepsuł sie ural a w trakcie regulacji policja straszyła nas konfiskatą. Mołdawia jest Super. Ludzie bardzo mili i pomocni. Na granicy motocyklista dał nam nr do kolegów w Kiszyniowie, ale niestety w Balti zepsuła sie Kaska. Poznaliśmy Iwana znalazł mechaników i nocleg. Musielismy sie rozdzielić i uaz pojechał do Orcheii, a my zostaliśmy w Balti. Dogoniliśmy sie dzis w winnicy i próbowaliśmy przejechać przez naddniestrze, ale mandaty wysokie i teraz jedziemy do Odessy. "Zmandowali" nas na 30 euro przy pierwszym posterunku :).





