PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TREKKING. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TREKKING. Pokaż wszystkie posty

10 lutego 2016

TANZANIA FROM THE BOTTOM TO THE TOP

Do Tanzanii polecieliśmy, bo Paweł napisał, że można tam popływać z Whale Sharkami :) Przypomniało nam się też, że Michał i Britt ostatnio wspinali się na Kilimandżaro i pomyśleliśmy, że może my też tak chcemy. No i tak się to wszystko zaczęło...

Tanzania ten kolorowy świat jest 3 razy większy od Polski. To kraj z największą koncentracją dzikich zwierząt na kilometr kwadratowy, jest ich ponad 4 miliony (430 gatunków i podgatunków). No i mają największy oraz zdecydowanie najdroższy szczyt Afryki, w związku z czym zostaliśmy zdobywcami (z przypadku) prawie sześciotysięcznika. Jeśli oglądaliście Króla Lwa to znacie też parę użytecznych słów w Suahili!
Mafia Island - Big Blu Diving Centre
To jest takie miejsce jak lubię! Nie ma turystów, za to jest fantastyczna atmosfera! Nurkowania są rewelacyjne - piękne rafy i olbrzymie groupery - tak gigantycznych nie widziałam nigdy w życiu. Na nurkowania pływamy tradycyjnymi łodziami z drzewa mangrowca, wracamy na żaglach, kolacje jemy wszyscy wspólnie w barze na plaży, a śpimy w wypasionych namiotach, w których są normalne łóżka z czyściutką pościelą, a dla wymagających wewnątrz jest wiatrak - jakby było za ciepło :)
Wybieramy się na snorkeling z rekinami wielorybimi i myślę, że będzie jak zwykle. "Ojej były tu wczoraj i pewnie będą jutro, a dziś gdzieś popłynęły...", ale wszyscy zeznają, że je widzieli i było ich mnóstwo, więc jest jakaś nadzieja. Płyniemy łodzią i pierwsze 15 minut dłuży się niemiłosiernie, patrzę na wodę, ale z każdą minutą nadzieja na spełnienie największego w życiu marzenia staje się coraz mniejsza.

Jestem człowiekiem małej wiary!
Nasz przewodnik krzyczy, że je widzi, kiedy my jeszcze nie możemy zobaczyć tych potężnych, leniwych ciał żywiących się planktonem. I w końcu widzimy płetwy wystające nad wodę - rany Boskie one faktycznie tu są! Siedzimy na brzegu łodzi - po trzy osoby z każdej strony i mamy skakać na hasło: GO! Podpływamy tak blisko, że gołym okiem widać półmetrowy otwór gębowy i... słyszymy pierwsze "GO!", ale nikt nie skacze :) GO! GO! GO! i skaczemy w amoku wszyscy razem, widzę mnóstwo bąbelków, a po chwili ogromna, śliczna ryba przepływa na wyciągnięcie ręki. Nie zastanawiam się ani chwili, odpalam kamerę i macham z całych sił płetwami żeby nagrać i mordkę i oko, a tu nagle niespodziewanie z drugiej strony mija mnie drugi rekin! Jest o niebo większy od pierwszego, a zaskoczenie jest tak duże, że piszczę pod wodą, kamera rejestruje przepływający kształt i już nie wiem nawet co nagrywam tak duże są te emocje! One się nas w ogóle nie boją, ale też nie mają czego, bo rekinie dziecko jest tylko ciapkę większe ode mnie :) Czasami kiedy wracamy na łódź śmiejemy się sami z siebie, bo kiedy my w zapale patrzymy w jedną stronę, one spokojnie pływają tuż za naszymi plecami. Na koniec wyczerpani, ale wciąż nienasyceni obiecujemy sobie nawzajem, że to już będzie ostatni raz. Powtarza się to tyle razy, że w końcu na rekinim żerowisku zostaje tylko nasza łódka. Emilie zostaje na łodzi i trochę jej teraz zazdroszczę, bo widziała jak się nagle wokół nas zakłębiło od płetw grzbietowych i ogonowych. Dostałam się między dwa rekiny - jeden po prawej, drugi po lewej - nie ważne, że pięty do krwi obtarte, płynę co sił w nogach, żeby jak najdłużej być z rekinami i nagle pode mną widzę mnóstwo małych rybek. Kolejny rekin? - przemyka mi przez głowę, ale nie mam czasu się zastanowić, bo widzę już wielką otwartą paszczę :) O rany! Weźmie mnie chyba na barana!!! Odpycham go więc żeby raczył zauważyć, że tam jestem, a on spokojnie wynurza się tuż przede mną i chwilę później wszystkie odpływają. Krzyczę z emocji - nawet mi się nie śniło, że to tak może wyglądać. I co ja teraz zrobię - spełniło się moje największe marzenie i teraz nie mam nowego :))

Kilimanjaro - Whisky Route (Machame nie brzmi aż tak fajnie :))
Dzień 1: Machame Camp - 3000m. Czas przejścia 12:00 - 16:30 [4,5 godziny]
Mijamy przeróżne endemiczne rośliny, wielkie paprocie i ogromne rozrośnięte mchy zwisające z drzew. Maszerujemy z małymi plecakami, w sandałkach, prostą i wygodną ścieżką. Popijamy wodę, gawędzimy, a na środku ścieżki spotykamy małego kameleona. Robimy zdjęcia kwiatkom i bardziej przypomina to spacer niż treking wysokogórski. Dzisiaj spotkaliśmy 4 kolegów z Polski. Po drodze mijają nas tragarze. Niosą wszystko: przenośne toalety, namioty mesy, garnki, szklanki, świece no i oczywiście nasze bagaże. Pierwszy kemping kompletnie nas zaskakuje. Jest kilka toalet, dom, w którym musimy się podpisać i namioty jak okiem sięgnąć. Mnóstwo ludzi i bzyczy tu jak w ulu. Na każde dwie osoby przypada dwóch przewodników, kucharz i kelner oraz co najmniej 6 porterów (z nami było łącznie 10 osób: Junia, Lameck, Michael, Hemedy, Ewara, Yona, Denis, Panga, Victa, Yonna i Michael). To dlatego kiedy przychodzimy namioty są już rozbite, a nas czeka miska z ciepłą wodą i mydełko. No świetnie, ale gdzie my jesteśmy? Jeśli liczycie na hardcorowe podejścia, wspinaczkę i/lub romantyczne wieczory to na pewno nie tutaj! Chociaż widok na szczyt jest całkiem ładny.
Na obiad dostajemy zupę ogórkową - mamy stół i obrus! Następnie pięknie ułożone na tacy wjeżdżają rybki z zapiekanymi ziemniakami, sałatka z pysznym dressingiem, a na deser dojrzałe avocado. Nasz kucharz o wdzięcznym i wpadającym w ucho imieniu Panga jest mistrzem kuchni!

Dzień 2: Shira Camp - 3845m. Czas przejścia 8:00 - 13:30 [5,5 godziny]
To najdziwniejszy trek na jakim byłam! Dzisiaj droga zdecydowanie nie na sandały. Przyroda zabójczo piękna - jest wspaniale. Widzieliśmy kilka małych tanzańskich myszek z paskami na grzbiecie, a lunch jadł z nami mój rafiki - czarny ptak, taki krukowaty siedział mi za głową, skrzeczał i czekał tylko na resztki kurczaka z mojego lunch boxa. Shira Camp to wielkie pole namiotowe, a podobno mamy szczęście i to nawet nie połowa tego co tu może być! Kibelek to taka spora chałupka z wykafelkowanymi kabinami - no wielka kultura jak na tę wysokość! Siedzimy w naszym namiocie - mesie i cieszymy się, że przyszliśmy przed deszczem. Najbardziej przydatną rzeczą, którą tu zabrałam, jak do tej pory są koreczki do uszu :). Bartka dziś bolała głowa - na 6. No i niestety jest dość zimno, za to obiady pycha - dzisiaj mamy wołowinę z warzywami, a na deser... MANGO!

Dzień 3: Barranco Camp - 3960m . Czas przejścia 8:15 - 15:00 [6,45 godziny]
Nie wiem która nad ranem, w obozie cisza jak makiem zasiał. Nad nami piękne rozgwieżdżone niebo i imponujący widok na ośnieżone Kili (wiem, bo wyszłam do kibelka). Przeszliśmy dziś przez Lover Tower 4640m, najpierw padał deszcz, potem grad i śnieg. Schodziliśmy po ośnieżonym, błotnym wodospadzie kompletnie przemoczeni. Nasze kurteczki nie dają rady takiej ilości wody przez tyle godzin. Do obozu przyszliśmy wyczerpani - jak na taką komercję jest to jednak niezłe wyzwanie - nie kondycyjne, ale wydolnościowe. Miałam potworny ból głowy, a potem zaczęły się wymioty, ale saturacja u mnie była dobra 95%, a u Bartka słaba 75% i mam nadzieję, że mu nie spada. Dalsza wspinaczka stanęła pod znakiem zapytania. Na szczęście teraz czuję, że jutro jednak pójdziemy wyżej! Możemy teraz iść na 4800 i jutro od razu atakować szczyt (taka jest propozycja przewodników), albo poddać się dalszej aklimatyzacji na tej samej wysokości. Zdecydujemy rano.
Victor (kelner - pomocnik kucharza) zmartwił się bardzo, że zachorowałam i mówił mi "womiti normal here - tomorrow better - don't worry - be free" i miał rację. Wymiotowało pół obozu, od czego wcale nie zrobiło mi się lepiej. Wszystko przemokło i teraz się suszy - część na nas, część rozwieszona gdzie się dało, najgorzej z rękawicami. Poza tym jest bardzo zimno. Kilimandżaro chyba próbuje nas odstraszyć, skutecznie, bo dziś po raz pierwszy pomyślałam: "a na co mi to potrzebne"...
Na obiad Bartek jadł spaghetti (makaron kolanka), a na deser był ananas, a ja jadłam owsiankę i... po chwili drugą owsiankę, bo pierwsza mi uciekła :D

Dzień 4: Karanga Camp - 4035m . Czas przejścia 8:30 - 12:30 [4 godziny]
Dziś jest nieźle chociaż rano Baranco wall wyglądała jak nie do przejścia. Jeśli natomiast mijają Cię setki porterów, którzy niosą ciężkie bagaże na głowach lub na szyi to nie wypada jęczeć, że jest jedna ściana do przejścia i uścisk Kilimandżaro do pokonania. Niestety końcówka trasy też jest "pod górkę", ale tam poganiani zapowiedzią deszczu byliśmy bardzo szybcy :) Przewodnicy namawiali nas żeby jednak iść dalej i wyżej , ale Mzungu jest dziś zbyt zmęczone. Czekamy na lunch, głowa nie boli, a ja pierwszy raz w życiu ogoliłam nogi na 4000m :). Nad płaskowyżem przelewają się gromy, burza z gradem i piorunami od czterech godzin, podziwiam tych którzy jeszcze dziś dotrą do Barafu, ale też tym biedakom współczuję! Po drodze mijaliśmy nawisy zastygłej lawy, pod nimi jaskinie z bujną roślinnością. Wilgoć jest tu w każdej dziurze. Kiedy mgła opada, a czasem na chwilę wychodzi słońce, obóz od razu odżywa. Ludzie wychodzą z namiotów, a z chmur wyłania się szczyt Kilimandżaro. Masyw tej góry jest aż przerażający...
Zabijamy czas leżąc, śpiąc, albo grając w sudoku (przepisałam sobie z telefonu, bo oszczędzam baterie). Padało całe popołudnie, a teraz jest taka mgła, że myślałam, że nie trafię z kibelka - całkiem serio!

Dzień 5: Barafu Camp - 4640m . Czas przejścia 8:15 - 11:45 [3,5 godziny]
Jeden z naszych porterów musiał się dziś z nami pożegnać i zejść na dół - miał problemy z sercem. Ruszamy, więc w pomniejszonym składzie. Przed nami wije się wysokogórska ścieżka zapełniona kolorowymi punktami. Turyści, przewodnicy, a nawet porterzy suną do przodu noga za nogą. Wdech - wydech, wdech - wydech. Pole - Pole Kilimandżaro... Z mgieł wyłania się górski masyw pokryty jęzorami lodowca. To już tak blisko, a jednak przerażająco daleko. Ludzie wymiotują na trasie, a niektórzy nie mają siły chować się żeby zrobić siusiu - ciężko jest chyba każdemu. Podobno to przez pogodę. Nam się udało przyjść przed deszczem, ale jeszcze pół godziny i byłoby kiepsko. Siedzimy w namiocie mesie, bo cały czas leje. Na obiad była zupa grzybowa i ziemniaki z warzywami. Tymczasem wszystko mamy suche, jesteśmy zwarci i gotowi i w sumie to moglibyśmy już wychodzić!
Na tej wysokości jesteśmy od 6 godzin. Faktycznie ciężko się tu oddycha. Sporo śpimy, bo atak szczytowy dziś w nocy i trzeba odpocząć, ale budzimy się często - nie można spać na boku, ani z głową w śpiworze, bo brakuje tlenu. Oby pogoda się nie zmieniła na gorszą, dzisiaj wieje i oczywiście pada :) Na obiad zjadam górę makaronu, dobre jedzenie pomoże nam pokonać tę śnieżną, niedostępną piękność, skrywającą się w woalu mgieł. Najwyższa wolnostojąca góra świata - dach Afryki - czynny wulkan / te nazwy mnie osłabiają! Kiedy na chwilę się wypogadza licytujemy się z innymi turystami, o której kto wychodzi. O 18:00 nadchodzi czas do spania. Za cienką ścianką namiotu ściana mgły - Lala Salama może za parę godzin będzie lepiej?

Dzień 6: Summit Day - Uhuru Peak - 5895m. Czas przejścia 23:30 - 17:00 [17,5 godziny]
1255m w górę i 4265m w dół i omijamy dzień 7 oraz Mweka Camp 3100m!

No i oczywiście zaspaliśmy! O 23:00 budzi nas Victor "Hello, water to wash" - kompletna abstrakcja - chwilę później poły namiotu rozchylają się i na tacy wjeżdża przed nos gorąca herbata i ciasteczka. Nie mogę jeść, ale wiem, że za parę godzin będę głodna, pakuję więc mnóstwo ciastek do kieszeni, a do termosu wsypuję potężną dawkę cukru. Wychodzimy spóźnieni o pół godziny - w Barafu hut nikt nie śpi :) Koledzy z Polski i Kate wyprzedzają nas i po chwili łączą się ze światełkami czołówek poruszających się rytmicznie na stoku. Idziemy wielką grupą, noga za nogą i chyba tylko przewodnikom jest komfortowo. Wspinamy się dość szybko, na tyle że tempo wydaje się być zabójcze dla organizmu pozbawionego odpowiedniej ilości tlenu. Kiedy jednak przystaję by złapać głęboki wdech, widzę w jak ślimaczym tempie poruszamy się do przodu. Pogoda jest świetna, nie ma wiatru, a przejrzystość jest tak dobra, że doskonale widzimy światła Moshi. Jest bardzo zimno. Nasi przewodnicy idą bez plecaków - nie zabrali nawet wody na 11 godziną wyprawę - tak robią chyba tylko zawodowcy ;) Po pierwszych 5 godzinach zaczynamy dostrzegać niedostępność tej góry. Co z tego, że ścieżka jest szeroka i nie trzeba się wspinać? Śnieg skrzypi pod nogami, mróz sprawia, że wszystko skrzy dookoła, a ludzie zataczają się i potykają na prostej drodze. Widzimy kobietę, która wymiotuje podtrzymywana przez dwóch przewodników. Jest w strasznym stanie, a upiorności dodaje jej biała kurtka oświetlona bladym światłem czołówek. Mówią jej, że jest chora i musi zejść na dół, ale ona znajduje w sobie dość mocy żeby wskazać w kierunku szczytu i złowieszczo wyszeptać: "No! I'm going there". Widok jest naprawdę przerażający. Wleczone,półprzytomne zwłoki ostatecznie docierają na szczyt. Dokładnie o 5:17 docieramy do Stella Point. Jest ciemno. Kilka osób podchodzi by nam pogratulować: You made it! - krzyczą i przytulają się szczęśliwi. Ale dla nas to jeszcze nie koniec. Żeby zdobyć najwyższy Peak musimy przejść cały krater, a do wschodu słońca już niedaleko. Jest coraz zimniej. Zamarzają nam rurki od camel bag-ów. Zmęczone płuca odmawiają współpracy po prawie 6 godzinach powolnego marszu. Ja czuję się bardzo dobrze, boli mnie tylko w klatce piersiowej. Dostaję pochwałę od naszego małomównego przewodnika: Jesteś silna jak Simba - mówi z uznaniem, ale ja wiem, że na tej wysokości nie ma żadnych reguł. Równo o 6:00 stajemy w najwyższym punkcie Kilimandżaro. Różowo oświetlony lodowiec powoli ginie w przenikliwej mgle - żadnych widoków ze szczytu, ale to już nikomu nie przeszkadza. Ludzie ściskają się serdecznie i każdy każdemu składa gratulacje. Dokonaliśmy tego, a każdego kosztowało to tyle samo wysiłku! Niezwykłe jest to, że na szczycie znamy niemal każdą osobę - wychodziliśmy razem przez tyle dni, spotykaliśmy się w kolejnych obozach, a teraz dzielimy się radością, że się udało, że to już koniec i wyżej już iść nie trzeba. Kiedy tak gratulujemy sobie nawzajem ogarnia mnie takie wzruszenie, że zaczynam płakać, sama nie wiem czemu. Niespodziewanie okazuje się, że jest to jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu. Nawet dziś kiedy to piszę szklą mi się oczy :)
Droga powrotna jest ekstazą! Nam się udało i adrenalina krąży we krwi. Pozdrawiamy i dopingujemy nadchodzących ludzi, wyczerpanych, ale wciąż idących do przodu. Niektórzy wyglądają jak Zombie - doświetleni jasnością poranka, powłóczą ledwo nogami, usta sine, palce sine, kiwają się na boki, a wzrok mają lekko błędny, półprzytomny i tylko ręce mają wzdłuż ciała, a nie wyciągnięte przed siebie. Nie ma w tym nic śmiesznego - przecież my też tak wyglądamy!
Do Barafu docieramy o 8:30 - teraz czas mija szybko. Jemy lunch i postanawiamy schodzić niżej. Pogoda pogarsza się i już wiemy, że za 3 godziny znów zacznie padać. Ruszamy o 10:05, Millenium Camp mijamy ok.12, a do Mweki docieramy o 13:00. Zmęczone nogi wreszcie wyskakują z butów, a włożenie lekkich sandałów sprawia, że niemal zapominam jak bardzo bolą mnie stopy. Leje. Wszystko mamy przemoczone, a kemping tonie w błocie. Jemy lunch i postanawiamy schodzić dalej. Przy życiu trzyma mnie myśl o gorącej kąpieli i wielkim, bardzo wygodnym i suchym hotelowym łóżku! Równo o 17:00 wpisujemy się w Mweka Gate i odbieramy nasze certyfikaty. Kierownik Parku składa nam gratulacje i mówi, że niewielu tu wchodzi Polaków, informujemy więc uprzejmie, że jutro będzie o 4 więcej! Do hotelu docieramy o 20:00 witani przez Kierownika, Managera i Kochaną Panią Kelnerkę ze świeżymi sokami z Mango - Dziękujemy Meru Slopes!

13 października 2014

PO ZIEMI KŁODZKIEJ NOGI NAS BOLĄ... ALE POLACY WYGRALI 2:0 :D

Kolorowe liście szumią wesoło pod stopami. Żółte, czerwone, brązowe... Słońce oświetla niebo nad głową, a nasycenie barw jest tak duże, że nie sposób uwierzyć, że oko ludzkie może oglądać takie cuda nie podkręcone w photoshopie. Prawdziwa złota jesień wiruje wokół nas przy każdym nawet najlżejszym tchnieniu wiatru. Wyczuwalny wyraźnie chłód ziemi miesza się z ciepłem powietrza nagrzanego słońcem. Światło załamuje się między drzewami, odbijając się promieniście w lekkiej porannej mgle snującej się nad leśnymi poduchami z mchu. Cisza wokół taka, że tylko nas słychać z daleka niczym stado bawołów przedzierających się przez ostępy leśne. Nic dziwnego, że zaskoczony dzik umyka z przerażeniem do strumienia i ociekając wodą ze zdumienia zamiera na chwilę pozując do zdjęć zanim zniknie między drzewa. Nawet Nikon tak świetnie nie wykrywa twarzy :).

Kamieniste pagóry ziemi kłodzkiej o tej porze roku pokryte zaschniętymi na złoto kępami traw, wyglądają jak obsypane zbożem, mienią się w słońcu na przemian z zielonymi jagodziskami. Jagody po pierwszych przymrozkach nie smakują nam już tak bardzo jak latem. Chciałoby się tak chodzić bez końca, wypacając koszulkę własnym wysiłkiem, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Trasa zostaje skrócona i późnym wieczorem docieramy do Górskiej Perły, gdzie czeka nas dobrobyt współczesnej cywilizacji – wygodne łóżka w eleganckich pokojach, gorący prysznic, ciepły obiad na stole i wygrany mecz (!wciąż w to nie mogę uwierzyć!) Polski z Niemcami :). Do tego dobre czeskie piwa i Atos pies nie małych rozmiarów (alergen – o dwóch różnych oczach – radosne pomieszanie genów Owczarka niemieckiego z Husky) wpychający się na bezczela na kanapę. I tak dzień po dniu, a jeden z nich piękniejszy od kolejnego, docieramy na koniec do najpiękniejszej w Polsce, liczącej sobie miliony lat Jaskini Niedźwiedziej. Ziąb w niej niemiłosierny, ale warto było wsłuchać się w donośny głos przewodnika, zobaczyć nietoperze w sklepieniu, naturalne nacieki, stalaktyty, których przyrost to jakiś centymetr na 20 lat oraz wyrzeźbione wodą, temperaturą i czasem firany, podobne do chipsów, polewy kalcytowe i kaskady o fantastycznych kształtach. Oryginalne kości misia jaskiniowego i mini spektakl światło i dźwięk też robią na nas wrażenie. Dla mnie jednak niesamowitej wartości jest fakt odkrycia w grudniu 2011r. kolejnych korytarzy jaskini i kolejnych wielkich sal np. sali Mastodonta, gdzie kaskada stropowa ma nie 8, a 30m długości. Żeby się tam dostać potrzeba 2 godzinnego przeciskania się między marmurowymi skałami w temperaturze 6 stopni i przy niemal 100% wilgotności, ale może znajdą jakieś skróty? A dziś znów poniedziałek - back to reality...

17 kwietnia 2013

PAN KASZALOT I SMRODY Z WNĘTRZA ZIEMI NA WYSPIE W KSZTAŁCIE MOTYLA

Zdjęcia będą później... może nawet filmik jakiś?
 PODGLĄDANIE WALENIA 
Czterometrowe noworodki i nury na 1,5 kilometra ze średnią prędkością zanurzenia 170m na minutę? To robi wrażenie. Pan Kaszalot wygląda jak gigantyczna torpeda z przylepionym uśmieszkiem. Wielkie sympatyczne oko i stosunkowo mała uzębiona buzia, która może pożreć nawet 3m rekina, a człowieka połknąć w całości... Olbrzymie cielsko co kila minut wydaje z siebie głośne PUFFF wypuszczając z płuc strumień rozgrzanego powietrza na wysokość 1 m. Chociaż jest towarzyski to nie bardzo odpowiada mu towarzystwo ludzi. Żeby zanurzyć taką masę musi zrobić klasyczny 'scyzoryk' i to właśnie wtedy można zrobić wspaniałe foty płetwy wystającej z wody. Taka płetwa może mieć nawet 6m długości, więc jest co fotografować i chociaż wydaje się marzeniem każdego fotografa to teraz już wiem, że znacznie fajniej byłoby zrobić torpedę wyskakującą z wody! To musi być dopiero widok – samce mogą ważyć nawet 75 ton! Kaszaloty nigdy nie opuszczają rannego członka rodziny, dlatego tak łatwo na nie polować – wystarczy zranić jednego, by zabić całe stado. Polowania na kaszaloty zakazano w 1982r., ale one ciągle jeszcze to pamiętają i kiedy statek podpływa za blisko od razu dają nura przy akompaniamencie seryjnego trzasku migawek.
TREKKING NA WULKAN I DO WODOSPADU

Zimny wiatr przygniata do ziemi nieustannie piorąc deszczem. Zmęczone nogi ślizgają się w gliniastym błocie, a odór siarkowodoru staje się nie do zniesienia. W końcu wychodzimy na szczyt. Mgła taka, że kierujemy się ścieżką w kierunku największego smrodu, a szczypiące oczy sugerują, że zbliżamy się już do celu. Ziemia pod nogami jest tak ciepła, że niemal czuć tętniącą tam lawę. A może to tylko wyobrażenie? Ściany krateru pokryte są pyłem, a z trzewi ziemi wydobywa się niemożliwy smród trujących gazów. Bucha prosto w twarz i powala nas na kolana – potęgą i majestatem, magią tego miejsca, tym, że jesteśmy tu sami, możliwością zajrzenia do wnętrza ziemi, okropną pogodą i ostatecznie zapachem. Ostatnią aktywność La Soufrière wykazał nie tak dawno, bo w 1977 roku. Dlatego trudno się było oprzeć wylezieniu na szczyt tego niewysokiego (1467m n.p.m.), ale wciąż aktywnego wulkanu. Zresztą jest to najwyższy szczyt Małych Antyli. Przy normalnych warunkach pogodowych byłby to 2 godzinny spacer na szczyt, ale pewnie w miażdżącym upale – więc, nie wiem co lepsze.

Nie trzeba się sugerować znakami i można nie tylko obejść wulkan dookoła, ale prosto ze szczytu udać się oznakowanym szlakiem do Les Chutes du Carbet. Najwyższy z trzech wodospadów ma 115 metrów wysokości i jest najwyższym wodospadem na Karaibach. Drugi z nich niewiele niższy jest podobno najładniejszy, ale to już kwestia gustu. Jeśli chce się zrobić wulkan i te dwa wodospady podczas jednej wycieczki to na najniżej położony wodospad nie starczy czasu, ale za to uniknie się opłaty za oglądanie tego pośredniego wodospadu ;) Cała wycieczka zajmie ok.7 - 8 godzin. Jeśli zaś nie chce nam się wspinać, możemy podjechać na parking, uiścić chyba stosunkowo niewielką opłatę i wygodną ścieżką przejść się na 20 minutowy spacer do średniego wodospadu. 

WYSPA W KSZTAŁCIE MOTYLA 

Gwadelupa powstała z wielu wulkanów, które wybuchały w różnym czasie. Stąd podział wyspy na dwie części Basse Terre, części górzystej pokrytej lasem tropikalnym, oraz Grande Terre, części płaskiej i kamienistej. Wyspę odkrył Krzysztof Kolumb. Gospodarka kraju oparta jest głównie na turystyce. Gwadelupa może zaskoczyć. Nie sądziłam, że w dobie rozwijającego się biznesu można sobie pozwolić na niechętne lub nawet często siłą wymuszone obsługiwanie nie francuskojęzycznego klienta. A jednak! Mieliśmy problemy w restauracji, gdzie Pani w ogóle nie chciała się porozumiewać nawet na migi i początkowo w klubie nurkowym, gdzie mieli problem z zapisywaniem nas na kolejne nurkowania. Nie wynika to bynajmniej z nieznajomości języka, bo my nie mamy oporów, a nawet mamy już dość duże doświadczenie w porozumiewaniu się wszelkimi niewerbalnymi nawet sposobami. Skąd ta niechęć nie wiadomo, bo przy bliższym poznaniu ludzie są bardzo sympatyczni. Samochód najlepiej wynająć w INTERRENT – za niecałe 10 euro dziennie – to taniej niż skuter na Bonaire. Skuterów nie ma w ofercie, bo pogoda jest zmienna i często pada. Apartamenty są ładne, ale drogie. Najlepszym rozwiązaniem jest wynajęcie domu lub studia – pokój z aneksem kuchennym i lodówką. Jedzenie w knajpie jest drogie, więc lepiej gotować. Owoce i warzywa najlepiej kupować prosto z samochodu lub z miejscowych straganów. Ryby sprzedają rano na każdym nabrzeżu. Warto raz wybrać się na obiad i zjeść jakiś kreolski przysmak - krewetki czy lobstera lub choćby rybkę z grilla. Zestaw tzw. formule kosztuje przeważnie ok.12-14 euro. Przy kilku centrach nurkowych na plaży Malendure, najlepiej wybrać CIP – są polecani i najtańsi, ale trzeba wcześniej ustalić dokładne ceny usług dodatkowych – np. do nocnego doliczają 8 euro, nawet jeśli ma się własną latarkę. Do głębokiego wraku też doliczyli 8 euro, ale nie potrafili wytłumaczyć dlaczego ;) niby niedużo, ale jednak... za to cena za nurka w pakiecie jest tańsza o połowę! Sprzętu nie opłaca się zabierać, bo doliczają tylko 15 euro do pakietu. Płetwy mają do bani i pianki tylko krótkie. 

NURKOWANIE W REZERWACIE COUSTEAU 
Wypływamy zza cypla Basse Terre na niespokojne wody Atlantyku. Wściekłe 3-4 metrowe fale zalewają pokład i po raz pierwszy ktoś tłumaczy nam briefing na angielski. Mamy zachować wszelkie względy bezpieczeństwa, nurkowanie jest głębokie, są silne pływy – w końcu nurkujemy na środku oceanu! Przy ubieraniu sprzętu profilaktycznie trzymam język za zębami – butla jest tak ciężka, że na Guadeloupie po raz pierwszy w historii nie używamy balastu, a i tak teraz podrzuca mnie do góry z całym tym bagażem na plecach. W końcu jest sygnał i odchylam się w tył. To moja ulubiona część przygody. Wpadam prosto w bąbelki szampana i znów jestem w świecie ciszy. Nie ma fal, nie ma pływów, ale widoczność jest kiepska. Tutaj na Sec Pate trzeba się dobrze pilnować. Początek gór rafowych znajduje się dopiero na 17m i schodzi aż do 300m ;). Rafa jest fantastyczna, mieszka tu kilka ogromnych żółwi i pływa się w labiryncie 5-6 wież – coraz głębiej i głębiej– trzeba, więc zwrócić szczególną uwagę na głębokości, bo można się łatwo zapomnieć. Najwspanialszym wynalazkiem, który umożliwił człowiekowi swobodne poruszanie się pod wodą było skonstruowanie automatu oddechowego w 1942r. Jacques Yves Cousteau, który wydatnie przyczynił się do wyglądu współczesnego nurka, osławił także wyspę Pigeon na Gwadelupie. Przygoda Kapitana Cousteau zaczęła się na Malcie. Stary trałowiec Calypso przebudowany na prom do badań oceanograficznych, stał się symbolem przygody wypraw w nieznane. Przez 40 lat opłynął całą Ziemię rejestrując na setkach tysięcy metrów taśmy filmowej pełną życia głębię oceanów. Podmorskie Gwadelupskie głębiny ze "Świata ciszy" (Le Monde du Silence), filmu nagrodzonego Złotą Palmą na festiwalu w Cannes w roku 1956r. do dziś uchodzą za najpiękniejsze na świecie, a przynajmniej na Gwadelupie. Koniecznie musimy ten film obejrzeć! Woda, o stałej temperaturze 28 stopni (niezależnie od głębokości), podgrzewana jest wieloma podwodnymi źródłami. Na dnie wokół wyspy tworzą się miejsca, w których gołym okiem (umieszczonym w masce oczywiście) widać proces podgrzewania. Udało nam się zanurkować wokół wyspy, aż 15 razy, najbardziej jednak polecam wyprawę na Pointe Lezarde oraz na wrak Augustin Frenell. No i nurkowanie nocne – koniecznie. Jeśli ktoś oglądał 'życie Pi' to na pewno pamięta świecący plankton. To jest dopiero niesamowite! Pod wodą jesteśmy jak w stanie nieważkości, a kiedy wyłączy się latarkę dopiero można poznać znaczenie synonimu egipskich ciemności. Plankton świeci pod wpływem poruszania wody, więc wyobraźcie sobie siebie pod wodą w egipskich ciemnościach wykonujących piruety, wśród setek migoczących światełek. A im intensywniejsze te piruety tym więcej wirujących rozgwieżdżonych punkcików. Magiczne przeżycie kiedy tak kopie się konwulsyjnie na wszystkie strony, a jeszcze lepiej patrzeć jak ktoś to robi udając humbaka w epilepsji – i spoko – przecież nurka nie widać, bo widać tylko światełka... 

p.s. Najlepsze nocne nurki są na wraku Franjack i z plaży Malendure. 
p.s.2 nie należy świecić zbyt długo na kalmara, bo zaatakuje. Ja miałam szczęście, bo zacisnął mi się na ramieniu ubranym w pełną piankę (a jakby tak na twarzy! O zgrozo!), uczucie okropne, ale za to wiem, że można bardzo głośno wrzeszczeć pod wodą i to też słychać ;0

19 lutego 2011

PICO HUMBOLDT 4 942m n.p.m.

Wąską, mokra ścieżką pniemy się mozolnie pod górę. Otaczają nas rośliny jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Las chmurowy pogrążony w wiecznej mgle - tak się w Wenezueli nazywa ten przedziwny zbiór archaicznych roślin. Gigantycznych rozmiarów paprocie o liściach większych od człowieka zwieszają się nad naszymi głowami. Niesamowitych kształtów porosty i przerośnięte liany bambusów tworzą iście jurajski krajobraz. Nasze plecaki zostały dociążone jedzeniem i nieco przerażającym sprzętem w postaci raków, czekanów i kasków. Im wyżej tym mokrzej i ciężej. Powyżej 3000m las zmienia oblicze. Znikają porosty i paprocie zostaje drobny bambus, a później pojawiają się karłowate drzewa i krzewy ozdobne. Zaczyna też boleć głowa. Choć idziemy wolno i uważamy na każdy oddech serce wali jak szalone. Robi się coraz piękniej i bardziej skaliście, ale ból głowy nasila się z każdym krokiem i zaczyna być irytujący jak mucha brzęcząca przy uchu. W końcu kompletnie przemoczeni po 6 godzinach wspinaczki docieramy do pierwszego obozu. Rozkładamy namiot i okazuje się, że chytry dwa razy traci. Zamiast zabrać nasz przytargany z Polski już sprawdzony - zabieramy turystyczny od przewodnika - lżejszy, ale mniejszy. Plecaki wylatują na zewnątrz, a my ledwo mieścimy się w środku. Rano wszystko jest mokre poza ciuchami, które z przyzwyczajenia wepchałam do śpiwora. W obozie śpią chlopaki z USA, Kanady i Niemiec - glacjolodzy. Sprawdzają czy zanikanie lodowców w Andach jest zjawiskiem lokalnym, czy wynikiem globalnego ocieplenia. Wenezuelskie lodowce w przeciągu ostatnich 30 lat skurczyły się o 70%. Ta część Andów, którą obecnie eksplorujemy należy do najstarszych na świecie i jest częścią Koldyriery Wschodniej. Ciągle rośnie, więc jest szansa, że kiedyś Pico Bolivar osiągnie upragnione przez wenezuelczyków 5000m ;).

Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.

Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.

Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.

Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?

p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...

08 maja 2010

TREKKING FROM CHIANG MAI

Zbliża się noc. Wszystko budzi się do życia. Wysuszona czerwona ziemia oświetlona przez błyskawice oddaje ciepło skumulowane w ciągu dnia. Słychać grzmoty, słonie jedzące pędy kukurydzy i gekona polującego na dachu bambusowej chaty z widokiem na dolinę. Jest 39 stopni. Wilgotność 80%.

Dziś zaczęliśmy trekking w rozgrzanym do czerwoności piekarniku. Pierwsze kroki stawiasz ostrożnie, bojąc się szeleszczących liści, robaków, węży, skorpionów i jadowitych pająków. 10 minut później walczysz o życie, płuca rozsadza niewyobrażalny żar, ciśnienie bębni w głowie, pot zalewa oczy, a bzyczenie much zagłusza wszytko inne. Wtedy staje się obojętnym gdzie i na co staniesz. Każdy krok jest wymuszony, ciało błaga o chwilę przerwy i ochłodzenie. Woda w plecaku osiąga temperaturę powietrza. Aparat jest tak nagrzany, że nie można go dotknąć. Zaczynasz zastanawiać się dlaczego, do cholery, nie leżysz na plaży w Phuket?
Zobacz inne fotki z trekking

Trekking w tej okolicy, w porze suchej, to nie żadne dmuchanie w bambus - dlatego jesteśmy tu sami z naszym przewodnikiem - Ti. Wspięcie się zaledwie na 500m zajęło nam 3 godziny i mało nie przyprawiło o zawał. Każdy kolejny dzień był lepszy, bo... temperatura spadła do 34 stopni ;). Trekking w Tajlandii jest ok - to wielka przygoda zobaczyć ogrom zniszczeń dokonanych przez człowieka. Kiedyś był tu las tropikalny - za kilkanaście lat będzie pustynia pól uprawnych. Wioska miejscowej ludności jest tak turystyczna, że miejscowi przestają Cię zauważać. Z resztą turystów jest tu więcej niż lokalnej ludności. Jeśli chcesz upić się tanią whisky i zapalić opium za 100B - to wymarzone miejsce dla Ciebie! Lubisz zwierzęta? Spędź czas w fermie słoni - jest fantastycznie - można karmić, dotykać, pojeździć, a nawet słoń ukłoni się dla Ciebie i zagra na bębnie. 20 lat temu słonie nie robiły nic. Teraz w miarę rozwoju turystyki posiadanie słonia to majątek. A jak słonia nauczyć sztuczek? Wystarczy drewniana pałka zakończona hakiem - to tradycyjna metoda terningu stosowana w wielu miejscach na świecie. Z drugiej strony w środowisku naturalnym nie ma już dla nich miejsca. To wynik rozwoju cywilizacji. Z resztą co tu daleko szukać. Weźmy na tapetę plemię 'długich szyi'. Od dawna nie kultywują tradycji - jedynie kilka dziewcząt wybrano, by pokazywać turystom. Szyje mają faktycznie długie (widzieliśmy na zdjęciach) i zarabiają kupę szmalu, ale tak naprawdę to nie szyja się wydłuża poprzez nakładanie obręczy - w praktyce zapada się obojczyk i barki. Jak my się bawimy w Tajlandii? Znakomicie. A co ja o tym wszystkim myślę? Jeszcze nie wiem - jestem tylko pyłkiem turystycznego kurzu, który cienką warstwą pokrywa naszą piękną, dawniej bardziej zieloną planetę...

13 stycznia 2010

Chembra Pick 2100m n.p.m.

Zobacz wszystkie fotki z CHEMBRA PICK 2100m n.p.m

W poniedziałek rano wyszło słońce i spontanicznie postanowiliśmy jednak zdobyć szczyt. Od tej pory już nie ufamy przewodnikowi Lonely Planet. Wyczytaliśmy, że jest to raczej spacerek, właściwie dla każdego i szybko policzyliśmy, że zrobimy Chembrę w 3 godziny, zjemy późny lunch w Kalpecie i wrócimy do Rasty na popołudniową sesję zdjęciową na balkonie – zrobimy ostatnie zdjęcia, spakujemy się, zmontujemy film i podczas kolacji wszyscy będą mogli go zobaczyć. Wyprawa na szczyt okazała się wyczerpującą i długotrwałą walką ze śllisko-kamienistą, wąską, zarośniętą ścieżyną, która na ostatnim etapie zamienia się w skalistą wspinaczkę. Bez żartów – ten kto robił opis dla Lonely Planet nigdy nie był na szczycie! Bez kozery mogę stwierdzić, że mamy zarówno kondycję, jak i doświadczenie w górskim trekkingu. Chembra Pick jest zabójcza w upalnym słońcu i nie do zdobycia w deszczu. Za to warto się trudzić – widoki też są zabójcze ;). Spaleni słońcem i przepoceni do suchej nitki zdobyliśmy szczyt o 16 – czyli wyjście zajęło nam 3 godziny. Wychodziliśmy z przewodnikiem, bo nie ma innej opcji, i z parą australijczyków Helen i Jeffa, którzy uratowali mi życie dzieląc się słodkimi sezamkami. Na dole byliśmy o 18 umorusani błotem i głodni. Złapaliśmy bezpośredni autobus do Kamblakkad i do Rasty zajechaliśmy na kolację o 20. Zanim pożegnaliśmy się i zmontowaliśmy film zrobiła się północ. Jak to zwykle lubi być sprzęt okazał się zawodny i dwa razy wykasował projekt. Efekt końcowy, jak na czas produkcji i tak jest bardzo zadowalający – szkoda tylko, że nie zobaczymy jak zareagują dzieci. Jisho obiecał napisać maila z wrażeniami , ale to nie to samo...
Zobacz wszystkie fotki z CHEMBRA PICK 2100m n.p.m

Mam mocne postanowienie napisać zażalenie do Lonely Planet. Chwalą się, że są najlepsi bo osobiście odwiedzają wszystkie opisane miejsca. Tymczasem jesteśmy pewni, że nie zawitali nigdy nawet do biura pozwoleń na trekking, bo opisali Chembrę dokładnie tak jak biuro informacji turystycznej w Kalpecie. Nie zgadzały się nawet godziny wejścia. W każdym razie gdyby ktoś się wybierał to wejść na teren można między 7 rano, a max 14, a wyjść trzeba przed 17. Pozwolenie jest wydawane dla 10 osób i kosztuje 500 rupii (w tym wliczony jest koszt przewodnika) – nie ma innych opcji, czyli jeśli chce się wyjść w pojedynkę to i tak trzeba zapłacić 500. Przewodnik jest tylko jeden, wystarczty przy biurze poczekać na inną grupę i podzielić się kosztem pozwolenia, bo i tak przewodnik czeka aż się zbierze się grupa. Żeby dostać się na Chembrę trzeba z Kalpety dostać się autobusem do wioski Mepady, a potem rikszą pojechać 7km do biura wydawania pozwoleń i po wpłacie pojechać dalej, aż do wejścia na teren parku. Riksza powinna kosztować 50 rupii – warto cenę ustalić przed jazdą, mimo, że mają cennik ;).

12 października 2009

Karkonosze z Chłopakami

Wyjechaliśmy w piątek - pogoda była doskonała i humory nam dopisywały. W planach było przejście Szlakiem Przyjaźni Polsko - Czeskiej (dawniej cesta československo-polského přátelství) do Śnieżki i z powrotem. Szlak został uruchomiony 16 czerwca 1961r. na mocy polsko-czechosłowackiej konwencji turystycznej. W latach 1981-84 w związku z wprowadzeniem stanu wojennego szlak był zamknięty, a w 1993r. po rozpadzie Czechosłowacji zmienił nazwę na szlak przyjaźni Polsko-Czeskiej.
Zobacz inne fotki z karkonosze

Po pysznych pampuchach z gulaszem wyruszyliśmy ze Spindlerovego Mlyna. Trasa miała zająć niecałe 3 godziny (8 km), więc nie spieszyliśmy się i robiliśmy sporo zdjęć. Do Labskiej Boudy doszliśmy o 17. Schronisko zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Jego historia sięga 1830r., kiedy to przedsiębiorcza Babka niejaka die Bllase skleciła w tym miejscu niewielki kram i sprzedawała kozi ser i gorzałkę. Obecnie po przebudowie w 1969r. hotel to ogromny postkomunistyczny moloch, a mieści tylko 79 pokoi (120 miejsc noclegowych). Od 2007r. jest w rękach prywatnego właściciela i jak dowiedzieliśmy się na miejscu: 'zatvorene ne widzicie?!'. Na szczęście do kolejnego schroniska było tylko 40min, ale za to tam skasowali nas po 70 koron za osobę w 3 i 4 osobowych pokojach ;). Na pocieszenie urządziliśmy sobie imprezę na wesoło z mnóstwem toastów przygotowanych przez Wojtka. W sobotę do południa pogoda była w miarę dobra, ale później zaczęło padać. Obiad zjedliśmy w 'Odrodzeniu' i nauczeni przez Czechów zrobiliśmy telefoniczną rezerwację miejsc w 'Samotni'. Czeska strona w ogóle wywarła na nas średnie wrażenie, więc postanowiliśmy trzymać się naszej, polskiej krainy. Dla mnie powrót na szlak przyjaźni był wspomnieniem dawnych lat - dokładnie 10 lat temu byliśmy tam z Bartkiem na naszej pierwszej wspólnej wycieczce. Dokładnie to pamiętam: było zimno, deszczowo i mgliście - widoczność może na 10m. Na Szyszaku leżał śnieg, a ja bałam się tak bardzo, że jak zobaczyłam Śnieżne Kotły to zrobiła mi się blokada i musieliśmy zawrócić i pójść drogą zimową. Na szczęście to już przeszłość - choć pogoda nie była wiele lepsza Śnieżne Kotły tym razem były piękne, a nie straszne ;). Do schroniska dotarliśmy przemoczeni, ale pyszne jedzenie i gorąca herbata szybko postawiły nas na nogi. Samotnia została nominowana do najpiękniejszych miejsc w Polsce i nic dziwnego - klimat tego miejsca jest niepowtarzalny. Zacytuję fragment ze strony schroniska:

"Oto jak widział okolicę stawów w Karkonoszach w czasie swojej wędrówki po Dolnym Śląsku latem 1844 roku Bogusz Zygmunt Stęczyński:

"A przeszedłszy przez górę Srebrnego Grzebienia,
Stajemy niespodzianie pełni zdziwienia.
Czarny Staw (Wielki Staw) połyskuje się wśród skał ołtarza.
Wdzięczy się z odległości,a z bliska przeraża.
A u stóp mamy jezioro drugie (Mały Staw),
Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,
Ponieważ ma wokoło obnażone góry,
I posiwiałe barwą kamienie ogromne,
Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne.
Tam szałas, od pasterzy w lecie zamieszkany,
Od gości unużonych bywa odwiedzany,
W którym ogień całą noc pali się z łoskotem,
A pasterze wokoło śpiąc, leżą pokotem..."
Od karkonosze

Na przełomie XVIII i XIX wieku ilość górskich bud w całych Karkonoszach szacowano na dwa i pół tysiąca! Niewiele się z tego ostało po dziś dzień, ale Samotnia, choć świeżo wyremontowana, zachowała blichtr z dawnych lat. Do późnego wieczora dyskutowaliśmy tak zażarcie, że aż żal było iść spać. A w niedzielę rozpadło się na dobre i podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna zeszła na Polską stronę do Karpacza, a druga na Czeską po samochody ;). A dziś na Kasprowym leży 20cm śniegu, więc chyba mamy już po pięknej, złotej jesieni...

p.s. i zaczną się ski-toury ;))

Anna Bucholc prosi o komentarze:

04 października 2009

Weekend w Krośnie – Chryszczata i Wątkowa

W końcu udało nam się wyrwać do Krosna – do Ani i Grzesia. Obejrzeliśmy nowe mieszkanko – świeżo po remoncie i genialny widok z okna na Magurę Wątkowską ;). Pogoda nam dopisała i w sobotę poszliśmy na Chryszczatą - 997 m n.p.m. Okoliczny las ma krwawą historię – podczas pierwszej wojny światowej przez Chryszczatą przebiegała linia frontu, a w latach 45-47 w lesie stacjonowały oddziały UPA. W 44r. przez Chryszczatą Kunicki wyprowadził uciekinierów z Bieszczadzkich wiosek pokonując dwie linie niemieckich umocnień. U podnóża Chryszczatej po raz ostatni miała miejsce szarża polskiej kawalerii. Na szczycie stoi betonowa wieża geodezyjna z czasów zaborów, a na zboczu góry postawiono nielegalny pomnik pamięci UPA. Pomnik uznano za samowolę budowlaną, ale zanim doszło do legalnej rozbiórki wandale zniszczyli go w kwietniu 2009r. Niewinnie wyglądający las kryje okopy i zarośnięte cmentarze wojskowe i choć podobno do dziś znajdowane są tam elementy uzbrojenia, my znaleźliśmy tylko grzyby…


Zobacz inne fotki z krosno

Na Chryszczatą wchodziliśmy przez rezerwat ‘Zwiezło’. Ta urocza nazwa powstała po osunięciu się ziemi w 1907r. Wygląda na to, że ktoś powiedział, że strasznie dużo tej ziemi ‘zwiezło’ i nazwa się przyjęła. Jeziorka Duszatyńskie – powstały w zagłębieniach terenu po osunięciu się ziemi, ale miejscowe legendy wspominają o uderzeniu meteorytu lub diable, który rzucił płonącą kulą czyniąc spustoszenie. W każdym razie miejsce to było uważane za zaczarowane i przyznaję, że wygląda jak z bajki. Do dziś przetrwały dwa jeziorka – górne i dolne – pozostałe zarosły, co i te w przyszłości czeka. Z ciekawostek wyczytanych w internecie podobno w wyniku butwienia drewna i resztek roślinności w głębi jeziorek powstają gazy, które powodują w zimie wybuchy obserwowane jako fontanny wody rozrywające lód. A może to rozsierdzony diabeł pluje wodą?  

Z Krosna w Bieszczady jest blisko więc zdążyliśmy na mecz siatkarek, a Ania zrobiła jajecznicę z rydzami mniam, mniam…

W niedzielę udaliśmy się najpierw na spacer do rezerwatu ‘Prządki’ – piaskowce o ciekawych kształtach o wysokości do 20m. Według legendy są to dziewczęta zamienione w kamień za przędzenie lnu w święto – jeśli to prawda to były i są bardzo ładne.

Od krosno

Właściwa wycieczka miała na celu zdobycie Wątkowej 846m n.p.m. – najwyższego szczytu Magury Wątkowskiej. Pogoda była piękna, ale musieliśmy bardzo się spieszyć, bo o 17 Polki grały z Niemkami – to była wygrana w pięknym stylu – nie to co piłkarze...

09 lipca 2009

Z DZIECIAKAMI CIĄG DALSZY

Właśnie wróciliśmy od Ali i Piotra z wieczoru filmowego. Oglądaliśmy 'Havana - miasto utracone' piękny film gorąco polecam. Tytuł wybieraliśmy pod kątem dzieci, ale wyszło tak, że wybraliśmy dla nas. Dzieciom się podobało - piękna kubańska muzyka, kolorowe stroje, a reżim to dla nich na razie obce pojęcie, kiedyś jeszcze zrozumieją o czym był ten film.
Dzisiaj jeszcze nie śpimy, a czeka nas dno morskie (Bonarka) i kino 3D 'Pod taflą oceanu', a potem już do domu i koniec przygody...

Anna Bucholc prosi o komentarze:

08 lipca 2009

Z DZIECIAKAMI NA SZLAKU

DZIEŃ PIERWSZY

Dzieciaki - Ola i Marek przyjechali z Dziadkiem w piątek 03 lipca. Niestety my byliśmy w pracy, więc do popołudnia zwiedzali Kraków. Marek mówi, że Wawel obkrążyli raz i weszli do środka - na rynek Wawelu :) i potem udali się na lody. Po lodach poszli na Sukiennice, a potem razem zjedliśmy obiad i wieczorem graliśmy w UNO - ograliśmy Dziadka! Wyekspediowaliśmy Dziadka na pociąg i zaczęła się przygoda!
Zobacz inne fotki pieniny

PIENINY

Rozbiliśmy namioty w Sromowcach Niżnych (nazwa podobno pochodzi od wypasu owiec - tak mówią Flisacy - że jednemu góralowi ciągle ktoś kradł owce z wypasu, aż się w końcu zdenerwował i mówi: 'Srom te owce' i stąd nazwa Srom - owce ;)).
Od pieniny

ZWIEDZANIE ZAMKU W NIEDZICY
Zamek powstał w XIIw. dla ochrony szlaku handlowego. Jest bardzo dobrze zachowany i wiąże sie z nim całe mnóstwo legend. Podobno więziony w nim był Janosik! Jak głosi legenda tak tęsknił za Maryną, że wyrwał łańcuch, wybił dębowe drzwi i uciekł z zamku przez okienko w kaplicy. Po łańcuchu została dziura i jak się wsadzi do niej palec i pokręci to może się spełnić każde życzenie. Problem w tym, że nie odkryto którym palcem i w którą stronę trzeba kręcić. Nikt z nas nie odważył się włożyć palucha, ale Marek do dziś zamęcza nas kolejnymi wersjami który to będzie palec, w którą stronę i dlaczego! W lochach zamku oprócz Janosika przetrzymywano chłopów pańszczyźnianych. Podobno jak się chłop do odrobienia pańszczyzny nie stawił to go zamykano, jak przysłał w zastępstwie żonę to musiała pracować dwa razy dłużej, a jak dziecko to cztery razy. Studnia na zamku w Niedzicy według pamięci Oli ma ok.60m głębokości i dzięki niej można sprawdzić wierność małżonka. Musi krzyknąć imię ukochanej do studni i jak się nie obudzi łysy to znaczy, że nie zdradza ;). Bartek krzyczał i włosy ma, ale podobno w okolicy jest źródełko, po którym włosy odrastają, więc nie ma 100% gwarancji. Zamek nam się podobał, ale największą atrakcją było pływanie kajakami po zalewie Czorsztyńskim.
Od pieniny

ZALEW CZORSZTYŃSKI
Budowa zapory wzbudzała protesty ekologów i mieszkańców wioski Czorsztyn, ale zdążyła się sprawdzić zaledwie po jednym dniu od otwarcia. Zbiornik miał się zapełniać latami, ale w 1997r. przyszła ogromna powódź i zapełnił się w ciągu trzech dni ratując mieszkańców całej doliny Dunajca, aż po ujście Wisły. Teraz turyści mają podwójną atrakcję: wspaniałe jezioro i kąpiel nad zalanymi domostwami wsi Czorsztyn. Zalew ma 1,7km szerokości i 12,5km długości. My przepłynęliśmy z Niedzicy do Czorsztyna żeby z bliska przyjrzeć się ruinom Zamku Czorsztyn. Ale była zabawa - mieliśmy dwa kajaki - dzieciaki pierwszy raz kąpały sie w kapokach i tak się skończyło, że za pierwszym razem Olka mało nie wyskoczyła z kapoka, a Marek tak się zanurzył, że aż wody się napił. Potem uczyli się wiosłować i to dopiero była jazda. Dobrze, że mieliśmy linę, bo płynęli zygzakiem. Ola już się nauczyła, a Marek... no musi jeszcze poćwiczyć. Marek miałczy, że już nie musi się uczyć, bo on ma taka chorobę, że mu się lewa myli z prawą - Ola nie protestuje, że już umie... Wieczorem zrobiliśmy grilla i oglądaliśmy film na laptopie. Ola musiała bronić Marka przed robalami, które odkrył na kempingu :). Podobno w domu takich nie ma - no nie wiem... W każdym razie dzielnie sobie poradzili z wielonogami, ale spać poszli o 1 w nocy, wstali o 4 rano, bo im zeszło powietrze z materaca. Spacerowali nad rzeczką i po lesie. Przed 6 na szczęście się obudziłam i zagoniliśmy ich do spania zamieniając się na namioty...
Od pieniny

SZCZYT SZCZYTÓW CZYLI MOGIELICA 1171m n.p.m.
Dzieciaki po raz pierwszy wybrały się w góry i to od razu, żeby zdobyć najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego. Spotkaliśmy się w Jurkowie z Alą, Piotrem i ich znajomymi i wyruszyliśmy zielonym szlakiem. Na początku było super, ale pierwsze podejście okazało się baaaardzo męczące - na szczęście wzdłuż szlaku rosły borówki, bo inaczej byłoby bardzo ciężko. Jak się zapytałam czy się wycieczka podobała Ola zamuczała: noooo, a Marek dodał: 'najfajniejsze były jagody'. No tak, najważniejsze, że szczyt zdobyto. A Ola całą drogę marudziła, że ma lęk wysokości, po czym na szczycie zdobyła wieżę na którą wszyscy baliśmy się wyjść. Marek wyszedł tylko na drugie piętro z pięciu, bo co prawda nie ma lęku wysokości, ale ma lęk 'szerokości', a przestrzeń zaczynała się nad lasem, czyli właśnie na drugim piętrze ;). W dół wcale nie szło się lepiej, bo nóżki już bolały i jak w Shreku cały czas osiołki pytały: 'daleko jeszcze?!' Na szczęście borówki podtrzymywały funkcje życiowe i szczęśliwie dotarliśmy do celu i już o 17 dzieci smacznie spały w samochodzie. nie mogłam się powstrzymać i wysłałam zdjęcie 'aniołków' do rodziców. Otrzymałam odpowiedzi: od Agi: 'O tej godzinie ich uśpiliście?!!' i od Sławki: 'To nie nasze. Jakieś podmienione'. I tak zakończył się kolejny dzień, a w nocy znowu padało.
Od pieniny

ROWERY I Červený Kláštor

W Szczawnicy wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy na Słowację, aż do Czerwonego Klasztoru. Klasztor powstał w 1320r. i nazwę zawdzięcza czerwonej dachówce, którą jest pokryty. Podobno w klasztorze mieszkał latający mnich brat Cyprian - nie wiemy - nie widzieliśmy, dla nas zasłynął z pysznych zapiekanek i słowackich lodów. Dzieciaki bez szemrania przejechały 24 km - mówią, że było trochę męcząco, ale ścieżka ładna - nad brzegiem Dunajca. Po południu poszliśmy na kajaki, ale nie pływaliśmy za długo, bo zanosiło się na burzę. W nagrodę poszliśmy na pizzę do podzamkowej karczmy. A wieczorem było ognisko i kiełbaski - całe szczęście, że zdążyliśmy zjeść i uciec do namiotów, bo burza w końcu przyszła i lało przez całą noc.
Od pieniny

SPŁYW DUNAJCEM, TRZY KORONY I ZŁOTE MEDALE
Rano wybraliśmy się na spływ przełomem Dunajca. To chyba największa atrakcja turystyczna Pienin. Popłynęliśmy do Krościenka (na lody;)). Trasa spływu ma ok.24km, a różnica poziomów wynosi 36m. Spływ trwa w zależności od poziomu Dunajca od 2 do 3 godzin. Dla nas to była super atrakcja, bo wcześniej widzieliśmy część trasy z rowerów i z drogi, którą jeździliśmy codziennie. No i przepływaliśmy niedaleko naszego kempingu. Tratwa składa się z 4 wąskich, drewnianych łódek i zabiera do 12 pasażerów. Siedzieliśmy w trzech rzędach - pierwszy musiał wybierać wodę z łódki, drugi pięknie śpiewać, a nasz trzeci w razie zatrzymania na mieliźnie - pchać łódkę. Flisacy opowiadali nam historie jak to z Trzech Koron spadł przewodnik i turyści musieli sami zejść na dół i.... kupić następny. Płynęło się fantastycznie, piękne krajobrazy, ptaki, słonko, strome skały i wielkie góry. Nawet fale były i zalało Marka. Flisak zadawał nam zagadki, ale nie wszystkie udało nam się rozwiązać. Z Krościenka po obiedzie wyruszyliśmy zdobyć najbardziej znany szczyt Pienin - Trzy Korony 982m n.p.m. Ola z Markiem robili wszystko żeby nie iść, ale w końcu się zmusili i choć pod górę wszystkim nam było ciężko - widok ze szczytu wynagrodził wszystkie trudy. Było fantastycznie, pogoda dopisała, a ponieważ wyszliśmy późno nie było tłoku i na szczycie byliśmy sami. Marek trochę się bał, ale był twardzielem i nawet uśmiechał się do zdjęć, a Olka pozbyła się wszystkich lęków i w nagrodę za zdobycie szczytu dostali złote medale! Najśmieszniejsze było schodzenie w dół - błoto przez cały czas. Poszliśmy trudniejszym szlakiem szczytowym, żeby zrobić pętle do samochodu. Czyli przeszliśmy górami tą samą drogę, którą przepłynęliśmy wcześniej łodzią. Ubabraliśmy się w błocku po pachy i każdy zaliczył przynajmniej jedną wywrotkę, ale było śmiechu. Do samochodu wsiadaliśmy bez spodni i z butami w ręku ;). Potem musieliśmy szybko składać obóz, żeby zdążyć przed burzą i zanim zaczęło padać jeszcze zaliczyliśmy ostatnią kąpiel w zalewie. Było pięknie - dwa zamki i zachód słońca...
Od pieniny

PODSUMOWANIE
Z 32 najwyższych szczytów Polski Dzieciaki zdobyły już 2 i to w ciągu trzech dni!
'To są najfajniejsze wakacje - męczymy się przez zabawę'. A najważniejsze, że codziennie jedliśmy najlepsze lody na świecie - te z Krościenka od Pana z okienka na rynku. A w drodze powrotnej do domu Marek nagle krzyknął: 'O Jezu! Ja teraz myślę ile mam surowców!' No i wyszło na to, że człowiek się uczy całe życie. Dzieciaki jeszcze naucza nas jak się robi biznes. Oboje grają w gry strategiczne on-line i w samochodzie już im się przypomniało, że trzeba nadrobić stracony czas. Natychmiast po wejściu do domu został odpalony internet i chyba najlepiej dla nas wapniaków przytoczę fragment rozmowy:
Ola: 'Patrz jak mnie Mama wyprowadziła! Będę miała nowego kreta!'
Marek: 'Ale będzie kasy!'
Ola: 'Kurde nie mam brokułów i ziemniaków'; 'Ja nie wiem co moja Mama tu robiła...'
Marek: 'Olu, pomyśl jak ja będę miał. Ile będę miał kasy jak mi przychodzą tylko tacy klienci, którzy mi płacą powyżej stówy...'
No i co ktoś rozumie o co chodzi? Ubaw po pachy dla ułatwienia podpowiem, że dzieci kręcą interesy w tysiącach krasnotalarów. Jedna działka 90.000... no nie byle jaki biznesik nie? A ubaw po pachy...

Anna Bucholc prosi o komentarze:

30 grudnia 2008

Into the wild





Gdzieś na południe od Bieszczadzkiego Łupkowa...
Jeśli ktoś nie oglądał "INTO THE WILD" to bardzo polecam. Pomijając przepiękne alaskańskie krajobrazy i niebanalną muzykę, fabuła wzbudza spore kontrowersje. Chętnie się dowiem co myślicie na temat tego filmu, a szczególnie głównego bohatera.



Anna Bucholc prosi o komentarze:

29 grudnia 2008

Bieszczady



Zobacz inne fotki BIESZCZADY I PIERWSZE SKI-TOURY


Zima w Bieszczadach jest cudowna. I pogoda gwarantowana, szczególnie na narty. Pierwszy raz wypróbowaliśmy ski-toury i nie chcemy już jeździć na stoku. Ten rodzaj narciarstwa dla mnie nie ma porównania z żadnym innym. To połączenie chodzenia w góry (ale bez brodzenia w śniegu kiedy prawa noga zapada się 20cm, a lewa 50) z szybkimi zjazdami. To niesamowite uczucie kiedy wychodzisz na szczyt w głębi błękitu, a dookoła otacza Cię wielka biała przestrzeń nietknięta ludzką stopą. To daje poczucie wolności i przez chwilę można się poczuć trochę jak samotny wędrowiec, odkrywca, który sam musi wytyczyć szlak. No... ale to trzeba mieć wielką wyobraźnię :))). Za to kiedy widzi się przed sobą bezkres puszystego śniegu to nogi, aż same się rwą pod górę, żeby zostawić ślad po sobie. Tak, chyba w każdym człowieku jest coś takiego...

21 października 2008

BIESZCZADY I 31 URODZINY

Okazało się, że kolejny weekend będzie piękny więc ruszylismy w Bieszczady. Tym razem w innym składzie - Wojtek, Maciek i my. Pierwszego wieczoru wyszlismy do Chatki Puchatka i natychmiast znaleźlsmy się w innym wymiarze. Chatka bez wody, prąd z generatora, wc na wzgórzu z pięknym widokiem i klimat z lat 70-tych. Fantastyczni ludzie i tylko gitary było brak. Integracja trwała do późnego wieczora, niestety nie załapalimy się na prycze, i jak już Panie poszły spać to po raz pierwszy w życiu miałam okazję spędzić urodziny w towarzystwie 11 chłopaków. No nie trzeba pisać, że było swietnie. Klimat nie do opisania i dawno się tak nie usmiałam... Poza tym poznalismy chłopaków ze sląska - zapalonych motocyklistów Kaski, Dniepra i Junaka :) - na pewno się spotkamy na zlocie w przyszłym sezonie :). Ech mały ten swiat. Rano spadł snieg, ale i tak ruszylismy w trasę. Wybralismy szlak szczytowy, aż do Smerka. Widoki rewelacyjne, klimat trochę jak z Tolkiena, kolorki juz nie takie intensywne, ale to dodało nawet charakteru naszej wycieczce. Snieg stopniał, mgła opadła i większą częsć dnia szlismy w pięknym słońcu. Szlismy w takim tępie, że zostawało nam mnóstwo czasu na wylegiwanie się w słońcu. Wojtek testował "gadżeta" i nakręcił wiele panoramek, a Maciek, z racji zawodu, zrobił swietne fotki i oczywiscie wszystkie zamieszcze jak tylko je dostanę :).

Po południu zeszlismy do Smerka i okazało się, że wszystko jest pozamykane. Chłopaki zostali w Smerku, a my z Bartkiem pojechalismy "stopem" po samochód. Nie wiedziałam, że to takie łatwe i bezproblemowe - widocznie w Bieszczadach ludzie mają więcej zaufania do turystów. Zatrzymał się 6 samochód, a tylko dwa przejechały bez reakcji, pozostali najwyraźniej zabraliby nas gdyby nie brak miejsca. Zjedlismy przepyszny obiadek w Chacie Wędrowca w Wetlinie (goraco polecam - czas oczekiwania makabryczny, ale warto!), a na deser był wielki racuch z jagodami polany miodem i smietaną -mhhmhmhmmm... Udało nam się złapać nocleg w Leniczówce, było ciężko, więc najwyraźniej w Bieszczady na weekend warto zrobić rezerwację. W niedzielę zrobilismy super traske z Ustrzyk niebieskim szlakiem na Wielką Rawkę, potem zeszlimy do doliny z przerwą na obiadek w super schronisku pod Małą Rawką, a później wyskrobalismy się na Połoninę Caryńską i zeszlismy do Ustrzyk. Pogoda mozna opisać nowoczenie - "mega miazga". Na szczytach "wiało" jak w kieleckim, ale poza było naprawde miło. Zeszlismy w sam raz, kiedy słonko już zachodziło. Prawie 8 godzinną trasę zrobilismy w 6 godzin, a no koniec już z samochodu zobaczylismy stado saren z pięknym jeleniem. niestety droga z Krakowa w Bieszczady i z powrotem jest strasznie uciążliwa. To ok.200km, a jedzie się min.4 godziny - ale i tak WARTO!
Zobacz inne fotki BIESZCZADY JESIENIĄ I 31 URODZINY


Anna Bucholc prosi o komentarze:

WIELKA FATRA

Piękna złota jesień zmusiła nas do ruszenia się z domu. W zasadzie wydawało się, że to może być ostatni ładny weekend. Wybralimy Wielką Fatrę ze wzgledu na przepiekne połoniny, no i oczywicie odległosc od Krakowa... Wyruszylismy w piątek - Magda. Lucek, Grzesiek i my - i od soboty zaczeła się wedrówka z przygodami. Po 6 godzinnej trasie dotarlismy do chaty pod Borysowem i dowiedzielismy się, że nie ma noclegu, ani na pryczach, ani na podłodze. Była godzina 17.00. Z resztą Pani w okienku, jakas taka dziwna, w ogóle nie przejeła się tym, że będziemy musieli schodzić po zmroku. No nic, jak na prawdziwych wędrowców przystało, postanowilismy zjesc i pójsc dalej. Niestety, zupe dostała tylko Magda, bo Pani zamknęła okienko z powodu przerwy, wiedząc, że wszyscy w kolejce muszą schodzić na dół. Ciepłą zupę zlała z powrotem do gara i nawet jej powieka nie drgnęła na nasze protesty. Nie było wyjscia, Madzia podzieliła się zupą, zjedlismy suchy prowiant i ruszylismy dalej (traska jedyne 3 godziny). Z początku troche źli, ale był taki piekny zachód słońca i tak fantastyczna traska w dół, że nawet jestesmy gotowi jej podziekować za nieuprzejmosć. Szczególnie, że w pobliskiej knajpie poznalismy Mysliwego, który za 1500 koron udostępnił nam drewnianą chatę z pełną infrastrukturą, kominkiem, prysznicem z gorącą wodą i darmowym bilardem. Nagralismy się za wszystkie czasy i żadne z nas nie zamieniło by tego na chatę pod Borysowem, gdzie nie ma wody i prądu :). W niedzielę pojechalimy pociągiem do Teplic i spędzilismy dzień w stylu emeryckim - na leniwym spacerowaniu po parku i prażeniu w słońcu starych kosci w miejscowych knajpkach. Teplic nie polecam, za to Fatra jesienią jest naprawdę piękna.

Anna Bucholc prosi o komentarze: