Tanzania ten kolorowy świat jest 3 razy większy od Polski. To kraj z największą koncentracją dzikich zwierząt na kilometr kwadratowy, jest ich ponad 4 miliony (430 gatunków i podgatunków). No i mają największy oraz zdecydowanie najdroższy szczyt Afryki, w związku z czym zostaliśmy zdobywcami (z przypadku) prawie sześciotysięcznika. Jeśli oglądaliście Króla Lwa to znacie też parę użytecznych słów w Suahili!
PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM
Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.
10 lutego 2016
TANZANIA FROM THE BOTTOM TO THE TOP
Tanzania ten kolorowy świat jest 3 razy większy od Polski. To kraj z największą koncentracją dzikich zwierząt na kilometr kwadratowy, jest ich ponad 4 miliony (430 gatunków i podgatunków). No i mają największy oraz zdecydowanie najdroższy szczyt Afryki, w związku z czym zostaliśmy zdobywcami (z przypadku) prawie sześciotysięcznika. Jeśli oglądaliście Króla Lwa to znacie też parę użytecznych słów w Suahili!
13 października 2014
PO ZIEMI KŁODZKIEJ NOGI NAS BOLĄ... ALE POLACY WYGRALI 2:0 :D
Kamieniste pagóry ziemi kłodzkiej o tej porze roku pokryte zaschniętymi na złoto kępami traw, wyglądają jak obsypane zbożem, mienią się w słońcu na przemian z zielonymi jagodziskami. Jagody po pierwszych przymrozkach nie smakują nam już tak bardzo jak latem. Chciałoby się tak chodzić bez końca, wypacając koszulkę własnym wysiłkiem, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Trasa zostaje skrócona i późnym wieczorem docieramy do Górskiej Perły, gdzie czeka nas dobrobyt współczesnej cywilizacji – wygodne łóżka w eleganckich pokojach, gorący prysznic, ciepły obiad na stole i wygrany mecz (!wciąż w to nie mogę uwierzyć!) Polski z Niemcami :). Do tego dobre czeskie piwa i Atos pies nie małych rozmiarów (alergen – o dwóch różnych oczach – radosne pomieszanie genów Owczarka niemieckiego z Husky) wpychający się na bezczela na kanapę. I tak dzień po dniu, a jeden z nich piękniejszy od kolejnego, docieramy na koniec do najpiękniejszej w Polsce, liczącej sobie miliony lat Jaskini Niedźwiedziej. Ziąb w niej niemiłosierny, ale warto było wsłuchać się w donośny głos przewodnika, zobaczyć nietoperze w sklepieniu, naturalne nacieki, stalaktyty, których przyrost to jakiś centymetr na 20 lat oraz wyrzeźbione wodą, temperaturą i czasem firany, podobne do chipsów, polewy kalcytowe i kaskady o fantastycznych kształtach. Oryginalne kości misia jaskiniowego i mini spektakl światło i dźwięk też robią na nas wrażenie. Dla mnie jednak niesamowitej wartości jest fakt odkrycia w grudniu 2011r. kolejnych korytarzy jaskini i kolejnych wielkich sal np. sali Mastodonta, gdzie kaskada stropowa ma nie 8, a 30m długości. Żeby się tam dostać potrzeba 2 godzinnego przeciskania się między marmurowymi skałami w temperaturze 6 stopni i przy niemal 100% wilgotności, ale może znajdą jakieś skróty? A dziś znów poniedziałek - back to reality...
17 kwietnia 2013
PAN KASZALOT I SMRODY Z WNĘTRZA ZIEMI NA WYSPIE W KSZTAŁCIE MOTYLA
Zimny wiatr przygniata do ziemi nieustannie piorąc deszczem. Zmęczone nogi ślizgają się w gliniastym błocie, a odór siarkowodoru staje się nie do zniesienia. W końcu wychodzimy na szczyt. Mgła taka, że kierujemy się ścieżką w kierunku największego smrodu, a szczypiące oczy sugerują, że zbliżamy się już do celu. Ziemia pod nogami jest tak ciepła, że niemal czuć tętniącą tam lawę. A może to tylko wyobrażenie? Ściany krateru pokryte są pyłem, a z trzewi ziemi wydobywa się niemożliwy smród trujących gazów. Bucha prosto w twarz i powala nas na kolana – potęgą i majestatem, magią tego miejsca, tym, że jesteśmy tu sami, możliwością zajrzenia do wnętrza ziemi, okropną pogodą i ostatecznie zapachem. Ostatnią aktywność La Soufrière wykazał nie tak dawno, bo w 1977 roku. Dlatego trudno się było oprzeć wylezieniu na szczyt tego niewysokiego (1467m n.p.m.), ale wciąż aktywnego wulkanu. Zresztą jest to najwyższy szczyt Małych Antyli. Przy normalnych warunkach pogodowych byłby to 2 godzinny spacer na szczyt, ale pewnie w miażdżącym upale – więc, nie wiem co lepsze.
Nie trzeba się sugerować znakami i można nie tylko obejść wulkan dookoła, ale prosto ze szczytu udać się oznakowanym szlakiem do Les Chutes du Carbet. Najwyższy z trzech wodospadów ma 115 metrów wysokości i jest najwyższym wodospadem na Karaibach. Drugi z nich niewiele niższy jest podobno najładniejszy, ale to już kwestia gustu. Jeśli chce się zrobić wulkan i te dwa wodospady podczas jednej wycieczki to na najniżej położony wodospad nie starczy czasu, ale za to uniknie się opłaty za oglądanie tego pośredniego wodospadu ;) Cała wycieczka zajmie ok.7 - 8 godzin. Jeśli zaś nie chce nam się wspinać, możemy podjechać na parking, uiścić chyba stosunkowo niewielką opłatę i wygodną ścieżką przejść się na 20 minutowy spacer do średniego wodospadu.
19 lutego 2011
PICO HUMBOLDT 4 942m n.p.m.
Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.
Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.
Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.
Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?
p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...
08 maja 2010
TREKKING FROM CHIANG MAI
Dziś zaczęliśmy trekking w rozgrzanym do czerwoności piekarniku. Pierwsze kroki stawiasz ostrożnie, bojąc się szeleszczących liści, robaków, węży, skorpionów i jadowitych pająków. 10 minut później walczysz o życie, płuca rozsadza niewyobrażalny żar, ciśnienie bębni w głowie, pot zalewa oczy, a bzyczenie much zagłusza wszytko inne. Wtedy staje się obojętnym gdzie i na co staniesz. Każdy krok jest wymuszony, ciało błaga o chwilę przerwy i ochłodzenie. Woda w plecaku osiąga temperaturę powietrza. Aparat jest tak nagrzany, że nie można go dotknąć. Zaczynasz zastanawiać się dlaczego, do cholery, nie leżysz na plaży w Phuket?
![]() |
| Zobacz inne fotki z trekking |
Trekking w tej okolicy, w porze suchej, to nie żadne dmuchanie w bambus - dlatego jesteśmy tu sami z naszym przewodnikiem - Ti. Wspięcie się zaledwie na 500m zajęło nam 3 godziny i mało nie przyprawiło o zawał. Każdy kolejny dzień był lepszy, bo... temperatura spadła do 34 stopni ;). Trekking w Tajlandii jest ok - to wielka przygoda zobaczyć ogrom zniszczeń dokonanych przez człowieka. Kiedyś był tu las tropikalny - za kilkanaście lat będzie pustynia pól uprawnych. Wioska miejscowej ludności jest tak turystyczna, że miejscowi przestają Cię zauważać. Z resztą turystów jest tu więcej niż lokalnej ludności. Jeśli chcesz upić się tanią whisky i zapalić opium za 100B - to wymarzone miejsce dla Ciebie! Lubisz zwierzęta? Spędź czas w fermie słoni - jest fantastycznie - można karmić, dotykać, pojeździć, a nawet słoń ukłoni się dla Ciebie i zagra na bębnie. 20 lat temu słonie nie robiły nic. Teraz w miarę rozwoju turystyki posiadanie słonia to majątek. A jak słonia nauczyć sztuczek? Wystarczy drewniana pałka zakończona hakiem - to tradycyjna metoda terningu stosowana w wielu miejscach na świecie. Z drugiej strony w środowisku naturalnym nie ma już dla nich miejsca. To wynik rozwoju cywilizacji. Z resztą co tu daleko szukać. Weźmy na tapetę plemię 'długich szyi'. Od dawna nie kultywują tradycji - jedynie kilka dziewcząt wybrano, by pokazywać turystom. Szyje mają faktycznie długie (widzieliśmy na zdjęciach) i zarabiają kupę szmalu, ale tak naprawdę to nie szyja się wydłuża poprzez nakładanie obręczy - w praktyce zapada się obojczyk i barki. Jak my się bawimy w Tajlandii? Znakomicie. A co ja o tym wszystkim myślę? Jeszcze nie wiem - jestem tylko pyłkiem turystycznego kurzu, który cienką warstwą pokrywa naszą piękną, dawniej bardziej zieloną planetę...
13 stycznia 2010
Chembra Pick 2100m n.p.m.
| Zobacz wszystkie fotki z CHEMBRA PICK 2100m n.p.m |
W poniedziałek rano wyszło słońce i spontanicznie postanowiliśmy jednak zdobyć szczyt. Od tej pory już nie ufamy przewodnikowi Lonely Planet. Wyczytaliśmy, że jest to raczej spacerek, właściwie dla każdego i szybko policzyliśmy, że zrobimy Chembrę w 3 godziny, zjemy późny lunch w Kalpecie i wrócimy do Rasty na popołudniową sesję zdjęciową na balkonie – zrobimy ostatnie zdjęcia, spakujemy się, zmontujemy film i podczas kolacji wszyscy będą mogli go zobaczyć. Wyprawa na szczyt okazała się wyczerpującą i długotrwałą walką ze śllisko-kamienistą, wąską, zarośniętą ścieżyną, która na ostatnim etapie zamienia się w skalistą wspinaczkę. Bez żartów – ten kto robił opis dla Lonely Planet nigdy nie był na szczycie! Bez kozery mogę stwierdzić, że mamy zarówno kondycję, jak i doświadczenie w górskim trekkingu. Chembra Pick jest zabójcza w upalnym słońcu i nie do zdobycia w deszczu. Za to warto się trudzić – widoki też są zabójcze ;). Spaleni słońcem i przepoceni do suchej nitki zdobyliśmy szczyt o 16 – czyli wyjście zajęło nam 3 godziny. Wychodziliśmy z przewodnikiem, bo nie ma innej opcji, i z parą australijczyków Helen i Jeffa, którzy uratowali mi życie dzieląc się słodkimi sezamkami. Na dole byliśmy o 18 umorusani błotem i głodni. Złapaliśmy bezpośredni autobus do Kamblakkad i do Rasty zajechaliśmy na kolację o 20. Zanim pożegnaliśmy się i zmontowaliśmy film zrobiła się północ. Jak to zwykle lubi być sprzęt okazał się zawodny i dwa razy wykasował projekt. Efekt końcowy, jak na czas produkcji i tak jest bardzo zadowalający – szkoda tylko, że nie zobaczymy jak zareagują dzieci. Jisho obiecał napisać maila z wrażeniami , ale to nie to samo...
| Zobacz wszystkie fotki z CHEMBRA PICK 2100m n.p.m |
Mam mocne postanowienie napisać zażalenie do Lonely Planet. Chwalą się, że są najlepsi bo osobiście odwiedzają wszystkie opisane miejsca. Tymczasem jesteśmy pewni, że nie zawitali nigdy nawet do biura pozwoleń na trekking, bo opisali Chembrę dokładnie tak jak biuro informacji turystycznej w Kalpecie. Nie zgadzały się nawet godziny wejścia. W każdym razie gdyby ktoś się wybierał to wejść na teren można między 7 rano, a max 14, a wyjść trzeba przed 17. Pozwolenie jest wydawane dla 10 osób i kosztuje 500 rupii (w tym wliczony jest koszt przewodnika) – nie ma innych opcji, czyli jeśli chce się wyjść w pojedynkę to i tak trzeba zapłacić 500. Przewodnik jest tylko jeden, wystarczty przy biurze poczekać na inną grupę i podzielić się kosztem pozwolenia, bo i tak przewodnik czeka aż się zbierze się grupa. Żeby dostać się na Chembrę trzeba z Kalpety dostać się autobusem do wioski Mepady, a potem rikszą pojechać 7km do biura wydawania pozwoleń i po wpłacie pojechać dalej, aż do wejścia na teren parku. Riksza powinna kosztować 50 rupii – warto cenę ustalić przed jazdą, mimo, że mają cennik ;).
12 października 2009
Karkonosze z Chłopakami
| Zobacz inne fotki z karkonosze |
Po pysznych pampuchach z gulaszem wyruszyliśmy ze Spindlerovego Mlyna. Trasa miała zająć niecałe 3 godziny (8 km), więc nie spieszyliśmy się i robiliśmy sporo zdjęć. Do Labskiej Boudy doszliśmy o 17. Schronisko zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Jego historia sięga 1830r., kiedy to przedsiębiorcza Babka niejaka die Bllase skleciła w tym miejscu niewielki kram i sprzedawała kozi ser i gorzałkę. Obecnie po przebudowie w 1969r. hotel to ogromny postkomunistyczny moloch, a mieści tylko 79 pokoi (120 miejsc noclegowych). Od 2007r. jest w rękach prywatnego właściciela i jak dowiedzieliśmy się na miejscu: 'zatvorene ne widzicie?!'. Na szczęście do kolejnego schroniska było tylko 40min, ale za to tam skasowali nas po 70 koron za osobę w 3 i 4 osobowych pokojach ;). Na pocieszenie urządziliśmy sobie imprezę na wesoło z mnóstwem toastów przygotowanych przez Wojtka. W sobotę do południa pogoda była w miarę dobra, ale później zaczęło padać. Obiad zjedliśmy w 'Odrodzeniu' i nauczeni przez Czechów zrobiliśmy telefoniczną rezerwację miejsc w 'Samotni'. Czeska strona w ogóle wywarła na nas średnie wrażenie, więc postanowiliśmy trzymać się naszej, polskiej krainy. Dla mnie powrót na szlak przyjaźni był wspomnieniem dawnych lat - dokładnie 10 lat temu byliśmy tam z Bartkiem na naszej pierwszej wspólnej wycieczce. Dokładnie to pamiętam: było zimno, deszczowo i mgliście - widoczność może na 10m. Na Szyszaku leżał śnieg, a ja bałam się tak bardzo, że jak zobaczyłam Śnieżne Kotły to zrobiła mi się blokada i musieliśmy zawrócić i pójść drogą zimową. Na szczęście to już przeszłość - choć pogoda nie była wiele lepsza Śnieżne Kotły tym razem były piękne, a nie straszne ;). Do schroniska dotarliśmy przemoczeni, ale pyszne jedzenie i gorąca herbata szybko postawiły nas na nogi. Samotnia została nominowana do najpiękniejszych miejsc w Polsce i nic dziwnego - klimat tego miejsca jest niepowtarzalny. Zacytuję fragment ze strony schroniska:
"Oto jak widział okolicę stawów w Karkonoszach w czasie swojej wędrówki po Dolnym Śląsku latem 1844 roku Bogusz Zygmunt Stęczyński:
"A przeszedłszy przez górę Srebrnego Grzebienia,
Stajemy niespodzianie pełni zdziwienia.
Czarny Staw (Wielki Staw) połyskuje się wśród skał ołtarza.
Wdzięczy się z odległości,a z bliska przeraża.
A u stóp mamy jezioro drugie (Mały Staw),
Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,
Ponieważ ma wokoło obnażone góry,
I posiwiałe barwą kamienie ogromne,
Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne.
Tam szałas, od pasterzy w lecie zamieszkany,
Od gości unużonych bywa odwiedzany,
W którym ogień całą noc pali się z łoskotem,
A pasterze wokoło śpiąc, leżą pokotem..."
| Od karkonosze |
Na przełomie XVIII i XIX wieku ilość górskich bud w całych Karkonoszach szacowano na dwa i pół tysiąca! Niewiele się z tego ostało po dziś dzień, ale Samotnia, choć świeżo wyremontowana, zachowała blichtr z dawnych lat. Do późnego wieczora dyskutowaliśmy tak zażarcie, że aż żal było iść spać. A w niedzielę rozpadło się na dobre i podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna zeszła na Polską stronę do Karpacza, a druga na Czeską po samochody ;). A dziś na Kasprowym leży 20cm śniegu, więc chyba mamy już po pięknej, złotej jesieni...
p.s. i zaczną się ski-toury ;))
Anna Bucholc prosi o komentarze:
04 października 2009
Weekend w Krośnie – Chryszczata i Wątkowa
W końcu udało nam się wyrwać do Krosna – do Ani i Grzesia. Obejrzeliśmy nowe mieszkanko – świeżo po remoncie i genialny widok z okna na Magurę Wątkowską ;). Pogoda nam dopisała i w sobotę poszliśmy na Chryszczatą - 997 m n.p.m. Okoliczny las ma krwawą historię – podczas pierwszej wojny światowej przez Chryszczatą przebiegała linia frontu, a w latach 45-47 w lesie stacjonowały oddziały UPA. W 44r. przez Chryszczatą Kunicki wyprowadził uciekinierów z Bieszczadzkich wiosek pokonując dwie linie niemieckich umocnień. U podnóża Chryszczatej po raz ostatni miała miejsce szarża polskiej kawalerii. Na szczycie stoi betonowa wieża geodezyjna z czasów zaborów, a na zboczu góry postawiono nielegalny pomnik pamięci UPA. Pomnik uznano za samowolę budowlaną, ale zanim doszło do legalnej rozbiórki wandale zniszczyli go w kwietniu 2009r. Niewinnie wyglądający las kryje okopy i zarośnięte cmentarze wojskowe i choć podobno do dziś znajdowane są tam elementy uzbrojenia, my znaleźliśmy tylko grzyby…
| Zobacz inne fotki z krosno |
Na Chryszczatą wchodziliśmy przez rezerwat ‘Zwiezło’. Ta urocza nazwa powstała po osunięciu się ziemi w 1907r. Wygląda na to, że ktoś powiedział, że strasznie dużo tej ziemi ‘zwiezło’ i nazwa się przyjęła. Jeziorka Duszatyńskie – powstały w zagłębieniach terenu po osunięciu się ziemi, ale miejscowe legendy wspominają o uderzeniu meteorytu lub diable, który rzucił płonącą kulą czyniąc spustoszenie. W każdym razie miejsce to było uważane za zaczarowane i przyznaję, że wygląda jak z bajki. Do dziś przetrwały dwa jeziorka – górne i dolne – pozostałe zarosły, co i te w przyszłości czeka. Z ciekawostek wyczytanych w internecie podobno w wyniku butwienia drewna i resztek roślinności w głębi jeziorek powstają gazy, które powodują w zimie wybuchy obserwowane jako fontanny wody rozrywające lód. A może to rozsierdzony diabeł pluje wodą?
Z Krosna w Bieszczady jest blisko więc zdążyliśmy na mecz siatkarek, a Ania zrobiła jajecznicę z rydzami mniam, mniam…
W niedzielę udaliśmy się najpierw na spacer do rezerwatu ‘Prządki’ – piaskowce o ciekawych kształtach o wysokości do 20m. Według legendy są to dziewczęta zamienione w kamień za przędzenie lnu w święto – jeśli to prawda to były i są bardzo ładne.
| Od krosno |
Właściwa wycieczka miała na celu zdobycie Wątkowej 846m n.p.m. – najwyższego szczytu Magury Wątkowskiej. Pogoda była piękna, ale musieliśmy bardzo się spieszyć, bo o 17 Polki grały z Niemkami – to była wygrana w pięknym stylu – nie to co piłkarze...
09 lipca 2009
Z DZIECIAKAMI CIĄG DALSZY
Dzisiaj jeszcze nie śpimy, a czeka nas dno morskie (Bonarka) i kino 3D 'Pod taflą oceanu', a potem już do domu i koniec przygody...
Anna Bucholc prosi o komentarze:
08 lipca 2009
Z DZIECIAKAMI NA SZLAKU
Dzieciaki - Ola i Marek przyjechali z Dziadkiem w piątek 03 lipca. Niestety my byliśmy w pracy, więc do popołudnia zwiedzali Kraków. Marek mówi, że Wawel obkrążyli raz i weszli do środka - na rynek Wawelu :) i potem udali się na lody. Po lodach poszli na Sukiennice, a potem razem zjedliśmy obiad i wieczorem graliśmy w UNO - ograliśmy Dziadka! Wyekspediowaliśmy Dziadka na pociąg i zaczęła się przygoda!
![]() |
| Zobacz inne fotki pieniny |
PIENINY
Rozbiliśmy namioty w Sromowcach Niżnych (nazwa podobno pochodzi od wypasu owiec - tak mówią Flisacy - że jednemu góralowi ciągle ktoś kradł owce z wypasu, aż się w końcu zdenerwował i mówi: 'Srom te owce' i stąd nazwa Srom - owce ;)).
| Od pieniny |
ZWIEDZANIE ZAMKU W NIEDZICY
Zamek powstał w XIIw. dla ochrony szlaku handlowego. Jest bardzo dobrze zachowany i wiąże sie z nim całe mnóstwo legend. Podobno więziony w nim był Janosik! Jak głosi legenda tak tęsknił za Maryną, że wyrwał łańcuch, wybił dębowe drzwi i uciekł z zamku przez okienko w kaplicy. Po łańcuchu została dziura i jak się wsadzi do niej palec i pokręci to może się spełnić każde życzenie. Problem w tym, że nie odkryto którym palcem i w którą stronę trzeba kręcić. Nikt z nas nie odważył się włożyć palucha, ale Marek do dziś zamęcza nas kolejnymi wersjami który to będzie palec, w którą stronę i dlaczego! W lochach zamku oprócz Janosika przetrzymywano chłopów pańszczyźnianych. Podobno jak się chłop do odrobienia pańszczyzny nie stawił to go zamykano, jak przysłał w zastępstwie żonę to musiała pracować dwa razy dłużej, a jak dziecko to cztery razy. Studnia na zamku w Niedzicy według pamięci Oli ma ok.60m głębokości i dzięki niej można sprawdzić wierność małżonka. Musi krzyknąć imię ukochanej do studni i jak się nie obudzi łysy to znaczy, że nie zdradza ;). Bartek krzyczał i włosy ma, ale podobno w okolicy jest źródełko, po którym włosy odrastają, więc nie ma 100% gwarancji. Zamek nam się podobał, ale największą atrakcją było pływanie kajakami po zalewie Czorsztyńskim.
![]() |
| Od pieniny |
ZALEW CZORSZTYŃSKI
Budowa zapory wzbudzała protesty ekologów i mieszkańców wioski Czorsztyn, ale zdążyła się sprawdzić zaledwie po jednym dniu od otwarcia. Zbiornik miał się zapełniać latami, ale w 1997r. przyszła ogromna powódź i zapełnił się w ciągu trzech dni ratując mieszkańców całej doliny Dunajca, aż po ujście Wisły. Teraz turyści mają podwójną atrakcję: wspaniałe jezioro i kąpiel nad zalanymi domostwami wsi Czorsztyn. Zalew ma 1,7km szerokości i 12,5km długości. My przepłynęliśmy z Niedzicy do Czorsztyna żeby z bliska przyjrzeć się ruinom Zamku Czorsztyn. Ale była zabawa - mieliśmy dwa kajaki - dzieciaki pierwszy raz kąpały sie w kapokach i tak się skończyło, że za pierwszym razem Olka mało nie wyskoczyła z kapoka, a Marek tak się zanurzył, że aż wody się napił. Potem uczyli się wiosłować i to dopiero była jazda. Dobrze, że mieliśmy linę, bo płynęli zygzakiem. Ola już się nauczyła, a Marek... no musi jeszcze poćwiczyć. Marek miałczy, że już nie musi się uczyć, bo on ma taka chorobę, że mu się lewa myli z prawą - Ola nie protestuje, że już umie... Wieczorem zrobiliśmy grilla i oglądaliśmy film na laptopie. Ola musiała bronić Marka przed robalami, które odkrył na kempingu :). Podobno w domu takich nie ma - no nie wiem... W każdym razie dzielnie sobie poradzili z wielonogami, ale spać poszli o 1 w nocy, wstali o 4 rano, bo im zeszło powietrze z materaca. Spacerowali nad rzeczką i po lesie. Przed 6 na szczęście się obudziłam i zagoniliśmy ich do spania zamieniając się na namioty...
| Od pieniny |
SZCZYT SZCZYTÓW CZYLI MOGIELICA 1171m n.p.m.
Dzieciaki po raz pierwszy wybrały się w góry i to od razu, żeby zdobyć najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego. Spotkaliśmy się w Jurkowie z Alą, Piotrem i ich znajomymi i wyruszyliśmy zielonym szlakiem. Na początku było super, ale pierwsze podejście okazało się baaaardzo męczące - na szczęście wzdłuż szlaku rosły borówki, bo inaczej byłoby bardzo ciężko. Jak się zapytałam czy się wycieczka podobała Ola zamuczała: noooo, a Marek dodał: 'najfajniejsze były jagody'. No tak, najważniejsze, że szczyt zdobyto. A Ola całą drogę marudziła, że ma lęk wysokości, po czym na szczycie zdobyła wieżę na którą wszyscy baliśmy się wyjść. Marek wyszedł tylko na drugie piętro z pięciu, bo co prawda nie ma lęku wysokości, ale ma lęk 'szerokości', a przestrzeń zaczynała się nad lasem, czyli właśnie na drugim piętrze ;). W dół wcale nie szło się lepiej, bo nóżki już bolały i jak w Shreku cały czas osiołki pytały: 'daleko jeszcze?!' Na szczęście borówki podtrzymywały funkcje życiowe i szczęśliwie dotarliśmy do celu i już o 17 dzieci smacznie spały w samochodzie. nie mogłam się powstrzymać i wysłałam zdjęcie 'aniołków' do rodziców. Otrzymałam odpowiedzi: od Agi: 'O tej godzinie ich uśpiliście?!!' i od Sławki: 'To nie nasze. Jakieś podmienione'. I tak zakończył się kolejny dzień, a w nocy znowu padało.
| Od pieniny |
ROWERY I Červený Kláštor
W Szczawnicy wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy na Słowację, aż do Czerwonego Klasztoru. Klasztor powstał w 1320r. i nazwę zawdzięcza czerwonej dachówce, którą jest pokryty. Podobno w klasztorze mieszkał latający mnich brat Cyprian - nie wiemy - nie widzieliśmy, dla nas zasłynął z pysznych zapiekanek i słowackich lodów. Dzieciaki bez szemrania przejechały 24 km - mówią, że było trochę męcząco, ale ścieżka ładna - nad brzegiem Dunajca. Po południu poszliśmy na kajaki, ale nie pływaliśmy za długo, bo zanosiło się na burzę. W nagrodę poszliśmy na pizzę do podzamkowej karczmy. A wieczorem było ognisko i kiełbaski - całe szczęście, że zdążyliśmy zjeść i uciec do namiotów, bo burza w końcu przyszła i lało przez całą noc.
| Od pieniny |
SPŁYW DUNAJCEM, TRZY KORONY I ZŁOTE MEDALE
Rano wybraliśmy się na spływ przełomem Dunajca. To chyba największa atrakcja turystyczna Pienin. Popłynęliśmy do Krościenka (na lody;)). Trasa spływu ma ok.24km, a różnica poziomów wynosi 36m. Spływ trwa w zależności od poziomu Dunajca od 2 do 3 godzin. Dla nas to była super atrakcja, bo wcześniej widzieliśmy część trasy z rowerów i z drogi, którą jeździliśmy codziennie. No i przepływaliśmy niedaleko naszego kempingu. Tratwa składa się z 4 wąskich, drewnianych łódek i zabiera do 12 pasażerów. Siedzieliśmy w trzech rzędach - pierwszy musiał wybierać wodę z łódki, drugi pięknie śpiewać, a nasz trzeci w razie zatrzymania na mieliźnie - pchać łódkę. Flisacy opowiadali nam historie jak to z Trzech Koron spadł przewodnik i turyści musieli sami zejść na dół i.... kupić następny. Płynęło się fantastycznie, piękne krajobrazy, ptaki, słonko, strome skały i wielkie góry. Nawet fale były i zalało Marka. Flisak zadawał nam zagadki, ale nie wszystkie udało nam się rozwiązać. Z Krościenka po obiedzie wyruszyliśmy zdobyć najbardziej znany szczyt Pienin - Trzy Korony 982m n.p.m. Ola z Markiem robili wszystko żeby nie iść, ale w końcu się zmusili i choć pod górę wszystkim nam było ciężko - widok ze szczytu wynagrodził wszystkie trudy. Było fantastycznie, pogoda dopisała, a ponieważ wyszliśmy późno nie było tłoku i na szczycie byliśmy sami. Marek trochę się bał, ale był twardzielem i nawet uśmiechał się do zdjęć, a Olka pozbyła się wszystkich lęków i w nagrodę za zdobycie szczytu dostali złote medale! Najśmieszniejsze było schodzenie w dół - błoto przez cały czas. Poszliśmy trudniejszym szlakiem szczytowym, żeby zrobić pętle do samochodu. Czyli przeszliśmy górami tą samą drogę, którą przepłynęliśmy wcześniej łodzią. Ubabraliśmy się w błocku po pachy i każdy zaliczył przynajmniej jedną wywrotkę, ale było śmiechu. Do samochodu wsiadaliśmy bez spodni i z butami w ręku ;). Potem musieliśmy szybko składać obóz, żeby zdążyć przed burzą i zanim zaczęło padać jeszcze zaliczyliśmy ostatnią kąpiel w zalewie. Było pięknie - dwa zamki i zachód słońca...
| Od pieniny |
PODSUMOWANIE
Z 32 najwyższych szczytów Polski Dzieciaki zdobyły już 2 i to w ciągu trzech dni!
'To są najfajniejsze wakacje - męczymy się przez zabawę'. A najważniejsze, że codziennie jedliśmy najlepsze lody na świecie - te z Krościenka od Pana z okienka na rynku. A w drodze powrotnej do domu Marek nagle krzyknął: 'O Jezu! Ja teraz myślę ile mam surowców!' No i wyszło na to, że człowiek się uczy całe życie. Dzieciaki jeszcze naucza nas jak się robi biznes. Oboje grają w gry strategiczne on-line i w samochodzie już im się przypomniało, że trzeba nadrobić stracony czas. Natychmiast po wejściu do domu został odpalony internet i chyba najlepiej dla nas wapniaków przytoczę fragment rozmowy:
Ola: 'Patrz jak mnie Mama wyprowadziła! Będę miała nowego kreta!'
Marek: 'Ale będzie kasy!'
Ola: 'Kurde nie mam brokułów i ziemniaków'; 'Ja nie wiem co moja Mama tu robiła...'
Marek: 'Olu, pomyśl jak ja będę miał. Ile będę miał kasy jak mi przychodzą tylko tacy klienci, którzy mi płacą powyżej stówy...'
No i co ktoś rozumie o co chodzi? Ubaw po pachy dla ułatwienia podpowiem, że dzieci kręcą interesy w tysiącach krasnotalarów. Jedna działka 90.000... no nie byle jaki biznesik nie? A ubaw po pachy...
Anna Bucholc prosi o komentarze:
30 grudnia 2008
Into the wild
Gdzieś na południe od Bieszczadzkiego Łupkowa...
Jeśli ktoś nie oglądał "INTO THE WILD" to bardzo polecam. Pomijając przepiękne alaskańskie krajobrazy i niebanalną muzykę, fabuła wzbudza spore kontrowersje. Chętnie się dowiem co myślicie na temat tego filmu, a szczególnie głównego bohatera.
Anna Bucholc prosi o komentarze:
29 grudnia 2008
Bieszczady
![]() |
| Zobacz inne fotki BIESZCZADY I PIERWSZE SKI-TOURY |
Zima w Bieszczadach jest cudowna. I pogoda gwarantowana, szczególnie na narty. Pierwszy raz wypróbowaliśmy ski-toury i nie chcemy już jeździć na stoku. Ten rodzaj narciarstwa dla mnie nie ma porównania z żadnym innym. To połączenie chodzenia w góry (ale bez brodzenia w śniegu kiedy prawa noga zapada się 20cm, a lewa 50) z szybkimi zjazdami. To niesamowite uczucie kiedy wychodzisz na szczyt w głębi błękitu, a dookoła otacza Cię wielka biała przestrzeń nietknięta ludzką stopą. To daje poczucie wolności i przez chwilę można się poczuć trochę jak samotny wędrowiec, odkrywca, który sam musi wytyczyć szlak. No... ale to trzeba mieć wielką wyobraźnię :))). Za to kiedy widzi się przed sobą bezkres puszystego śniegu to nogi, aż same się rwą pod górę, żeby zostawić ślad po sobie. Tak, chyba w każdym człowieku jest coś takiego...
21 października 2008
BIESZCZADY I 31 URODZINY
Po południu zeszlismy do Smerka i okazało się, że wszystko jest pozamykane. Chłopaki zostali w Smerku, a my z Bartkiem pojechalismy "stopem" po samochód. Nie wiedziałam, że to takie łatwe i bezproblemowe - widocznie w Bieszczadach ludzie mają więcej zaufania do turystów. Zatrzymał się 6 samochód, a tylko dwa przejechały bez reakcji, pozostali najwyraźniej zabraliby nas gdyby nie brak miejsca. Zjedlismy przepyszny obiadek w Chacie Wędrowca w Wetlinie (goraco polecam - czas oczekiwania makabryczny, ale warto!), a na deser był wielki racuch z jagodami polany miodem i smietaną -mhhmhmhmmm... Udało nam się złapać nocleg w Leniczówce, było ciężko, więc najwyraźniej w Bieszczady na weekend warto zrobić rezerwację. W niedzielę zrobilismy super traske z Ustrzyk niebieskim szlakiem na Wielką Rawkę, potem zeszlimy do doliny z przerwą na obiadek w super schronisku pod Małą Rawką, a później wyskrobalismy się na Połoninę Caryńską i zeszlismy do Ustrzyk. Pogoda mozna opisać nowoczenie - "mega miazga". Na szczytach "wiało" jak w kieleckim, ale poza było naprawde miło. Zeszlismy w sam raz, kiedy słonko już zachodziło. Prawie 8 godzinną trasę zrobilismy w 6 godzin, a no koniec już z samochodu zobaczylismy stado saren z pięknym jeleniem. niestety droga z Krakowa w Bieszczady i z powrotem jest strasznie uciążliwa. To ok.200km, a jedzie się min.4 godziny - ale i tak WARTO!
| Zobacz inne fotki BIESZCZADY JESIENIĄ I 31 URODZINY |
Anna Bucholc prosi o komentarze:
WIELKA FATRA
Anna Bucholc prosi o komentarze:






