PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOJE FILMY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOJE FILMY. Pokaż wszystkie posty

10 lutego 2016

TANZANIA FROM THE BOTTOM TO THE TOP

Do Tanzanii polecieliśmy, bo Paweł napisał, że można tam popływać z Whale Sharkami :) Przypomniało nam się też, że Michał i Britt ostatnio wspinali się na Kilimandżaro i pomyśleliśmy, że może my też tak chcemy. No i tak się to wszystko zaczęło...

Tanzania ten kolorowy świat jest 3 razy większy od Polski. To kraj z największą koncentracją dzikich zwierząt na kilometr kwadratowy, jest ich ponad 4 miliony (430 gatunków i podgatunków). No i mają największy oraz zdecydowanie najdroższy szczyt Afryki, w związku z czym zostaliśmy zdobywcami (z przypadku) prawie sześciotysięcznika. Jeśli oglądaliście Króla Lwa to znacie też parę użytecznych słów w Suahili!
Mafia Island - Big Blu Diving Centre
To jest takie miejsce jak lubię! Nie ma turystów, za to jest fantastyczna atmosfera! Nurkowania są rewelacyjne - piękne rafy i olbrzymie groupery - tak gigantycznych nie widziałam nigdy w życiu. Na nurkowania pływamy tradycyjnymi łodziami z drzewa mangrowca, wracamy na żaglach, kolacje jemy wszyscy wspólnie w barze na plaży, a śpimy w wypasionych namiotach, w których są normalne łóżka z czyściutką pościelą, a dla wymagających wewnątrz jest wiatrak - jakby było za ciepło :)
Wybieramy się na snorkeling z rekinami wielorybimi i myślę, że będzie jak zwykle. "Ojej były tu wczoraj i pewnie będą jutro, a dziś gdzieś popłynęły...", ale wszyscy zeznają, że je widzieli i było ich mnóstwo, więc jest jakaś nadzieja. Płyniemy łodzią i pierwsze 15 minut dłuży się niemiłosiernie, patrzę na wodę, ale z każdą minutą nadzieja na spełnienie największego w życiu marzenia staje się coraz mniejsza.

Jestem człowiekiem małej wiary!
Nasz przewodnik krzyczy, że je widzi, kiedy my jeszcze nie możemy zobaczyć tych potężnych, leniwych ciał żywiących się planktonem. I w końcu widzimy płetwy wystające nad wodę - rany Boskie one faktycznie tu są! Siedzimy na brzegu łodzi - po trzy osoby z każdej strony i mamy skakać na hasło: GO! Podpływamy tak blisko, że gołym okiem widać półmetrowy otwór gębowy i... słyszymy pierwsze "GO!", ale nikt nie skacze :) GO! GO! GO! i skaczemy w amoku wszyscy razem, widzę mnóstwo bąbelków, a po chwili ogromna, śliczna ryba przepływa na wyciągnięcie ręki. Nie zastanawiam się ani chwili, odpalam kamerę i macham z całych sił płetwami żeby nagrać i mordkę i oko, a tu nagle niespodziewanie z drugiej strony mija mnie drugi rekin! Jest o niebo większy od pierwszego, a zaskoczenie jest tak duże, że piszczę pod wodą, kamera rejestruje przepływający kształt i już nie wiem nawet co nagrywam tak duże są te emocje! One się nas w ogóle nie boją, ale też nie mają czego, bo rekinie dziecko jest tylko ciapkę większe ode mnie :) Czasami kiedy wracamy na łódź śmiejemy się sami z siebie, bo kiedy my w zapale patrzymy w jedną stronę, one spokojnie pływają tuż za naszymi plecami. Na koniec wyczerpani, ale wciąż nienasyceni obiecujemy sobie nawzajem, że to już będzie ostatni raz. Powtarza się to tyle razy, że w końcu na rekinim żerowisku zostaje tylko nasza łódka. Emilie zostaje na łodzi i trochę jej teraz zazdroszczę, bo widziała jak się nagle wokół nas zakłębiło od płetw grzbietowych i ogonowych. Dostałam się między dwa rekiny - jeden po prawej, drugi po lewej - nie ważne, że pięty do krwi obtarte, płynę co sił w nogach, żeby jak najdłużej być z rekinami i nagle pode mną widzę mnóstwo małych rybek. Kolejny rekin? - przemyka mi przez głowę, ale nie mam czasu się zastanowić, bo widzę już wielką otwartą paszczę :) O rany! Weźmie mnie chyba na barana!!! Odpycham go więc żeby raczył zauważyć, że tam jestem, a on spokojnie wynurza się tuż przede mną i chwilę później wszystkie odpływają. Krzyczę z emocji - nawet mi się nie śniło, że to tak może wyglądać. I co ja teraz zrobię - spełniło się moje największe marzenie i teraz nie mam nowego :))

Kilimanjaro - Whisky Route (Machame nie brzmi aż tak fajnie :))
Dzień 1: Machame Camp - 3000m. Czas przejścia 12:00 - 16:30 [4,5 godziny]
Mijamy przeróżne endemiczne rośliny, wielkie paprocie i ogromne rozrośnięte mchy zwisające z drzew. Maszerujemy z małymi plecakami, w sandałkach, prostą i wygodną ścieżką. Popijamy wodę, gawędzimy, a na środku ścieżki spotykamy małego kameleona. Robimy zdjęcia kwiatkom i bardziej przypomina to spacer niż treking wysokogórski. Dzisiaj spotkaliśmy 4 kolegów z Polski. Po drodze mijają nas tragarze. Niosą wszystko: przenośne toalety, namioty mesy, garnki, szklanki, świece no i oczywiście nasze bagaże. Pierwszy kemping kompletnie nas zaskakuje. Jest kilka toalet, dom, w którym musimy się podpisać i namioty jak okiem sięgnąć. Mnóstwo ludzi i bzyczy tu jak w ulu. Na każde dwie osoby przypada dwóch przewodników, kucharz i kelner oraz co najmniej 6 porterów (z nami było łącznie 10 osób: Junia, Lameck, Michael, Hemedy, Ewara, Yona, Denis, Panga, Victa, Yonna i Michael). To dlatego kiedy przychodzimy namioty są już rozbite, a nas czeka miska z ciepłą wodą i mydełko. No świetnie, ale gdzie my jesteśmy? Jeśli liczycie na hardcorowe podejścia, wspinaczkę i/lub romantyczne wieczory to na pewno nie tutaj! Chociaż widok na szczyt jest całkiem ładny.
Na obiad dostajemy zupę ogórkową - mamy stół i obrus! Następnie pięknie ułożone na tacy wjeżdżają rybki z zapiekanymi ziemniakami, sałatka z pysznym dressingiem, a na deser dojrzałe avocado. Nasz kucharz o wdzięcznym i wpadającym w ucho imieniu Panga jest mistrzem kuchni!

Dzień 2: Shira Camp - 3845m. Czas przejścia 8:00 - 13:30 [5,5 godziny]
To najdziwniejszy trek na jakim byłam! Dzisiaj droga zdecydowanie nie na sandały. Przyroda zabójczo piękna - jest wspaniale. Widzieliśmy kilka małych tanzańskich myszek z paskami na grzbiecie, a lunch jadł z nami mój rafiki - czarny ptak, taki krukowaty siedział mi za głową, skrzeczał i czekał tylko na resztki kurczaka z mojego lunch boxa. Shira Camp to wielkie pole namiotowe, a podobno mamy szczęście i to nawet nie połowa tego co tu może być! Kibelek to taka spora chałupka z wykafelkowanymi kabinami - no wielka kultura jak na tę wysokość! Siedzimy w naszym namiocie - mesie i cieszymy się, że przyszliśmy przed deszczem. Najbardziej przydatną rzeczą, którą tu zabrałam, jak do tej pory są koreczki do uszu :). Bartka dziś bolała głowa - na 6. No i niestety jest dość zimno, za to obiady pycha - dzisiaj mamy wołowinę z warzywami, a na deser... MANGO!

Dzień 3: Barranco Camp - 3960m . Czas przejścia 8:15 - 15:00 [6,45 godziny]
Nie wiem która nad ranem, w obozie cisza jak makiem zasiał. Nad nami piękne rozgwieżdżone niebo i imponujący widok na ośnieżone Kili (wiem, bo wyszłam do kibelka). Przeszliśmy dziś przez Lover Tower 4640m, najpierw padał deszcz, potem grad i śnieg. Schodziliśmy po ośnieżonym, błotnym wodospadzie kompletnie przemoczeni. Nasze kurteczki nie dają rady takiej ilości wody przez tyle godzin. Do obozu przyszliśmy wyczerpani - jak na taką komercję jest to jednak niezłe wyzwanie - nie kondycyjne, ale wydolnościowe. Miałam potworny ból głowy, a potem zaczęły się wymioty, ale saturacja u mnie była dobra 95%, a u Bartka słaba 75% i mam nadzieję, że mu nie spada. Dalsza wspinaczka stanęła pod znakiem zapytania. Na szczęście teraz czuję, że jutro jednak pójdziemy wyżej! Możemy teraz iść na 4800 i jutro od razu atakować szczyt (taka jest propozycja przewodników), albo poddać się dalszej aklimatyzacji na tej samej wysokości. Zdecydujemy rano.
Victor (kelner - pomocnik kucharza) zmartwił się bardzo, że zachorowałam i mówił mi "womiti normal here - tomorrow better - don't worry - be free" i miał rację. Wymiotowało pół obozu, od czego wcale nie zrobiło mi się lepiej. Wszystko przemokło i teraz się suszy - część na nas, część rozwieszona gdzie się dało, najgorzej z rękawicami. Poza tym jest bardzo zimno. Kilimandżaro chyba próbuje nas odstraszyć, skutecznie, bo dziś po raz pierwszy pomyślałam: "a na co mi to potrzebne"...
Na obiad Bartek jadł spaghetti (makaron kolanka), a na deser był ananas, a ja jadłam owsiankę i... po chwili drugą owsiankę, bo pierwsza mi uciekła :D

Dzień 4: Karanga Camp - 4035m . Czas przejścia 8:30 - 12:30 [4 godziny]
Dziś jest nieźle chociaż rano Baranco wall wyglądała jak nie do przejścia. Jeśli natomiast mijają Cię setki porterów, którzy niosą ciężkie bagaże na głowach lub na szyi to nie wypada jęczeć, że jest jedna ściana do przejścia i uścisk Kilimandżaro do pokonania. Niestety końcówka trasy też jest "pod górkę", ale tam poganiani zapowiedzią deszczu byliśmy bardzo szybcy :) Przewodnicy namawiali nas żeby jednak iść dalej i wyżej , ale Mzungu jest dziś zbyt zmęczone. Czekamy na lunch, głowa nie boli, a ja pierwszy raz w życiu ogoliłam nogi na 4000m :). Nad płaskowyżem przelewają się gromy, burza z gradem i piorunami od czterech godzin, podziwiam tych którzy jeszcze dziś dotrą do Barafu, ale też tym biedakom współczuję! Po drodze mijaliśmy nawisy zastygłej lawy, pod nimi jaskinie z bujną roślinnością. Wilgoć jest tu w każdej dziurze. Kiedy mgła opada, a czasem na chwilę wychodzi słońce, obóz od razu odżywa. Ludzie wychodzą z namiotów, a z chmur wyłania się szczyt Kilimandżaro. Masyw tej góry jest aż przerażający...
Zabijamy czas leżąc, śpiąc, albo grając w sudoku (przepisałam sobie z telefonu, bo oszczędzam baterie). Padało całe popołudnie, a teraz jest taka mgła, że myślałam, że nie trafię z kibelka - całkiem serio!

Dzień 5: Barafu Camp - 4640m . Czas przejścia 8:15 - 11:45 [3,5 godziny]
Jeden z naszych porterów musiał się dziś z nami pożegnać i zejść na dół - miał problemy z sercem. Ruszamy, więc w pomniejszonym składzie. Przed nami wije się wysokogórska ścieżka zapełniona kolorowymi punktami. Turyści, przewodnicy, a nawet porterzy suną do przodu noga za nogą. Wdech - wydech, wdech - wydech. Pole - Pole Kilimandżaro... Z mgieł wyłania się górski masyw pokryty jęzorami lodowca. To już tak blisko, a jednak przerażająco daleko. Ludzie wymiotują na trasie, a niektórzy nie mają siły chować się żeby zrobić siusiu - ciężko jest chyba każdemu. Podobno to przez pogodę. Nam się udało przyjść przed deszczem, ale jeszcze pół godziny i byłoby kiepsko. Siedzimy w namiocie mesie, bo cały czas leje. Na obiad była zupa grzybowa i ziemniaki z warzywami. Tymczasem wszystko mamy suche, jesteśmy zwarci i gotowi i w sumie to moglibyśmy już wychodzić!
Na tej wysokości jesteśmy od 6 godzin. Faktycznie ciężko się tu oddycha. Sporo śpimy, bo atak szczytowy dziś w nocy i trzeba odpocząć, ale budzimy się często - nie można spać na boku, ani z głową w śpiworze, bo brakuje tlenu. Oby pogoda się nie zmieniła na gorszą, dzisiaj wieje i oczywiście pada :) Na obiad zjadam górę makaronu, dobre jedzenie pomoże nam pokonać tę śnieżną, niedostępną piękność, skrywającą się w woalu mgieł. Najwyższa wolnostojąca góra świata - dach Afryki - czynny wulkan / te nazwy mnie osłabiają! Kiedy na chwilę się wypogadza licytujemy się z innymi turystami, o której kto wychodzi. O 18:00 nadchodzi czas do spania. Za cienką ścianką namiotu ściana mgły - Lala Salama może za parę godzin będzie lepiej?

Dzień 6: Summit Day - Uhuru Peak - 5895m. Czas przejścia 23:30 - 17:00 [17,5 godziny]
1255m w górę i 4265m w dół i omijamy dzień 7 oraz Mweka Camp 3100m!

No i oczywiście zaspaliśmy! O 23:00 budzi nas Victor "Hello, water to wash" - kompletna abstrakcja - chwilę później poły namiotu rozchylają się i na tacy wjeżdża przed nos gorąca herbata i ciasteczka. Nie mogę jeść, ale wiem, że za parę godzin będę głodna, pakuję więc mnóstwo ciastek do kieszeni, a do termosu wsypuję potężną dawkę cukru. Wychodzimy spóźnieni o pół godziny - w Barafu hut nikt nie śpi :) Koledzy z Polski i Kate wyprzedzają nas i po chwili łączą się ze światełkami czołówek poruszających się rytmicznie na stoku. Idziemy wielką grupą, noga za nogą i chyba tylko przewodnikom jest komfortowo. Wspinamy się dość szybko, na tyle że tempo wydaje się być zabójcze dla organizmu pozbawionego odpowiedniej ilości tlenu. Kiedy jednak przystaję by złapać głęboki wdech, widzę w jak ślimaczym tempie poruszamy się do przodu. Pogoda jest świetna, nie ma wiatru, a przejrzystość jest tak dobra, że doskonale widzimy światła Moshi. Jest bardzo zimno. Nasi przewodnicy idą bez plecaków - nie zabrali nawet wody na 11 godziną wyprawę - tak robią chyba tylko zawodowcy ;) Po pierwszych 5 godzinach zaczynamy dostrzegać niedostępność tej góry. Co z tego, że ścieżka jest szeroka i nie trzeba się wspinać? Śnieg skrzypi pod nogami, mróz sprawia, że wszystko skrzy dookoła, a ludzie zataczają się i potykają na prostej drodze. Widzimy kobietę, która wymiotuje podtrzymywana przez dwóch przewodników. Jest w strasznym stanie, a upiorności dodaje jej biała kurtka oświetlona bladym światłem czołówek. Mówią jej, że jest chora i musi zejść na dół, ale ona znajduje w sobie dość mocy żeby wskazać w kierunku szczytu i złowieszczo wyszeptać: "No! I'm going there". Widok jest naprawdę przerażający. Wleczone,półprzytomne zwłoki ostatecznie docierają na szczyt. Dokładnie o 5:17 docieramy do Stella Point. Jest ciemno. Kilka osób podchodzi by nam pogratulować: You made it! - krzyczą i przytulają się szczęśliwi. Ale dla nas to jeszcze nie koniec. Żeby zdobyć najwyższy Peak musimy przejść cały krater, a do wschodu słońca już niedaleko. Jest coraz zimniej. Zamarzają nam rurki od camel bag-ów. Zmęczone płuca odmawiają współpracy po prawie 6 godzinach powolnego marszu. Ja czuję się bardzo dobrze, boli mnie tylko w klatce piersiowej. Dostaję pochwałę od naszego małomównego przewodnika: Jesteś silna jak Simba - mówi z uznaniem, ale ja wiem, że na tej wysokości nie ma żadnych reguł. Równo o 6:00 stajemy w najwyższym punkcie Kilimandżaro. Różowo oświetlony lodowiec powoli ginie w przenikliwej mgle - żadnych widoków ze szczytu, ale to już nikomu nie przeszkadza. Ludzie ściskają się serdecznie i każdy każdemu składa gratulacje. Dokonaliśmy tego, a każdego kosztowało to tyle samo wysiłku! Niezwykłe jest to, że na szczycie znamy niemal każdą osobę - wychodziliśmy razem przez tyle dni, spotykaliśmy się w kolejnych obozach, a teraz dzielimy się radością, że się udało, że to już koniec i wyżej już iść nie trzeba. Kiedy tak gratulujemy sobie nawzajem ogarnia mnie takie wzruszenie, że zaczynam płakać, sama nie wiem czemu. Niespodziewanie okazuje się, że jest to jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu. Nawet dziś kiedy to piszę szklą mi się oczy :)
Droga powrotna jest ekstazą! Nam się udało i adrenalina krąży we krwi. Pozdrawiamy i dopingujemy nadchodzących ludzi, wyczerpanych, ale wciąż idących do przodu. Niektórzy wyglądają jak Zombie - doświetleni jasnością poranka, powłóczą ledwo nogami, usta sine, palce sine, kiwają się na boki, a wzrok mają lekko błędny, półprzytomny i tylko ręce mają wzdłuż ciała, a nie wyciągnięte przed siebie. Nie ma w tym nic śmiesznego - przecież my też tak wyglądamy!
Do Barafu docieramy o 8:30 - teraz czas mija szybko. Jemy lunch i postanawiamy schodzić niżej. Pogoda pogarsza się i już wiemy, że za 3 godziny znów zacznie padać. Ruszamy o 10:05, Millenium Camp mijamy ok.12, a do Mweki docieramy o 13:00. Zmęczone nogi wreszcie wyskakują z butów, a włożenie lekkich sandałów sprawia, że niemal zapominam jak bardzo bolą mnie stopy. Leje. Wszystko mamy przemoczone, a kemping tonie w błocie. Jemy lunch i postanawiamy schodzić dalej. Przy życiu trzyma mnie myśl o gorącej kąpieli i wielkim, bardzo wygodnym i suchym hotelowym łóżku! Równo o 17:00 wpisujemy się w Mweka Gate i odbieramy nasze certyfikaty. Kierownik Parku składa nam gratulacje i mówi, że niewielu tu wchodzi Polaków, informujemy więc uprzejmie, że jutro będzie o 4 więcej! Do hotelu docieramy o 20:00 witani przez Kierownika, Managera i Kochaną Panią Kelnerkę ze świeżymi sokami z Mango - Dziękujemy Meru Slopes!

05 kwietnia 2015

Być Piratem... karaibskie nurkowanie z katamaranu

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest pływać katamaranem dwa tygodnie w 11 osób? Katamarany są dość luksusowe. W pływakach mają osobne kajuty z prywatnymi łazienkami (są dość małe i w zasadzie można jednocześnie siedzieć na kibelku, myć zęby i brać prysznic, ale za to zawsze jest ciepła woda!), a koja jest wygodnym najczęściej dwuosobowym materacem. Do dyspozycji załogi jest mała kuchnia i całkiem spora jadalnia, wygodne siedzenia na zewnątrz, no i oczywiście siatka z przodu. Jeśli nas znuży towarzystwo - a jest to raczej niemożliwe - to możemy się zaszyć głęboko i kontemplować w samotności.

Góra, dół. Góra, dół. W bok, w bok. Rozbujany błędnik pewnie by na to nie pozwolił, ale zwierzęcy instynkt prowadzi mnie prosto do toalety. Chwila ulgi, by znów wdrapać się na koję z jedną tylko myślą: 'Boże! Kiedy to się skończy?!
Żeglowanie bez choroby morskiej? Nonsens...

Czym jednak jest taka chwila zwątpienia w porównaniu z tym wszechogarniającym szczęściem żeglowania na długiej, wysokiej fali opromienionej popołudniowym słońcem?

Na horyzoncie majaczą kolejne wyspy, głuptaki nurkują przy burcie, a kurz po zostawionych w kraju, niezałatwionych wielu sprawach powoli opada. Za kołem sterowym jest tylko tu i teraz. Ciepłe słońce i wiatr, który wywiewa pracową codzienność. Skrzypiący miarowo żagiel jak mantra wprowadza w stan niczym nieskrępowanej wolności, możliwości nic nie robienia. I to są wakacje! Każdego dnia inne miejsce nurkowe i piękna plaża. Wieczorami wytrawni Piraci napadają najbliższą wyspę łupiąc głównie kawę, świeże soki i oczywiście rum punch.


Informacje ciekawe i niczym nie potwierdzone:
Na Karaibach wciąż leniwie płynie czas i wygląda jakby od wieków nic się tu nie zmieniło. Nie ma już jednak Bukanierów - grilla lubiących piratów, którzy zostali oficjalnie zatrudnieni do nękania hiszpańskich statków. Brytyjczycy w XVIIw. wydali im specjalne pozwolenie na legalne grasowanie po Morzu Karaibskim. To właśnie ci krwawi i okrutni morscy rozbójnicy zainspirowali scenarzystów Piratów z Karaibów. W 2001r., kiedy my byliśmy zajęci własnym ślubem, grupa archeologów podwodnych odnalazła prawdziwy Port Royal u wybrzeży Jamajki (kto by wtedy pomyślał, że i my będziemy podwodnymi archeologami:)). W tawernie wciąż były butelki z rumem i beczki z winem. Piracki port wraz z mieszkańcami pogrzebało tsunami w 1692r. Powszechnie znany z filmu Jack Sparrow jest fikcyjnym bohaterem stylizowanym na gitarzyście Rolling Stones, Keithie Richardsie, ale stał się również marketingowym magnesem turystyki. Odwiedziliśmy zatokę, w której kręcone były sceny z 'Piratów' i muszę przyznać, że było to niezłe przeżycie, ale właściwie w każdym porcie napotkamy drink, plażę czy bar Sparrowa. Najsłynniejszym piratem wszech czasów był piracki król Henry Morgan. Pochodził z Walii i na mocy brytyjskiego listu kaperskiego napadał nie tylko na statki, ale przydarzyło mu się również puścić z dymem kilka hiszpańskich miast. Religijni Hiszpanie uważali go za diabła. Za to Czarnobrody, występujący w Piratach z Karaibów to Kapitan Edward Teach, bezlitosny okrutnik dowodzący statkiem o wdzięcznej nazwie Zemsta Królowej Anny. Bez litości obcinał kobietom palce, jeśli nie dość szybko ściągały pierścionki, na ramieniu nosił sześć nabitych pistoletów, a działa odpalał za pomocą swojej podpalonej wcześniej brody (to ostatnie chyba nieczęsto, bo broda tak szybko nie rośnie, jak szybko się pali).
W każdym razie najlepszym źródłem wiedzy o karaibskich korsarzach jest książka fryzjera, chirurga i medyka bukanierów Alexandra Exquemelin. Pierwszy raz wydana w 1678r. w Holandii, obecnie także po polsku z zachęcającym tytułem: 'Dzienniki piratów. Dzieje kapitana Morgana i bukanierów, ręką naocznego świadka spisane.

Fakty i mity o piratach
Piraci byli bardzo przesądni i jak na wilków morskich przystało najbardziej bali się morskiej otchłani. Uważali, że złoty kolczyk w uchu poprawia wzrok, a przepaskę na jednym oku mieli po to, by szybko ją przełożyć na drugie oko kiedy wchodzili pod ciemny pokład, żeby nie musieć przyzwyczajać oka do zmroku panującego pod pokładem. Ubierali się nie według pirackiej mody, ale w to co złupili i w czym im było wygodnie, dlatego łatwo było poznać pirata po dziwacznym stroju. Ostatnim mitem jest pirat bez nogi czy z hakiem zamiast ręki – nie dość, że w tamtych czasach zabijała niemal każda drobna infekcja, to kalecy piraci jeśli w ogóle pływali na statkach to na pewno nie brali udziału w walce.

A to nasza podróż śladem karaibskich bukanierów z opisem miejsc nurkowych (można sobie powiększyć mapę, po prawej pojawi się lista m-c nurkowych i po wciśnięciu danego miejsca będzie opis): 


Martynika to zamorski departament Francji - czyli jest euro. Wyspa, odkryta przez Kolumba, położona jest w archipelagu Wysp Nawietrznych w Małych Antylach. Miejscowa ludność posługuje się językiem kreolskim. 
Saint Vincent i Grenadyny to część brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Głową państwa jest Królowa Elżbieta  :) Mieszkańcy to w większości potomkowie Afrykanów, zajmują się uprawą bananów, gałki muszkatołowej, bawełny, kakao i batatów. Są też największym na świecie producentem maranty trzcinowej, z której wyrabia się mączkę skrobiową do zagęszczania potraw. Jak wszyscy wyspiarze znają się także na ziołach :))
Saint Lucia to państwo leżące na wyspie o tej samej nazwie, należy również do brytyjskiej Wspólnoty Narodów i za wodza ma Królową. Mają piękną dewizę: Ziemia, Naród, Światło. Pierwotnie St.Lucia była zamieszkiwana przez Karibów, czyli Indian Karaibskich, których populacja zmniejszała się drastycznie wraz z napływem europejskich osadników. Nazwa Karibów czy Karaibów pochodzi z francuskiego i oznacza po prostu kanibali :). Ich potomkowie do dziś przetrwali w nielicznej grupie i zamieszkują m.in. na Dominice. Mam jednak wrażenie, że współcześnie nie uprawiają kanibalizmu?





03 kwietnia 2015

Wiosenne porządki

Pierwszy raz w życiu nie czuje się jak robot do sprzątania - bo mam od tego roboty :)

02 sierpnia 2014

SAGA O ISLANDII. Tam gdzie doba trwa dłużej...

Zainspirowana islandzkimi sagami...

Była sobie raz grupa Dziewięciu. Dwoje z jednego Kórnika śpiących pod jednym granatowym namiotem, Mariusz, syn Wojciecha i Haliny, zwany także jako Piriformis Vöðva i jego wybranka Patrycja córka Stanisława i Ewy, o której mówiono Meistari Maraþon, oboje o silnej woli i niezłomności. Dwoje kolejnych, w partnerstwie których wzajemna miłość przewyższa wzajemne potrzeby, a jedno z dalekiego południowego-wschodu, a drugie z północnego-zachodu zrządzeniem losu spotkali się w Swarzędzu. Mowa tu o Macieju synu Janusza i Doroty, znanym jako Hjól Þjónusta i Dorocie Conqueror á Efst córce Jana i Danuty. Córka Macieja i Ali Sylwia ég Gef álit Mitt, syn Zbigniewa i Jadwigi Paweł Skyndihjálp Kit oraz córka Ryszarda i Ewy Asia Móðir Allra to trzej wytrawni kompanii. Każde z nich inne, lecz połączeni. Jedno pachnidła mające, drugie z wieży, a trzecie roślinność znające, w ten sposób fach swój zdradzili. Ich Troje zajmowało namiot fioletowo-różowy niemal w kolorze purpury. I Dwoje ostatnich opowiadających tę Sagę z perspektywy żółtego namiotu to Bartłomiej Særðir syn Wiktora i Janiny oraz partnerka jego Anna Marabou córka Ryszarda i Hanny. Wszyscy ci zacni rowerzyści wyprawili się do dalekiej Islandii w brzuchu żelaznego potwora, który uniósł także ich nadbagaże. Nie zważając na różnice ich dzielące oraz to, że się dobrze przed wyprawą nie znali, o panujących warunkach wyspiarskich z kpiną myśląc, wyruszyli o świcie w nieznane. Tak zaczęła się ta saga deszczem i potem spływająca, wyjąca wiatrem spychającym do rowu, lecz pięknem otaczającej natury niezapomniana.
Dnia pierwszego miejsca znaleźć sobie nie mogli, z lotniskowej hali przegonieni przez szpetne sprzątające polskiego pochodzenia, które brzydkich wyrazów nadmiernie używając zbudziły ich ze snu płytkiego. Po długim namyśle sprzęt skręcili i w siąpiącym deszczu udali się w stronę Reykjaviku. Była 5 rano, ale ku ich zdziwieniu na świt się nie zanosiło i tak samo jasno było dobę całą, każdego dnia, a noc od dnia poznać można było po wyraźnym ochłodzeniu. Kilka godzin jechali w milczeniu o śnie tylko marząc, a jedynie batony energetyczne zasnąć im nie pozwalały. Mnogość skrzyżowań i rozjazdów na przedmieściach zaskoczyła ich nieco i rozdzielili się przypadkiem, ale w tym mieście wspaniałym jest tylko jedno miejsce, gdzie backpaker-a spotkać się może i tam też się wkrótce odnaleźli, a i na przyszłość postanowili się bardziej pilnować.
Późnym popołudniem posiliwszy się, znacznie zapasy uszczuplając, zażywszy siarką śmierdzącej kąpieli ruszyli na północ w stronę fiordów. Prędkość ich była licha. Po 68 długich kilometrach przodujący Piriformis Vöðva i Meistari Maraþon zostali zawróceni z drogi wprost do pięknej kamienistej zatoki, która wszystkim do gustu przypadła, bo już sił w nogach brakło. Tam pierwszy swój obóz rozbili, rozkoszując się pięknem przyrody i ptaka ugotowali w źródle gorącym, bo takich w dalekiej Islandii podobno nie brakuje.
Następnego dnia deszcz nie opuszczał podróżników, ale padało przelotnie z lekkimi przejaśnieniami. Droga była dobrze utwardzona i jechało się lekko w dół i wolno pod górę. Posuwali się nieśpiesznie niczego nie zwiedzając, bo też i niczego po drodze nie było. Droga w deszczu wlokła się niemiłosiernie, aż w końcu z za zakrętu wyłoniła się stacja. O, ta przerwa w ciepłodającym przybytku z lodami, ciastami i kawą nie zachęciła ich do dalszej podróży... Szybko przewertowawszy mapę zweryfikowali plany i wyznaczyli nowe, bliskie miejsce postoju, takie które zapewniłoby komfort kąpieli. Niestety opuścili znany już sobie szlak i stanęli w obliczu stromego, szutrowego wzniesienia. Bieda ich pełnym brzuchom i zmęczonym mięśniom! Warto jednak było zachodu, bo widok na dolinę był tak wspaniały, że tylko blasku zachodzącego słońca tam brakowało. W oddali ze szczytu wzgórza zobaczyli zagospodarowany teren i z górki na pazurki zjechali w dół trzymając języki za zębami. Równo przystrzyżona trawa, po porzedniej kamienistej nocy, wydała im się luksusem, ale radość długo nie trwała. Gospodarstwo bowiem, nie cierpiało na dostatek wody, a i miejsca na obmycie całego ciała nigdzie nie było. Za to w szopie naprzeciw obozu weselisko się odbywało, ale podróżnikom szczęścia i tym razem brakło. Nie zaproszono ich na zabawę wódką i jadłem częstując, a poproszono jedynie o zmianę miejsca postoju ze względu na planowane hałasy i tańce. Chcąc nie chcąc przenieśli sie przeto bliżej jeziora z niechęcią płacąc za wyznaczone miejsce. Szczęściem opowieści o kosztownym islandzkim życiu okazały się mocno przesadzone, więc stać ich było na noclegi, jedną ucztę i jadło kupione w Bonusie, a nawet na piwo od czasu do czasu. Czwartego dnia rano Piriformis Vöðva i Meistari Maraþon pozostali w obozie, żegnani ze smutkiem i przez dwa dni długie nie byli w tej Sadze. Pozostałych Siedmiu ruszyło w interior, a czyste niebo pozwoliło im w końcu dojrzeć słońce. Cóż jednak za drogę wybrali! Wzniesień bez liku, a droga wyboista i usiana kamieniami większymi od dłoni. Bramy pozamykane otwierać trza było, a następnie zamykać by owce nie uszły. W strumieniach wartkich przyszło im brodzić, a i rowery nie raz stromo pod górę wpychać. Zaczęły się pierwsze bolesne upadki i strome zjazdy po kamieniach. Nic więc dziwnego, że umęczeni po pięciu godzinach jazdy przemierzyli jedynie 37km z prędkością 8,1km/h. W Icelanderach napotkanych podziw i entuzjazm wzbudzali, a raz nawet pod koniec dnia z okna czterokołowca dłoń się wynurzyła i słodkie cudowne Werthersy otrzymali w darze. 

Obozowisko założyli w miejscu niezwykłym, gdzie na poduchach z mchu ciało ułożyć można było wygodnie podziwiając widok na wspaniały lodowiec Langjökull. Do północy tak siedzieli słońcem, przygodą i rumem upojeni, aż któryś na czas spojrzał i do namiotów swych się rozeszli. I znów ze słońcem niezmiennie wstali gdy już ciepło było i w długą drogę się wybrali. Interior zmieniał się niczym kameleon od poduch mchowych zielenią tchnących do gór skalistych, surowych piachem czarnym przysypanych. Pustkowie otoczyło ich ze wszystkich stron przy ostrym słońcu rażąc swym ogromem. Jedynie słupy elektryczne wszędzie stojące przypominały im o istniejącej, choć nielicznej cywilizacji, bo tylko 320 tysięcy mężnych Icelanderów ziemie te zamieszkuje, w tym wielu polskiego pochodzenia. Po kilku godzinach pośród piasków pustyni widok ukazał im się niezwykły. Słowami tego nazwać nie sposób, bo nic innego na świecie tak nie wygląda jak ta potęga wbijająca się w ląd, która cofa się pozostawiając po sobie pustkę. Lodowiec jest tak potężny i majestatyczny, że wydaje się jakby przed chwilą czarodziejską mocą zastygła uderzająca w ląd monstrualnych rozmiarów fala oceanu. Niebanalny to widok. I niezapomniany. I tak godzin parę jechali wzdłuż tej zamarzniętej lodowej ściany z podziwem, lecz z daleka na jej potęgę spoglądając. Kiedy zmęczeni dotarli w końcu do rzeki, w jej starym korycie rozbić się postanowili, bo sił już więcej nie mieli. Słońce świeciło mocno i nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Nad ranem wiatr wzmógł się w porywach i chmur spędził mrowie. Z każdą godziną wichura przybierała na sile i ziąb się zrobił taki, że nie było już co czekać. Szybko obóz zwinięto i ruszono w dalszą drogę. Przekroczenie pierwszej rzeki przy takiej pogodzie nie było miłą przygodą, ale dwa kolejne brody okazały się kropką nad 'i'. Przemarznięci i przemoczeni nie naradzając się nawet skrócili trasę tak, aby pod ciepłym dachem jak najszybciej się znaleźć. Wiatr dął tak strasznie, że środkiem drogi trzeba było pedałować i na wietrze się opierać jadąc pod skosem, a deszcz siekł bezlitośnie do suchej nitki przemaczając naszych Siedmiu. Kiedy więc wreszcie dotarli do chaty przy złotych wodospadach Gullfoss, z któryś ongiś miała być hydroelektrownia, szczęśliwym okrzykom nie było końca. A krzyczeć widocznie głośno musieli, bo nagle w progu pojawiło się Dwoje i znów przez chwilę Dziewięciu w Sadze było. Tamci zaś szczęśliwi i susi przybyli z kolejnymi Dwoma, których imiona zostały przez czas upływający zatarte. Nacieszyli się więc sobą na czas kawy i ciasta i znów w Sadze pozostało Siedmiu przemoczonych suszących się zawzięcie (i w ukryciu) odkrywając, że suszarki do rąk służą równie dobrze do suszenia wszystkich części mokrej garderoby w tym czapek, rękawic, skarpet, koszul, a nawet butów. Owinąwszy nogi papierem toaletowym i skutecznie je foliując przed włożeniem do mokrych butów, ruszyli z niechęcią w dalszą stronę, a przedtem jednak na souveniry się skusiwszy Bartłomiej Særðir chcąc płacić za zamówione rękawice zagubienie portfela odkrył, który to szczęśliwie przy tym zakupie mu zwrócono. Odtąd jednak przydomek on zmienił i mówiono nań w tej sadze Annars Hugar. Wielka niespodzianka czekała ich tego wieczoru, wpierw Geysirem oczy uraczyli, następnie dla ciała ucztę zdobyli. Przy śpiewach starszyzny miejscowej owcą się uraczyli, a widać Oberżyście do gustu przypadli gdyż ten basen zewnętrzny ciepłą wodą im napełnił i uraczył dostatnio nalewką pyszną z miejscowej rośliny. Tak to wieczór spędzili w parującej wodzie rozgrzewając kości i żołądki z widokiem na góry, a na grzejniku buty się suszyły. Niedługo potem do Þingvellir dojechali tam gdzie płyty tektoniczne pękły i fałszywe opowieści się snuje jakoby to można nurkować dotykając dwóch kontynetów. Tymczasem po prawdzie płyty pękły, lecz oddzielone są od siebie na dystans 7km, nie ma więc człowieka o takiej mocy, który by jednocześnie rękoma ich dwóch dotknął. Wodzie przejżystej i zimnej przesączonej do Silfry z lodowca, a 100lat z okładem to zajmuje, odmówić jednak urody nie można.
Deszcze nieustawały wraz z kończącą się wyprawą, a każdy z Dziewięciu marzył o jeszcze jednym, co osławione na tej wyspie, a spotkać tego do tej pory nie mogli. Przepatrzyli więc mapy i udali się ku zachodowi w poszukiwaniu naturalnych źrodeł gorących. Jakież było ich zdziwienie kiedy nie źródło, lecz całą rzekę taką znaleźli! Woda 40 stopni tuż obok namioty, doborowe towarzystwo i rumu odrobinę, a na domiar szczęścia w małpim gaju porcelanka i nie trzeba się kryć po gęstych krzakach, których na Islandii nieurodzaj i sam na sam ze swoim człowieczeństwem pobyć nie sposób. Po tych kąpielach spali wspaniale, tak że już wczesnym rankiem mimo deszczu wyruszyli w dalszą drogę. Kiedy tak jasno ciągle i tak nie wiadomo na jaką to część dnia akurat przypada. Ostatni dzień powrotu dał im się we znaki, bo tylko Trzech wjechało pod górę o 15% stromiźnie, reszta wpychać musiała. A wzniesień takich solidnych było kilka, droga jednak szybko minęła, bo wjazdy mozolne były, lecz w dół jechało się tak wybornie, że udało się nawet przekroczyć zalecaną prędkość aż o 20km/h. Tak więc do stolicy przybywszy postanowili na deser wielkiego ssaka zobaczyć, którego młode tuż po urodzeniu trzy metry długości liczy, a waży 450kg. I ukazał się im płetwal karłowaty o pięknym imieniu Minke na siódmej, ósmej piętnascie, dziewiątej, jedenastej trzydzieści, osiemnastej i dwudziestej, a także w wielu innych miejscach...
Saga smutno się kończy, bo następnego dnia znów na jedną noc Siedmiu zostało. Ruszyli razem wieczorem późnym, a po godzinach kilku skuszeni pięknie wykoszoną trawą mieli ochotę rozbić się na jednym z 67 pól golfowych, których liczba sprawia, że Islandia jest krajem najbardziej na świecie nasyconym takimi polami. Pojechali jednak do latarnii, a dnia następnego znów ich było Dziewięciu. I tak ruszyli w stronę lotniska i pożegnali się późnym popołudniem. Tym razem w Sadze zostało Dwoje, a Siedmiu ruszyło do domów. 
Marabou i Annars Hugar postanowili spojrzeć jeszcze ukradkiem na to, co Icelanderzy skrywają pod powierzchnią wody. Ocean okazał się dla nich łagodny, a piękno podwodnego świata, mnogość ryb i gęste podwodne lasy zachwyciły ich dusze. Woda zaskoczyła ich przyjemną temperaturą 11 stopni, choć pogoda na powierzchni, do czego zdążyli się przyzwyczić, była deszczowa. Załamała się jednak wieczorem, a w nocy przyszedł ulewny deszcz i zimny wicher znad Grenlandii. Temperatura spadła i rankiem nie było nurkom do śmiechu. W ulewnym deszczu wrócili do Þingvellir, by tam zanurzyć się w dziurze pomiedzy kontynentami, w wodzie o temperaturze 4 stopnii przy wizurze pod wodą od 150 do 300m. Życia tam żadnego nie było ino kamieni kupę, a w jeziorze geotermalnym nurkować się nie dało, bo dęło tak okrutnie, że fale tam były jak na oceanie. Wrócili więc do domu i z łezką w oku zapakowali pojazdy wierne do kartonów. Żadnej sposobności nie mieli, aby wracać inaczej niż transportem miejskim. I tak oto kończy się ta Saga, z myślą jakże wspaniałą, o kolejnej islandzkiej opowieści opiewającej przyszłe przygody Piriformis Vöðva, Meistari Maraþon, Hjól Þjónusta, Conqueror á Efst, ég Gef álit Mitt, Skyndihjálp Kit, Móðir Allra, Særðir vel Annars Hugar i Marabou. 
Powstało to po czasie długim jeszcze jedno wspomnienie. Piriformis Vöðva tak Islandię wspomina:



10 marca 2014

DZIEŃ KOBIETY - DACHSTEIN W NOWYM WYDANIU :)

Wtorek Kraków - Dachstein
Środa Gjaidalm hütte
Czwartek Gjaidalm hütte
Piątek Weisberghaus
Sobota Weisberghaus
Niedziela Hallstatt
Poniedziałek Kraków - Szczecin
Wtorek Poznań
Środa Berlin
Pewnego dnia rano, w śliczny poniedziałek, otwieram oczy i czuję, że po raz pierwszy od wielu miesięcy wszystkie systemy w głowie znów są włączone. Krew buzuje w żyłach, a życiu przywraca się normalne tempo. Ta data powinna zostać w mojej pamięci - ścinam włosy na Hally Berry tak, że najdluże nie mają więcej jak dwa centymetry i uśmiecham się od ucha do ucha. Może zimowe wyjazdy na Dachstein staną się tradycją?



04 lutego 2014

W Lądku z Alexandrą

Glorious weekend? Take a Friend to London :D





18 grudnia 2013

Seyschelles - uśmiech Rasta, gigantyczne żółwie i 25kg pośladki z kokosa

4 stopnie od równika. Katamaran majestatycznie sunie po bezkresnych wodach oceanu indyjskiego. Ci, którzy akurat nie mają wachty leżą leniwie wsłuchani w ciszę, popijając miejscowe mini piwko Eku, przechodzące wieczorem w rum z drzewa Takamaka. Jasne promienie gorącego słońca prześwietlają błękitną wodę. Słychać tylko szum wiatru i skrzypienie masztów. W oddali majaczą granitowe, wulkaniczne wyspy porośnięte pradawnym lasem tropikalnym otoczone wspaniałymi, dziewiczymi plażami pilnie strzeżonymi falą przyboju. Raj? Jeśli tak upiornie gorąco jest w raju to ja się nie wybieram, ale na Seszelach było nieźle...
Archipelag Seszeli jest jednym z najstarszych rejonów świata, a ich geologiczne pochodzenie do dziś nie jest do końca wyjaśnione. Najbardziej przypadła mi do gustu historia łącząca powstanie Seszeli z ogromnym meteorytem, który ok 200 mln lat temu spowodował wyginięcie ponad 90% żyjących gatunków (wielkie wymieranie permskie) i przyczynił się do do pęknięcia subkontynentu indyjskiego. Obecny Madagaskar, Seszele i Indie oderwały się jako osobny blok lądu i wybrały sie w niecodzienną podróż. Nieco później, czyli jakieś 90 mln lat temu od całości odłączył się Madagaskar, a dopiero około 65 mln lat temu od zachodnich wybrzeży Indii oderwały się Seszele. Wówczas to ogromny fragment lądu o powierzchni nieco większej niż obszar współczesnej Polski, jako nowy mikrokontynent rozpoczął przemieszczanie na zachód. Potem większość zatonęła i to co obecnie nazywamy wyspami to jedynie wierzchołki najwyższych gór granitowego bloku o powierzchni ok.40tys km2 powstałego z materiału wyrzuconego z głębi ziemi ok. 750 mln lat temu, przypuszczalnie gdzieś w okolicach bieguna południowego. Zważywszy na obecny klimat historia potrafi być przewrotna... Za to ze względu na długą izolację (ludzka stopa, arabska zresztą, dotarła tam dopiero w Xw. n.e.) wyspiarze mogą pochwalić się kilkoma unikalnymi gatunkami fauny i flory. Cudem ocalałe od całkowitego wyginięcia w żołądkach pierwszych osadników - żółwie olbrzymie - traktowane dawniej jak żywe konserwy. Niesamowite stworzenia, niczym kanciaste pieski, wydaje się, że lubią towarzystwo ludzi, szczególnie kiedy gładzi się ich delikatne, długie na pół metra szyje, czarne papugi, niebieskie gołębie i w końcu godło seszeli - Coco de Mer kokosy w kształce pośladków :).  Całkiem zgrabne te pośladki - z resztą istnieje taka hmmm... legenda, że podczas sztormowych nocy palmy coco de mer- yyy... kopulują :) To ze względu na fakt, że nasiona (czyli pośladki właściwe) są zapylane kwiatami w kształcie... fallusa, które po zakwitnięciu mają zapach uryny, ale to już sobie obejrzycie na zdjęciach - znaczy kształty, a zapach - polecam wyobraźni :))
Seszele do tanich nie należą. nurkowanie jest drogie, a hotele drogie upiornie. Żywność w sklepach tak sobie, ale zdecydowanie brakuje warzyw. Po Mahe można się poruszać autobusami przejazd mniej więcej za jakieś 5 rupii seszelskich. Żeby zwiedzać wyspy trzeba płacić za możliwość zejścia na ląd ok.20-25 euro. Żeby popływać na rafie (a wizura raczej średnia z tendencją do mętnej i meduzowo-kwitnącej) trzeba zapłacić kolejne 15-20 euro, bo niemal wszędzie są parki narodowe. Spanie na dziko raczej odpada, ale poza ofertą Lonley na miejscu można też znaleźć ofertę agroturystyczną. La Digue - nasza ulubiona wyspę - należy zwiedzać na rowerze - wypożyczenie na cały dzień to 150 rupii - niewygórowana cena, za wspaniałą przygodę, a wieczorem koniecznie jakaś knajpka i pyszne kreolskie jedzenie. Najpiękniejsza i najbardziej dzika z wysp wewnętrznych jest Silhouette - z jedynym hotelem o cenach tak bajońskich, że już sam pobyt tam może onieśmielać. Najlepszą miejscówką jest jednak własny kawałek łajby i nocleg gdzieś pod niebem oświetlonym Pasem Oriona, przy kolejnej wyspie zamieszkałej jedynie przez dzikie ptactwo. Taki nasz załogowy Alcatraz...

Czas oczekiwania w Addis Abebie przekraczał 15 godzin i chociaż byliśmy w pełni przygotowani do spania na lotnisku to etiopskie linie lotnicze sprawiły nam niespodziankę w postaci voucherów na nocleg oraz posiłki w stolicy Etiopii - ech smak tej wspaniałej kawy...

10 sierpnia 2013

POŻARŁAM ŻUBRA W BIAŁOWIEŻY Z DREZYNIARZAMI


Są przygody, których nie da się opisać.  Takie, których smaku nie zapomnia się nigdy i trzeba je przeżyć wszystkimi zmysłami. Pod nocnym niebem, zanurzeni w smutnej historii romanowów piliśmy wino, wsłuchani w ciszę puszczy. Zapatrzeni w nisko wiszące gwiazdy rozmyślaliśmy o wszystkim i o niczym. Takie niebo pamiętam z dzieciństwa - wtedy nie było jeszcze tak rozbuchanej cywilizacji, albo była reglamentacja prądu ;). Jadaliśmy po carsku i mknęliśmy po torach ciągnąc za sobą ręczną drezynę kolegów z Białowieży. Ballada o drezynie zaczęła sie 10 lat temu - pisały o tym gazety! Żeby nią jeździć trzeba mieć fantazję - mówili młodzi - gniewni Klaudek, Grześ i Tomek - to sport dla prawdziwych mężczyzn z dzikiego zachodu! Historia kołem się toczy i tak po 10 latach i my trochę przypadkiem mogliśmy uczestniczyć w rocznicy pierwszego szlifowania szyn i łyknąć zdrowym, pełnym haustem tego 'tajemniczego świata dawno zapomnianej kolejki wąskotorowej'. 

Historia drezyny - czyli jak powstało to cacko i które tory zostały rozdziewiczone po latach.
Zdjecia i filmik autorstwa Drezyniarzy z Krakowa




13 lutego 2013

MALEDIWY - RESTRYKCYJNE PAWIE OCZKA

Tysiące kryli wirujących w szalonym tańcu wokół światła mojej podwodnej latarki. Takie sceny zapadają na zawsze w pamięć. Kryle wabione ostrym światłem podpływają jak najbliżej, tłoczą się w tym niewielkim polu odbijając od wszystkiego co stanowi przeszkodę, od latarki, mojej twarzy i rąk. Z ogromnym zdziwieniem przyglądam się różnorodności tych maleńkich istotek. Jest wczesny wieczór. Pewnie do jutra połowa z nich zostanie pożarta... Nie tylko życie podwodne jest tu zadziwiające. Legenda głosi, że pewnej nocy do wód Oceanu Indyjskiego spadł deszcz gwiazd. O świcie część z nich wypłynęła na powierzchnię, tworząc archipelag Malediwów. Prawda jest trochę mniej romantyczna - atole są stworzone z milionów obumarłych polipów, których wapienne szkielety tworzą zwartą strukturę, a w wyniku erozji powstaje śliczny, bialutki piasek, na którym może już rozwijać się wspaniała, tropikalna roślinność znana ze zdjęć na naszym pulpicie ;).
Archipelag Malediwów zasiedlili w V wieku n.e. osadnicy buddyjscy. Współcześni mieszkańcy Malediwów posługują się jezykiem Dhivehi. Pismo, jakiego używają, nazywa się thaana, powstało w XVI wieku i odczytuje się je od strony prawej do lewej. W alfabecie są 24 litery. Republika Malediwów składa się z 26 atoli i 1200 wysp. Tylko 200 z nich jest zamieszkanych, a jedyne 90 ma pozwolenie na przyjmowanie turystów. Rząd Republiki Malediwów skutecznie izoluje turystów od lokalnej społeczności, przewożąc ich na wybrane wyspy, które wcześniej otrzymały pozwolenie na prowadzenie działalności. Nie ma możliwości samodzielnego poruszania się po kraju, a na innych wyspach, niż resortowe można przebywać tylko do godziny 18 - przynajmniej oficjalnie, nie próbowaliśmy tego sprawdzać. Na niespełna 300 km2 lądu mieszka 300 tysięcy ludzi. Oficjalnie wszyscy z nich to muzułmanie. Jako jedyny kraj na całym świecie, Malediwy żądają oficjalnie od wszystkich swoich obywateli wyznawanie islamu, w przeciwnym razie traci się obywatelstwo. Od ponad 10 lat Malediwy to jedno z pierwszych miejsc na Światowym Indeksie Prześladowań Open Doors (w 2011 było to 6 miejsce). Poza tym nie wolno do kraju wwozić alkoholu, wołowiny, a także symboli religijnych - w tym biblii, która jest surowo zakazana. Turyści złapani na próbach przemytu muszą jedynie zostawić zakazane towary w depozycie i odebrać je przy wyjeździe.  
Malediwy to raj turystyczny, ale mieszkańcom wcale nie jest tu tak wesoło. Kiedy w lutym 2012r. dokonano zamachu stanu, nowy rząd wprowadził zakaz prowadzenia salonów spa i masażu, które miały być według rządu przykrywką dla nierządu. Szybko jednak wycofano się z tej decyzji bowiem... spadły przychody z głównego źródła utrzymania. Gospodarka Malediwów oparta jest na turystyce (w 2011r. dochody z turystyki stanowiły aż 30% wartość PKB), i rybołówstwie (głównie tuńczyk). Uprawia się tu palmy kokosowe, drzewa chlebowe i banany, ale właściwie na własny użytek. Przemysł jest bardzo słabo rozwinięty. Kolejnym problemem są śmieci. W zasadzie nie ma ich gdzie składować. Stworzono nawet rajską wyspę śmieciową, ale ta szybko została zapełniona. Śmieci przewozi się na Sri Lankę.
 
MALEDIWSCY UCHODŹCY KLIMATYCZNI 
Malediwy leżą zaledwie dwa metry ponad powierzchnią poziomu morza. Przeciętna wysokość nad poziom morza liczona jest tu dosłownie w centymetrach. Republika w przeciągu 100 najbliższych lat może podzielić losy Atlantydy i na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Wszystko to za sprawą globalnego ocieplenia. W 2009r. prezydent Mohamed Nasheed wraz z 12 ministrami podpisali dokument wzywający do zmniejszenia na całym świecie emisji związków węgla do atmosfery. Nie byłoby by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że zrobili to na głębokości 6 metrów pod wodą. Towarzyszyły im ekipy telewizyjne z całego świata, ponieważ ten happening zorganizowano na miesiąc przed wielkim, światowym szczytem klimatycznym w Kopenhadze.

Male jest chronione przez mur-zaporę zbudowaną przez Japończyków, ale takich murów nie da się zbudować wokół wszystkich wysp i atoli. Dlatego, co jest absolutnie wyjątkowe - rząd szuka nowego terytorium dla swoich obywateli. Toczą się rozmowy ze Sri Lanką i Australią o przeniesieniu całej Republiki w inne miejsce ;).
Powiedzenie: 'byłem na Malediwach' przestanie więc być takie oczywiste...

14 kwietnia 2012

BULA FIJI - WYSPY LENIWYCH KANIBALI

Myślicie, że Fiji jest daleko? Podróż zajmuje dokładnie tyle samo czasu co przejazd pociągiem z Krakowa do Szczecina i z powrotem ;) Milion km2 raju... 322 wyspy otoczone błękitnymi lagunami z krystalicznie czystą i ciepłą wodą, rafy koralowe, lasy tropikalne, palmy na pustych, malowniczych plażach, a wszystko to po drugiej stronie globusa. Tyle, że tacy backpakers jak my nie mają tam czego szukać, ale o tym za chwilę... Fiji to przede wszystkim wspaniali ludzie. Dobrzy, mili i wiecznie uśmiechnięci. Pozdrawiają się nawzajem i śpiewają, dla nich słowo problem czy pośpiech to tylko jedne z wyrażeń w słowniku. Monteskiusz twierdził, że ludzie żyjący w ciepłym klimacie są bardziej leniwi. Na Fiji jest upalnie! Mają tu nawet takie określenie 'Fiji Time'. Oznacza dosłownie wszystko. Zapomnieli po Ciebie przypłynąć łodzią, a Ty masz samolot za dwie godziny - Fiji time! Umawiasz się na nurkowanie o 7 rano, bo później w Oceanie są prądy, ale i tak wypływasz o 10 - Fiji Time! Chciałbyś popłynąć na ryby o 15, ale o 17 dowiadujesz się, że znowu nie ma łodzi - Fiji Time! Tutaj naprawdę można się maksymalnie wyluzować, albo zginąć. Planowanie na nic się nie zda, ale na spontaniczność też nie ma co liczyć. I choć na Fiji nie ma już kanibali to i tak obedrą Cię ze skóry. Powiedzmy to sobie szczerze - przez cały wyjazd czuliśmy się jak ubodzy krewni królika ;). Wybieraliśmy najtańsze miejsca, a i tak (jak dla nas) było tam ekstremalnie drogo. Warunki mieszkaniowe też nie jak z bajki, więc po zapłaceniu haraczu pozostawało już tylko cieszyć się rajską plażą i wolnością. Jeśli chcecie jechać na Fiji to najpierw kupcie przewodnik, później posprawdzajcie blogi najlepiej nowozelandzkie lub australijskie, wybierzcie miejsca, wstępnie zarezerwujcie noclegi (mimo cen, wcale nie tak łatwo o wolne miejsca), negocjujcie ceny (szczególnie poza sezonem), a później już możecie spokojnie jechać, nie mając jednak gwarancji, że wszystko się uda - Fiji time! My dla ułatwienia skorzystaliśmy z agencji na lotnisku i... kupiliśmy coś czego nie ma na wyspie, na której i tak już musieliśmy zostać. Zamiast romantycznej bury na plaży, dostaliśmy pokój z oknem do wnętrza baru. Oglądaliście najnowszą reklamę skittles? Jeśli nie to polecam, bo my już pierwszego dnia poczuliśmy się wydojeni jak żyrafa - na kolorowo ;) NURKOWANIE Z REKINAMI Myślałam, że najpierw poczuję lekkie drżenie w żołądku, które chwilę później przerodzi się w falę tsunami i niszcząc wszystko po drodze uderzy do mózgu rozbijając wszystkie myśli na tysiące drobnych iskierek, że każda komórka będzie krzyczeć w euforii zdarzeń, a wszystko to stanie się w spokojnych wodach Pacyfiku, ale nikt mi wcześniej nie powiedział, że rekiny są takie piękne... Nie mają nic z bezmyślnego, brutalnego zabójcy. Są wspaniałe. Wielkie i ciężkie - szybkie jak błyskawica. Poruszają się z gracją i zmienia im się wyraz mordki w zależności od sytuacji - są... jak pieski ;). No trochę, jak zabójcze pieski z wielkimi zębiskami, ale jak się ich nie drażni to nie ugryzą! Jak nurkowanie z rekinami to tylko z Beqa Adventures Diviers. Równie drogo jak gdzie indziej, ale bardzo profesjonalnie. Nurkowanie na Fiji jest tak drogie jak wszystko inne - przeciętna cena za dwa nury to 200F$ (czyli mniej więcej 400zł.). Wypożyczenie sprzętu 10F$ czyli raczej się nie opłaca dźwigać własnego - poza tym regulatory mają końcówkę INT. Woda nawet na 30m ma 30 stopni, więc pianki tylko dla prawdziwych zmarźlaków.

26 lutego 2012

SPECJALIZACJA PODLODOWA, ZJAZD Z RYSIANKI, A WYPADKI ZDARZAJĄ SIĘ W DOMU...

Szalony tydzień. Jakby każdy był taki to zostalibyśmy sportowcami roku. Zaczęło się niewinnie od powrotu z Włoch, potem był Kasprowy w ciemności. Zaraz po Kasprowym wykorzystaliśmy niemal ostatni moment na zrobienie specjalizacji podlodowej ;))

W międzyczasie skatowaliśmy się filmem 'w ciemności', który w wielkim skrócie nazwę dość surowym, ale przy okazji odkryliśmy gazówki w Sukiennicach:

W piątek mimo wiatru i brzydkiej pogody ruszyliśmy na Rysiankę. Było wietrznie i chłodno, ale załapaliśmy się na cudowny zachód słońca. I obyłoby się bez przygód, gdyby nie to, że teraz w schroniskach coraz częściej mają sauny (i kto to widział?!). Oczywiście zdecydowaliśmy się na atrakcję wieczoru i przy pierwszym wyjściu z pod prysznica wygrzmociłam się tak szpetnie, że nie tylko stłukłam kolano na kwaśne jabłko, to jeszcze ubiłam sobie brodę i kawałek zęba!!! Utłukł mi się przedni kieł - ten najbardziej wystający i czeka mnie wizyta u dentysty ;(( Na szczęście kolanem zajął się Goprowiec, ale po całonocnych okładach z lodu rano i tak bolało, więc początkowo zamiast zjazdu na nartach miałam mieć atrakcję w postaci zjazdu skuterem śnieżnym - niestety taka przyjemność kosztuje stówkę, więc... zjechaliśmy niebieskim szlakiem i... było BOSKO!!! Śnieg lekko mokry, ale każdy z nas robił własny ślad. Śmigaliśmy między drzewami, aż miło i niech mi ktoś jeszcze powie, że narciarstwo jest urazowe, to mu każę chodzić do sauny w kasku!

08 maja 2011

Jak było w tej Wenezueli?

Wenezuela jest jak piękna kobieta. Zmienna i pociągająca zarazem. Pręży się niczym kotka, ale niespiesznie pozwala odkrywać swoje wdzięki. Kusi zmysłowo i długo trzyma w niepewności dając odprawę niecierpliwym. Niezrażonych jej tajemnicami nagradza niezapomnianym pocałunkiem przygody w rytm salsy i reagge tonu.
To jak było w tej Wenezueli? Fajnie... najprostsza odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy. Chwilę później myślę, że przecież nam się wszędzie podoba...

Jeszcze przed lądowaniem czułam lekki niepokój. Tyle się słyszy o niebezpieczeństwach czyhających na turystę. Fora aż kipią od przestróg - nie wychodzić z lotniska nocą, nie wsiadać do nieoznakowanych taksówek, z nikim obcym nie rozmawiać, uważać na bagaże itp. itd. I jeszcze ta wymiana pieniędzy, jak w Prl-u tyle, że myśmy tak nie wymieniali 'u cinkciarza', bo byliśmy za młodzi. W końcu i tak się zdecydowaliśmy, bo przecież oficjalny kurs bolivara do dolara w kantorze to 4 z kawałkiem - u pracowników lotniska wymieniamy po 8. Chętnych do wymiany kasy nie brakuje, ale jak się człowiek wychował na 'Wielkim Szu' to woli być ostrożny - licho wie, jak taki bolivar ma wyglądać, a mundurowi zawsze wzbudzali większe zaufanie. W Caracas nie wychodzimy z hotelu - może to zbyt duża ostrożność, ale jak się zmierzcha, a na zwiedzanie i tak nie ma czasu to po co się błąkać bez sensu po ulicy i szukać guza? Reasumując Wenezuela nie jest niebezpieczna, ale trzeba przestrzegać zasad. W Caracas nawet miejscowi nie wychodzą po zmroku. Kłódka do pokoju i stalowa siatka na bagaż przyda się jak w każdym kraju, jakaś sprytna skrytka na dolary w plecaku może nas uchronić przed konfiskatą w razie kontroli, a nie obnoszenie się z fajnym sprzętem fotograficznym przed jego przypadkowym zaginięciem. W każdym miasteczku mówiono nam czy i gdzie można się powłóczyć po nocy i oczywiście jak wszędzie podczas włóczenia paszport trzymamy przy sobie w bezpiecznym miejscu i nie zabieramy wszystkiej kasy. Chociaż wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Chavez jest niezbyt popularny, to trzeba pamiętać, że zbyt dobitne wyrażanie opinii politycznych może delikatnie mówiąc, być niemile widziane. Warto więc skorzystać z zasady: więcej się dowiem jak posłucham, niż jeśli będę krytykował.

RUM, TŁUŚCIOCHY, BILARD i SALSA

Indianie jedzą dużo i tłusto, grają w bilard i tańczą ;). Piękne życie - olbrzymie hamburgery, Hot-dogi, enpanadas, kurczaki - wszystko pływające w tłuszczu popijane colą lub piwem. W Wenezueli schudnąć się nie da, za to można się odmrozić w środkach komunikacji. Kolei brak, do przemieszczania się między miastami służą bardzo wygodne autobusy dalekobieżne, wynajęte auta z kierowcą lub wewnętrzne linie lotnicze - wszystko to w średnich cenach z klimatyzacją włączoną na full.

Wenezuelski Rum jest podobno najlepszy na świecie. Dzięki Pampero Anivarsario i Santa Teresa Wenezuela jest na liście 10 największych importerów rumu na świecie. Rumy Pampero zdobyły wiele międzynarodowych nagród, włączając w to Złotą nagrodę w kategorii premium i ostatnio - jako najlepszy rum w prestiżowym konkursie San Francisco World Sporits Competition.

ILE FORSY? (niezmiennie potrzebnej żeby podróżować)

Lufthansa wysłała Europę do Ameryki oferując najtańsze bilety za 1499zł! Niestety w Wenezueli tanie jak barszcz jest tylko paliwo, rum i prąd. Jedzenie jest ciapkę droższe niż w Polsce, a za noclegi trzeba zapłacić 100-150 bolivarów czyli 40zł - 60zł. Najdroższe są wycieczki i tu niestety żeby zwiedzać trzeba płacić - taka polityka Państwa... Góry bez przewodnika raczej w grę nie wchodzą, a przeciętna wycieczka kosztuje aż 50$ dziennie.

Miesięczny pobyt z biletami lotniczymi w obie strony, jedzeniem, spaniem i przejazdami, dwoma górskimi trekkingami, pobytem na Karaibach i pływaniem po Orinko wyniósł nas 5.000zł. na osobę.

13 marca 2011

DACHSTEIN

Śnieg, śnieg, śnieg. Wszędzie dookoła biało - tak biało jak to tylko możliwe o tej porze roku i przy takich marnych opadach. Odwiedziliśmy Królestwo Toniego Rosifki - Lorda Dachsteinu. 560ha skitourowego raju wpisanego na listę UNESCO.

Pierwszego dnia w gęstej mgle nie widzieliśmy nawet gdzie jest schronisko, drugiego zupełnie przypadkiem zrobiliśmy Rumpel (chyba tak to się pisze?) - najdłuższą dostępną wycieczkę dookoła lodowca (trasy 5 i 6). Przy pięknej pogodzie zajęło nam to 9 z przewidywanych przewodnikiem 7 godzin, a na koniec skatowaliśmy się 45minutową wspinaczką po trasie narciarskiej - mankament mieszkania na szczycie, ale widoki warte grzechu... Dzień trzeci miał być odpoczynkiem, więc... jak było do przewidzenia znów przypadkowo zjechaliśmy najtrudniejszą trasą nr 4. W lesie było ostro i brakowało śniegu. Wanda wypięła się z nart i runęła w dół. Wyglądało to przerażająco, ale na szczęście nic się nie stało. Sparaliżowani strachem zjeżdżaliśmy trzymając się liny (ja oczywiście zrezygnowałam z nart i zjeżdżałam na pupie, co po głębszym przemyśleniu nie wydaje mi się ani bezpieczne, ani rozsądne ;)). Potem w schronisku przeczytaliśmy, że lepiej tam się nie wybierać bez przewodnika ;). Kolejny dzień spędziliśmy dożynając się na stoku. Potem zrobiliśmy 7-ke i choć planowaliśmy zjechać tylko kawałek, tak dla rozeznania, zjechaliśmy aż do sąsiedniej wioski, gdzie zastaliśmy wiosnę i chcąc nie chcąc pomaszerowaliśmy na autobus. Pojazdu nie było o właściwej godzinie, ale przyjechała po nas taksówka i spokojnie zdążyliśmy na ostatnią kolejkę. Trasa ma 11km, więc powiedzmy sobie szczerze, że bardzo chcieliśmy wyjechać, a nie wychodzić...


24 września 2010

GLOKER FEST

Wojtek zrobił materiał z imprezy firmowej - 'POMALUJ MÓJ ŚWIAT'
W dwa dni trzy imprezy:

Poznań


Szczecin


Kraków

23 maja 2010

Po 21 dniach i 11 godzinach lotu wróciliśmy do domu.

Tajlandia – oznacza dosłownie kraj wolnych ludzi. Dawne królestwo Syjamu. Nowy smak i zapach. Turystyka bez granic. Z jednej strony szystko wolno – palić opium, brać narkotyki, korzystać z płatnego towarzystwa płci przeciwnej lub tej samej ;). Z drugiej strony 95% mieszkańców Tajlandii wyznje buddyzm i w większości są to ludzie praktykujący. No, najwyraźniej odpust działa w każdej religii. Wyznawca buddyzmu (mężczyzna znaczy) musi przynajmniej raz w życiu na trzy miesiące przywdziać mnisi habit. Minichów nie wolno fotografować (chyba, że nie widzą, albo biorą za to kasę), a kobietom nie wolno patrzeć w mnisie oczy ;) (chyba, że o tym nie wiedzą). W tym pięknym kraju pracują przeważnie kobiety, a nie tak jak u nas mężczyźni. Tajski stosunek do rzeczywistości to: 'men pei rai' – czyli 'nie ma problemu' – i mają taki sam stosunek do czasu... więc, jak już się wie, to zawsze można dłużej pospać! Ceny nie są wygórowane. Trzeba uzbierać na bilet i zacząć cieszyć się obfitością.


CO WIEDZIEĆ, ŻEBY NIE BYĆ ŚWINIĄ I NIE POPAŚĆ W KŁOPOTY

W miejscowościach dużych i turystycznych można się ubierać jak się chce, ale we wioskach i małych miasteczkach nie wypada chodzić w mini i bluzce z dekoltem i na ramiączkach. Tajowie są bardzo przesądni. Stawiają domki dla duchów, nigdy nie podpisują się czerownym dlugopisem, bo czerwony to kolor śmierci. Nie wolno im ścinać włosów w środę, bo to przynosi nieszczęście i podobnie jak u nas nie staje się na progu domu. Przy zaćmieniu słońca podobno robią straszny hałas – według wierzeń demon Rahu chce słońce połknąć, a hałas ma go odstraszyć – co ciekawe za każdym razem im się udaje i Rahu słońce wypluwa ;). Trzeba wiedzieć, że w Tajlandii jest obecnie rok 2553 ;).
Król jest tu powszechnie sznowany i nie wolno wygłaszać pod jego adresem żadnych uwag. Podobno jakiś Francuz wyrażał się niepochlebnie i aresztowano go jak tylko wysiadł z samolotu. Bhumibol Rama IX panuje szczęśliwie od 64 lat, a jego najstarszy syn jest już po 50-tce. Szacunek dla króla jest tak wielki, że jednym z zabronionych w Tajlandii filmów jest 'Anna i król' z Jodie Foster. Podobno król jest w tym filmie przedstawiony w negatywnym świetle, a ja się z tym nie zgadzam. Jeśli ktoś chce zobaczyć świetność królestwa Syjamu to akurat ten film jest jak najbardziej odpowiedni.
Większość mieszkanców wiosek jest uzależniona od opium, które wcześniej było używane jako lekarstwo, a obecnie zapewnia mieszkańcom dostatnie życie. Na terenach przygranicznych kwitnie nielegalny handel i jest niebezpiecznie, dlatego w góry nie wolno wybierać się samemu – trzeba skorzystać z jednej z wielu wycieczek zorganizowanych – zazwyczaj grupy są nieliczne.
Najstarsze i najlepiej zachowane zabytki to Waty – czyli świątynie. Zupełnie jak u nas ;). (Tu obowiązują długie nogawki i zakryte ramiona – choć w Bangkoku niekoniecznie). Drugie w kolejności są oczywiście pałace. W Tajlandii północnej warto odwiedzić przynajniej jeden z licznych parków naodowych. Czy wybrać się na trekking? – na pewno tak. W końcu każdemu podoba się co innego, a trekking tutaj zazwyczaj oznacza też rafting oraz czas spędzony ze słoniami.

PIENIĄDZE, ZAKUPY i JEDZENIE

Jednostką monetarną są Bahty. Na złotówki przelicza się bardzo prosto 1zł. to 10B. Dla przykładu godzinny masaż całego ciała to koszt 150B czyli 15zł. Dwuosobowy pokój z klimatyzacją można wynająć za niecałe 300B. Wynajęcie motoru 150B dziennie, samochodu 850B w zwyż, a roweru 30B. Należy uważać z zakupami – ceny są zawsze wygórowane i trzeba ostro się targować. Poza tym podobno często kupuje się niedokładnie to co się chciało: wiskozę zamiast jedwabiu, śliczny kamyk zamiast rubinu. Podkoszulki i koszule można kupic od 6 do 15zł, sukienki ok 25zł. Jak ktoś jest zdolny to może nawet taniej – nam się taniej nie udało. Najlepiej kupować w małych nieturystycznych miejscowościach – poczatkowe ceny sa niższe ;). Jedzenie jest niezwykle pyszne i tanie. Porządny obiad można zjeść za 15zł. Sok wyciskany z owoców wypić za 2zł. W menu dominuje ryż (Tajlandia jest największym eksporterem ryżu na świecie) i makaron (ten cienki z zupek chińskich). Do tego zazwyczaj warzywa i kurczak lub wieprzowina, rzadziej wołowina. Czasem przypadkiem z menu wybierze się coś na kształt zupy z wkładką. Taką zupę/sos je się z ryżem wybierając łyżką sos i polewając ryż. Dania z makaronem je się pałeczkami – nawet zupę! W przypadu zupy płyn wypijamy lub zostawiamy – uwaga – zazwyczaj jest bardzo ostre. Dania główne jemy łyżką traktując widelec jak nóż, a łyżkę jak widelec ;). Polecam spróbować zupę kokosową z kurczakiem – ostra po byku, ale palce lizać. Z alkoholi polecam piwo Chang (dwa białe słoniki). Co do nietypowych upodobań żywieniowych to powiem tak: dla europejczyka niektóre zwierzaki nie są do jedzenia, ale do przytulania, do kochania, a innych nawet by rozdeptać nie chciał, a co dopiero zjeść... niestety ograniczenia najwyraźniej wynikają z różnic kulturowych ;) przynajmniej dla mnie. Króliczki i pieski na wagę, szarańcze i inne robaki z grilla można kupić na podmiejskich targach. Z przykrością stwierdzam, że szarańczy nie dałam rady. Nawet do ręki nie mogłam wziąć, a co dopiero do ust... szkoda, bo bardzo chciałam spróbować... może następnym razem?
Owoce najlepiej kupować na targu – sprzedawca daje spróbować i nie trzeba kupować w ciemno. Rambutan to taki włochaty owoc – bardzo smaczny i podobny do lichi (w skorupkach). Durian śmierdzi jak kupa, ale jest bardzo ciekawy. Każdemu smakuje inaczej – mnie waniliowo-orzechowo – warto spróbować, a po pierwszym kęsie zapachu się nie czuje ;). Jack fruit – podobny do duriana, ale dla mnie niezbyt dobry. Mnóstwo odmian mango – ale ja najbardziej lubie te egipskie. W mieście można kupić owoce z takich mobilnych straganów – owoce są obrane, a na oczach klienta sprzedwca robi 'czop, czop', daje patyk i wkłada do woreczka. Koszt takiego przysmaku to zaledwie 1zł! Z takich samych straganów tylko, że z grillem kupuje się mięska pieczone i znów 'czop. czop' na kawałeczki wielkości na raz.



ŚRODKI TRANSPORTU

TUK-TUK – rodzaj motorowej rykszy

Absoltnie i pod żadnym pozorem nie należy poruszać się w Bangkoku tuk-tukami. Chyba, że ma się mnóstwo czasu i ochotę na jeżdżenie do kolejnych sklepów – żeby chociaż popatrzeć. Muszę przyznać, że techniki namawiania klientów są niewyobrażalnie dopracowane. Po trzech tygodniach w Tajlandii i uzgodnieniu, że do tuk-tuków nie wsiadamy, daliśmy się zrobić w balona – i to po mistrzowsku. Na ulicy pod pałacem zatrzymał nas facet i powiedział tylko, że brama do pałacu mieści się po drugiej stronie ogrdzenia. Zapytał nieśmiało (autentycznie) jak długo już jesteśmy w Tajlandii i powiedział, że jest nauczycielem na wakacjach. Polecił nam świątynię (z resztą bardzo fajną) i powiedział, że warto tam pojechać, bo tam są obrzędy – akurat dziś! No i pokazał na mapie dwa inne ciekawe miejsca. Zdradził też 'tajemnicę', że trzeba wybierać tuk-tuki z żółtą tablicą – żeby się nie dać nabrać! Bo te z żółtą tablicą są rządowe i nie pobierają extra opłat! Wybrał dla nas taki i uzgodnił cenę – jedyne 40B. (nie muszę chyba wspominać, że wszystkie mają takie same tablice). Już odszedł, ale jednak zawrócił i powiedział, że skoro też pracujemy w szkole to on nam pleca miejsce gdzie można kupić tanie ubrania i pamiątki. Światełko zapaliło się kiedy Pan z tuk-tuka pokazał nam drogę do świątyni – ale to jeszcze nie koniec! W światyni 'przypadkiem' był inny facet, który zagadał i powiedział, że jest takie miejsce, w którym się kupuje bez podatku i wymienił tą samą nazwe ;). No i zaliczyliśmy dwa sklepy po drodze – siatka zorganizowana nie do pojęcia! Z tego żyją ludzie – nawet jak nic nie kupisz, to tuk-tuk man dostanie kupon na paliwo, a jak kupisz to pewnie odbierze prowizję.

SONGTHAEW

To jest tani miejski środek lokomocji (w Bangkoku nie widziałam). To zwykły pick-up, który ma zabudowaną 'pakę' z dwiema ławkami dla pasażerow. Może i wolno jeździ, ale przynajmniej jest tani.

SAMLOR

Ryksza rowerowa – są prywatne i rzadowe. W tych prywatnych cenę ustala się z kierowcą, a wycieczka rządową rykszą kosztuje jedyne 50B.

ŁODZIE

Bangkok jest nazywany 'Wenecją Wschodu' z powodu sieci kanałów, po których można popływać długoogonowymi łodziami (prywatnie 1 godz.-400-500B – nie więcej). Można także przemieszczać się wodnymi tramwajami – pływają, za grosze co 20min.

TAXI

Stosunkowo niedrogi środek transportu pod warunkiem, że złapie się płatną wg licznika. Jeśli będzie po prostu z ulicy cena wywoławcza może nas przyprawić o zawrót głowy ;).

AUTOBUSY

Niezła jazda – tutaj wyróżnia się szereg klas, a każda jest dobra. Zwykłe autobusy podmiejskie kosztują mało, jeżdżą wolno, ale są czyste i podróżuje sie z miejscową ludnością. Za klimę robią otwarte okna. Autobusy 2 klasy są fantastyczne – zazwyczaj piętrowe i z klimą, ale autobusy typu VIP są wprost olśniewające. Siedzenia prawie leżące, firaneczki w oknach – stewardesa w firmowym toczku podaje posiłek oraz deser. Przystanek przy nowoczesnym markecie – można kupić owocki, cisteczka. W autobusie kocyk i filmik – podróż w tak luksusowych warunkach mija w mgnieniu oka ;).

POCIĄGI

Są stosunkowo drogie – wyróżnia się 3 klasy. Chyba najkorzystniej wybrać 2 – klima działa poprawnie i przez całą noc – przedziały nie są podzielone, ale każde łóżeczko ma firaneczkę – pościel wliczona w cenę. Obsługa jest 1 klasa – śniadanka, obiadziki i przekąski do wboru i koloru.

SAMOLOTY

Zdecydowanie na tak! Szczególnie te malutkie ;). Transport lotniczy jest relatywnie tani, a sieć połączeń dość dobrze rozwinięta.

WŁASNY ŚRODEK TRANSPORTU

W dużych miastach może i jest problem z powodu korków, ale uważam, że Tajowie jeżdżą bardzo ostrożnie. Przede wszystkim nie rozwijają dużych prędkości i wbrew temu co piszą uważają na motocyklistów. Chyba największą trudność sprawia ruch lewostronny – nieprzyzwyczajonym oczywiście... a jakoś dróg jest zadziwiająco dobra.


Wszytskie te opisy dotyczą Tajlandii północnej i środkowej – przypuszczam, że wyspy charakteryzują się zupełnie innymi prawami.

18 lutego 2010

INDIE - PRZYSZŁOŚĆ ŚWIATA

Potęga kraju tkwi w narodzie. Indie to wolny, demokratyczny kraj zamieszkiwany przez 1/5 ludności świata.

Postawili na edukację. Młodzi ludzie piszą prace magisterskie po angielsku, w szkołach podstawowych uczą się programowania C++. Gęsta sieć szkół krajowych i międzynarodowych pokrywa każde większe miasto. Ambicje sięgają zenitu, dziewczynki uczą się na inżynierów i lekarzy, chłopcy marzą o karierze w branży IT, bankowości, czy administracji – najchętniej za granicą. Kiedy zdałam sobie sprawę z wielkości tego rynku i jego wciąż niewielkiego stopnia nasycenia oraz z kierunku w jakim zmierza gospodarka – włos zjerzył mi się na głowie. Gospodarkę Indii napędza rynek wewnętrzny (65%). Już dziś Indie są potęgą w zakresie informatyki i zajmują pierwsze miejsce na świecie w rodukcji filmowej. Centrum rozwojowym sektora IT i nową wizytówką Indii jest 12-milionowe Bangalore - miasto, gdzie działają czołowi światowi inwestorzy tej branży – tu np. powstają najnowsze produkty Adobe. Światowe centrum rozwoju technik komputerowych zatrudnia ponad 150 tys. informatyków, więcej niż w kalifornijskiej Dolinie Krzemowej.

Indie cieszą się jedną z najbardziej rozwiniętych i najdłuższych sieci kolejowych na świecie liczących ponad 63tys km. W obsłudze kolei pracuje 1,5mln ludzi i dziennie przewożą 12mln pasażerów (czyli 1/3 polaków!). W każdym pociągu, którym podróżowaliśmy wszystkie miejsca były zawsze zajęte, z nadmiarem czyli zazwyczaj na trzech możliwych miejscach siedzi 5 osób i całe mnóstwo stoi. Do Madurai np. w jednym 8 osobowym przedziale siedziało razem z nami 18 osób, a w osobowym do Kottyam w jednym wagonie dla 90 osób jechało ok300 – wszyscy oglądali film na tv lcd podwieszonym do sufitu (tak, tak w pociągu podmiejskim!). Usługi transportowe to domena Hindusów. Nie dysponuję danymi dotyczącymi ruchu autobusowego, ale wiem, że tym środkiem transportu można się dostać zawsze i wszędzie. Z 1,7mln Coimbatore do Madurai (to 220km – 5godz. jazdy) autobusy odjeżdżały co 10min przez cały dzień – wszystkie pełne. Osobowe w małych miejscowościach po prostu jeżdżą – nawet rozkład niepotrzebny – wychodzisz na ulicę, łapiesz i masz – tak to działa. Nigdy nie zdażyło się nam czekać na autobus dłużej jak 5 min. Tylko pozazdrościć, chociaż stan techniczny, a przede wszystkim wygląd pozostawia wiele do życzenia. Chociaż Bartek zastanawiał się jak to jest, że wszystkie te autobusy mają pewnie ze 30lat, a żaden nigdy się nie zepsuł, a co dziwniejsze jakie mają silniki skoro pokonują makabryczne przewyższenia w takim upale, stoją w korkach i się nie przegrzewają.
Poprzednim razem widziałam Indie zupełnie inaczej – teraz wiem, że nie należy niczego oceniać po opakowaniu. Doświadczenie uczy, że zazwyczaj rzeczy nie wyglądają tak jak się początkowo wydawało. Kiedyś napisałam, że Indie to kraj kontrastów – takie ładne zdanie – tylko co oznacza? Indie to 27 w zasadzie odrębnych stanów z wewnętrznym zarządzaniem. Nieformalnie, a pod względem stopnia zamożności, wykształcenia, sposobu żywienia dzielą się w uproszczeniu na Indie Północne i Południowe. Wbrew obiegowej opinii Indie nie są krajem bardzo biednym. Według danych Banku Światowego są dziś na 10 miejscu rankingu Panstw o najwyższym produkcie narodowym brutto. Trzeci najbogatszy człowiek na świecie Lakhsmi MITTAL – światowy „król stali” - pochodzi z Kalkuty. Pod względem siły nabywczej Indie zajmują czwart miejsce na świecie, ale wszystko to nie przekłada się na poziom życia przeciętnego Hindusa. W każdym miejscu w Indiach można znaleźć ludzi skrajnie biednych i skrajnie bogatych. Jest brudno, ale to tylko kwestia czasu i edukacji społecznej. Połowa ludności żyje z rolnictwa, wciąż jeszcze bardzo zacofanego technologicznie i przez to mało efektywnego. W społecznościach wiejskich powszechny jest analfabetyzm (prawdopodobnie 1/3 ludności nie umie czytać i pisać, ale to się szybko zmienia) i wysoki poziom bezrobocia. 26% ludności żyje poniżej granicy ubóstwa. Liczbę niedożywionych szacuje się na ok. 400 mln. Powszechnym problemem w Indiach są warunki sanitarne - deficyt wody, brak instalacji sanitarnych i oczyszczalni ścieków. Wciąż jednak jest to kraj rozwijający się, którego przyszłość niewątpliwie jest świetlana.

korzystając z ogromnej ilości wolnego czasu zrobiłam też filmik z RASTY z ZAĆMIENIA SŁOŃCA i z GRUZJI

16 stycznia 2010

RAMESHWARAM SOLAR ECLIPSE

Rameshwaram to niewielkie miasteczko z 500 letnią tradycją pielgrzymkową. Położone jest na wyspie, a jedyne połączenie z lądem prowadzi przez most Indiry Gandhi. Bynajmniej nie jest tu spokojnie, ale miasto ma swój niepowtarzalny klimat. Wzdłuż głównych ulic ciągną się hotele i domy pielgrzymkowe. Codzienne obrzędy i modły, miliony pielgrzymów, święte krowy i mnóstwo wegetariańskich restauracji i sklepików sprzedających pamiątki stanowi raczej atrakcję niż jest męczące. Pierwszego dnia mieliśmy problem z noclegiem, ale w końcu mamy świetny pokój z widokiem na świątynię z jednej i na ocean i koniec Indii z drugiej.

Przyjechaliśmy tu na zaćmienie słońca – pierwsze widoczne w tym roku, najdłuższe w trzecim milenium czyli międdzy 2001, a 3000 rokiem. Tutaj zdaje się niewielu o tym wie. Rano nawet mieliśmy wątpliowści czy na pewno będzie to zaćmienie ;). Na szczęście zaczepił nas przemiły Pan z Mumbaiu i uświadomił, że zacznie się dopiero o 11:40. W mieście żadanych informacji, ani filtrów żeby oglądać zaćmienie.
Zobacz wszystkie fotki z Rameswaram

Postanowiliśmy czegoś poszukać, bo Bartek miał tylko jeden filtr polaryzacyjny i... wyszliśmy prosto na trzech chłopaków wyposażonych w świetny sprzęt. Bartek od razu ich zaatakował i okazało się, że nie tylko mogą odsprzedać jeden filtr, ale są fotoreporterami z trzech głównych gazet indyjskich. Aparaty mieli dokładnie takie jak nasz, ale obiektywy dużo lepsze. Pogadaliśmy, wymieniliśmy się mailami i może będziemy w kontakcie na jakąś wspólną wystawę? Byłoby super i trzeba przyznać, że mamy szczęście... zaćmienie właśnie się zaczyna wszystko potrwa do 15, więc przed nami cały dzień atrakcji. Liczę na jakieś fajne nagranie z zaskocznymi ludźmi, ale czasem mogę się zdziwić – przecież to Indie...
Zobacz wszystkie fotki z Indie solar eclipse

Ach, zapomniałabym napisać, że skończyła się pauza i przespaliśmy kolejny nowy rok. Pauza to ten hinduski 12 miesiąc czyli nasz grudzień. Skończył się wczoraj i nawet udało się nam zarejestrować, że jest święto, bo przed domami pojawiły się kolorowe rysunki z nampisami Happy Pongal. Wieczorem o 22 ulice wyludniły się i wszyscy poszli spać. Przed północą ze świątyni zaczęły dobiegać hałasy i całą noc do rana słychać było coś na kształt życzeń.
Od Indie solar eclipse

Już po zaćmieniu – było niesamowicie chociaż spodziewaliśmy się zapadnięcia ciemności, a tak się nie stało. Człowiek taki niedouczony – teraz wiemy, że ciemność to tylko jak jest zaćmienie całkowite, a nie obrączkowe. Ten dzień był bardzo interesujący. Bartek szybko się dogadał i biegaliśmy z chłopakami reporterami wokół świątyni i wewnątrz, byliśmy nawet na dachu. Dzięki temu zaćmienie było bardzo interesujące – z naszych wyobrażeń o kompozycji zdjęć nic nie wyszło, bo trzeba się było zdecydować: zaćmienie albo świątynia. Poza tym nie zrobiło się całkiem ciemno i wielu ludzi nawet nie zauważyło, że coś się dzieje. Dlatego mamy rewelacyjne zdjęcia z pokazywania zaćmienia przez filtr, kupiony od chłopaków. Zainteresowanie było ogromne. Niektórzy byli naprawdę zdumieni, aż się za głowę łapali i nie ma się co dziwić, bo na zewnątrz nie było prawie żadnej różnicy. Indie są cudowne...
Od Indie solar eclipse

Od Indie solar eclipse

Od Indie solar eclipse

a jutro jedziemy 18km od miasta na najdalej wysunięty cypelek – taki nasz hel – który jest już tylko 33km od Sri Lanki. Na końcu wyspy jest tzw. most Adama, łańcuch raf, i łach piachu, który praktycznie dzieli ocean tworząc naturalne połączenie Indii i Sri Lanki – podobno głębokość to tylko kilka metrów – przekonamy się jutro.