PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diving. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diving. Pokaż wszystkie posty

10 lutego 2016

TANZANIA FROM THE BOTTOM TO THE TOP

Do Tanzanii polecieliśmy, bo Paweł napisał, że można tam popływać z Whale Sharkami :) Przypomniało nam się też, że Michał i Britt ostatnio wspinali się na Kilimandżaro i pomyśleliśmy, że może my też tak chcemy. No i tak się to wszystko zaczęło...

Tanzania ten kolorowy świat jest 3 razy większy od Polski. To kraj z największą koncentracją dzikich zwierząt na kilometr kwadratowy, jest ich ponad 4 miliony (430 gatunków i podgatunków). No i mają największy oraz zdecydowanie najdroższy szczyt Afryki, w związku z czym zostaliśmy zdobywcami (z przypadku) prawie sześciotysięcznika. Jeśli oglądaliście Króla Lwa to znacie też parę użytecznych słów w Suahili!
Mafia Island - Big Blu Diving Centre
To jest takie miejsce jak lubię! Nie ma turystów, za to jest fantastyczna atmosfera! Nurkowania są rewelacyjne - piękne rafy i olbrzymie groupery - tak gigantycznych nie widziałam nigdy w życiu. Na nurkowania pływamy tradycyjnymi łodziami z drzewa mangrowca, wracamy na żaglach, kolacje jemy wszyscy wspólnie w barze na plaży, a śpimy w wypasionych namiotach, w których są normalne łóżka z czyściutką pościelą, a dla wymagających wewnątrz jest wiatrak - jakby było za ciepło :)
Wybieramy się na snorkeling z rekinami wielorybimi i myślę, że będzie jak zwykle. "Ojej były tu wczoraj i pewnie będą jutro, a dziś gdzieś popłynęły...", ale wszyscy zeznają, że je widzieli i było ich mnóstwo, więc jest jakaś nadzieja. Płyniemy łodzią i pierwsze 15 minut dłuży się niemiłosiernie, patrzę na wodę, ale z każdą minutą nadzieja na spełnienie największego w życiu marzenia staje się coraz mniejsza.

Jestem człowiekiem małej wiary!
Nasz przewodnik krzyczy, że je widzi, kiedy my jeszcze nie możemy zobaczyć tych potężnych, leniwych ciał żywiących się planktonem. I w końcu widzimy płetwy wystające nad wodę - rany Boskie one faktycznie tu są! Siedzimy na brzegu łodzi - po trzy osoby z każdej strony i mamy skakać na hasło: GO! Podpływamy tak blisko, że gołym okiem widać półmetrowy otwór gębowy i... słyszymy pierwsze "GO!", ale nikt nie skacze :) GO! GO! GO! i skaczemy w amoku wszyscy razem, widzę mnóstwo bąbelków, a po chwili ogromna, śliczna ryba przepływa na wyciągnięcie ręki. Nie zastanawiam się ani chwili, odpalam kamerę i macham z całych sił płetwami żeby nagrać i mordkę i oko, a tu nagle niespodziewanie z drugiej strony mija mnie drugi rekin! Jest o niebo większy od pierwszego, a zaskoczenie jest tak duże, że piszczę pod wodą, kamera rejestruje przepływający kształt i już nie wiem nawet co nagrywam tak duże są te emocje! One się nas w ogóle nie boją, ale też nie mają czego, bo rekinie dziecko jest tylko ciapkę większe ode mnie :) Czasami kiedy wracamy na łódź śmiejemy się sami z siebie, bo kiedy my w zapale patrzymy w jedną stronę, one spokojnie pływają tuż za naszymi plecami. Na koniec wyczerpani, ale wciąż nienasyceni obiecujemy sobie nawzajem, że to już będzie ostatni raz. Powtarza się to tyle razy, że w końcu na rekinim żerowisku zostaje tylko nasza łódka. Emilie zostaje na łodzi i trochę jej teraz zazdroszczę, bo widziała jak się nagle wokół nas zakłębiło od płetw grzbietowych i ogonowych. Dostałam się między dwa rekiny - jeden po prawej, drugi po lewej - nie ważne, że pięty do krwi obtarte, płynę co sił w nogach, żeby jak najdłużej być z rekinami i nagle pode mną widzę mnóstwo małych rybek. Kolejny rekin? - przemyka mi przez głowę, ale nie mam czasu się zastanowić, bo widzę już wielką otwartą paszczę :) O rany! Weźmie mnie chyba na barana!!! Odpycham go więc żeby raczył zauważyć, że tam jestem, a on spokojnie wynurza się tuż przede mną i chwilę później wszystkie odpływają. Krzyczę z emocji - nawet mi się nie śniło, że to tak może wyglądać. I co ja teraz zrobię - spełniło się moje największe marzenie i teraz nie mam nowego :))

Kilimanjaro - Whisky Route (Machame nie brzmi aż tak fajnie :))
Dzień 1: Machame Camp - 3000m. Czas przejścia 12:00 - 16:30 [4,5 godziny]
Mijamy przeróżne endemiczne rośliny, wielkie paprocie i ogromne rozrośnięte mchy zwisające z drzew. Maszerujemy z małymi plecakami, w sandałkach, prostą i wygodną ścieżką. Popijamy wodę, gawędzimy, a na środku ścieżki spotykamy małego kameleona. Robimy zdjęcia kwiatkom i bardziej przypomina to spacer niż treking wysokogórski. Dzisiaj spotkaliśmy 4 kolegów z Polski. Po drodze mijają nas tragarze. Niosą wszystko: przenośne toalety, namioty mesy, garnki, szklanki, świece no i oczywiście nasze bagaże. Pierwszy kemping kompletnie nas zaskakuje. Jest kilka toalet, dom, w którym musimy się podpisać i namioty jak okiem sięgnąć. Mnóstwo ludzi i bzyczy tu jak w ulu. Na każde dwie osoby przypada dwóch przewodników, kucharz i kelner oraz co najmniej 6 porterów (z nami było łącznie 10 osób: Junia, Lameck, Michael, Hemedy, Ewara, Yona, Denis, Panga, Victa, Yonna i Michael). To dlatego kiedy przychodzimy namioty są już rozbite, a nas czeka miska z ciepłą wodą i mydełko. No świetnie, ale gdzie my jesteśmy? Jeśli liczycie na hardcorowe podejścia, wspinaczkę i/lub romantyczne wieczory to na pewno nie tutaj! Chociaż widok na szczyt jest całkiem ładny.
Na obiad dostajemy zupę ogórkową - mamy stół i obrus! Następnie pięknie ułożone na tacy wjeżdżają rybki z zapiekanymi ziemniakami, sałatka z pysznym dressingiem, a na deser dojrzałe avocado. Nasz kucharz o wdzięcznym i wpadającym w ucho imieniu Panga jest mistrzem kuchni!

Dzień 2: Shira Camp - 3845m. Czas przejścia 8:00 - 13:30 [5,5 godziny]
To najdziwniejszy trek na jakim byłam! Dzisiaj droga zdecydowanie nie na sandały. Przyroda zabójczo piękna - jest wspaniale. Widzieliśmy kilka małych tanzańskich myszek z paskami na grzbiecie, a lunch jadł z nami mój rafiki - czarny ptak, taki krukowaty siedział mi za głową, skrzeczał i czekał tylko na resztki kurczaka z mojego lunch boxa. Shira Camp to wielkie pole namiotowe, a podobno mamy szczęście i to nawet nie połowa tego co tu może być! Kibelek to taka spora chałupka z wykafelkowanymi kabinami - no wielka kultura jak na tę wysokość! Siedzimy w naszym namiocie - mesie i cieszymy się, że przyszliśmy przed deszczem. Najbardziej przydatną rzeczą, którą tu zabrałam, jak do tej pory są koreczki do uszu :). Bartka dziś bolała głowa - na 6. No i niestety jest dość zimno, za to obiady pycha - dzisiaj mamy wołowinę z warzywami, a na deser... MANGO!

Dzień 3: Barranco Camp - 3960m . Czas przejścia 8:15 - 15:00 [6,45 godziny]
Nie wiem która nad ranem, w obozie cisza jak makiem zasiał. Nad nami piękne rozgwieżdżone niebo i imponujący widok na ośnieżone Kili (wiem, bo wyszłam do kibelka). Przeszliśmy dziś przez Lover Tower 4640m, najpierw padał deszcz, potem grad i śnieg. Schodziliśmy po ośnieżonym, błotnym wodospadzie kompletnie przemoczeni. Nasze kurteczki nie dają rady takiej ilości wody przez tyle godzin. Do obozu przyszliśmy wyczerpani - jak na taką komercję jest to jednak niezłe wyzwanie - nie kondycyjne, ale wydolnościowe. Miałam potworny ból głowy, a potem zaczęły się wymioty, ale saturacja u mnie była dobra 95%, a u Bartka słaba 75% i mam nadzieję, że mu nie spada. Dalsza wspinaczka stanęła pod znakiem zapytania. Na szczęście teraz czuję, że jutro jednak pójdziemy wyżej! Możemy teraz iść na 4800 i jutro od razu atakować szczyt (taka jest propozycja przewodników), albo poddać się dalszej aklimatyzacji na tej samej wysokości. Zdecydujemy rano.
Victor (kelner - pomocnik kucharza) zmartwił się bardzo, że zachorowałam i mówił mi "womiti normal here - tomorrow better - don't worry - be free" i miał rację. Wymiotowało pół obozu, od czego wcale nie zrobiło mi się lepiej. Wszystko przemokło i teraz się suszy - część na nas, część rozwieszona gdzie się dało, najgorzej z rękawicami. Poza tym jest bardzo zimno. Kilimandżaro chyba próbuje nas odstraszyć, skutecznie, bo dziś po raz pierwszy pomyślałam: "a na co mi to potrzebne"...
Na obiad Bartek jadł spaghetti (makaron kolanka), a na deser był ananas, a ja jadłam owsiankę i... po chwili drugą owsiankę, bo pierwsza mi uciekła :D

Dzień 4: Karanga Camp - 4035m . Czas przejścia 8:30 - 12:30 [4 godziny]
Dziś jest nieźle chociaż rano Baranco wall wyglądała jak nie do przejścia. Jeśli natomiast mijają Cię setki porterów, którzy niosą ciężkie bagaże na głowach lub na szyi to nie wypada jęczeć, że jest jedna ściana do przejścia i uścisk Kilimandżaro do pokonania. Niestety końcówka trasy też jest "pod górkę", ale tam poganiani zapowiedzią deszczu byliśmy bardzo szybcy :) Przewodnicy namawiali nas żeby jednak iść dalej i wyżej , ale Mzungu jest dziś zbyt zmęczone. Czekamy na lunch, głowa nie boli, a ja pierwszy raz w życiu ogoliłam nogi na 4000m :). Nad płaskowyżem przelewają się gromy, burza z gradem i piorunami od czterech godzin, podziwiam tych którzy jeszcze dziś dotrą do Barafu, ale też tym biedakom współczuję! Po drodze mijaliśmy nawisy zastygłej lawy, pod nimi jaskinie z bujną roślinnością. Wilgoć jest tu w każdej dziurze. Kiedy mgła opada, a czasem na chwilę wychodzi słońce, obóz od razu odżywa. Ludzie wychodzą z namiotów, a z chmur wyłania się szczyt Kilimandżaro. Masyw tej góry jest aż przerażający...
Zabijamy czas leżąc, śpiąc, albo grając w sudoku (przepisałam sobie z telefonu, bo oszczędzam baterie). Padało całe popołudnie, a teraz jest taka mgła, że myślałam, że nie trafię z kibelka - całkiem serio!

Dzień 5: Barafu Camp - 4640m . Czas przejścia 8:15 - 11:45 [3,5 godziny]
Jeden z naszych porterów musiał się dziś z nami pożegnać i zejść na dół - miał problemy z sercem. Ruszamy, więc w pomniejszonym składzie. Przed nami wije się wysokogórska ścieżka zapełniona kolorowymi punktami. Turyści, przewodnicy, a nawet porterzy suną do przodu noga za nogą. Wdech - wydech, wdech - wydech. Pole - Pole Kilimandżaro... Z mgieł wyłania się górski masyw pokryty jęzorami lodowca. To już tak blisko, a jednak przerażająco daleko. Ludzie wymiotują na trasie, a niektórzy nie mają siły chować się żeby zrobić siusiu - ciężko jest chyba każdemu. Podobno to przez pogodę. Nam się udało przyjść przed deszczem, ale jeszcze pół godziny i byłoby kiepsko. Siedzimy w namiocie mesie, bo cały czas leje. Na obiad była zupa grzybowa i ziemniaki z warzywami. Tymczasem wszystko mamy suche, jesteśmy zwarci i gotowi i w sumie to moglibyśmy już wychodzić!
Na tej wysokości jesteśmy od 6 godzin. Faktycznie ciężko się tu oddycha. Sporo śpimy, bo atak szczytowy dziś w nocy i trzeba odpocząć, ale budzimy się często - nie można spać na boku, ani z głową w śpiworze, bo brakuje tlenu. Oby pogoda się nie zmieniła na gorszą, dzisiaj wieje i oczywiście pada :) Na obiad zjadam górę makaronu, dobre jedzenie pomoże nam pokonać tę śnieżną, niedostępną piękność, skrywającą się w woalu mgieł. Najwyższa wolnostojąca góra świata - dach Afryki - czynny wulkan / te nazwy mnie osłabiają! Kiedy na chwilę się wypogadza licytujemy się z innymi turystami, o której kto wychodzi. O 18:00 nadchodzi czas do spania. Za cienką ścianką namiotu ściana mgły - Lala Salama może za parę godzin będzie lepiej?

Dzień 6: Summit Day - Uhuru Peak - 5895m. Czas przejścia 23:30 - 17:00 [17,5 godziny]
1255m w górę i 4265m w dół i omijamy dzień 7 oraz Mweka Camp 3100m!

No i oczywiście zaspaliśmy! O 23:00 budzi nas Victor "Hello, water to wash" - kompletna abstrakcja - chwilę później poły namiotu rozchylają się i na tacy wjeżdża przed nos gorąca herbata i ciasteczka. Nie mogę jeść, ale wiem, że za parę godzin będę głodna, pakuję więc mnóstwo ciastek do kieszeni, a do termosu wsypuję potężną dawkę cukru. Wychodzimy spóźnieni o pół godziny - w Barafu hut nikt nie śpi :) Koledzy z Polski i Kate wyprzedzają nas i po chwili łączą się ze światełkami czołówek poruszających się rytmicznie na stoku. Idziemy wielką grupą, noga za nogą i chyba tylko przewodnikom jest komfortowo. Wspinamy się dość szybko, na tyle że tempo wydaje się być zabójcze dla organizmu pozbawionego odpowiedniej ilości tlenu. Kiedy jednak przystaję by złapać głęboki wdech, widzę w jak ślimaczym tempie poruszamy się do przodu. Pogoda jest świetna, nie ma wiatru, a przejrzystość jest tak dobra, że doskonale widzimy światła Moshi. Jest bardzo zimno. Nasi przewodnicy idą bez plecaków - nie zabrali nawet wody na 11 godziną wyprawę - tak robią chyba tylko zawodowcy ;) Po pierwszych 5 godzinach zaczynamy dostrzegać niedostępność tej góry. Co z tego, że ścieżka jest szeroka i nie trzeba się wspinać? Śnieg skrzypi pod nogami, mróz sprawia, że wszystko skrzy dookoła, a ludzie zataczają się i potykają na prostej drodze. Widzimy kobietę, która wymiotuje podtrzymywana przez dwóch przewodników. Jest w strasznym stanie, a upiorności dodaje jej biała kurtka oświetlona bladym światłem czołówek. Mówią jej, że jest chora i musi zejść na dół, ale ona znajduje w sobie dość mocy żeby wskazać w kierunku szczytu i złowieszczo wyszeptać: "No! I'm going there". Widok jest naprawdę przerażający. Wleczone,półprzytomne zwłoki ostatecznie docierają na szczyt. Dokładnie o 5:17 docieramy do Stella Point. Jest ciemno. Kilka osób podchodzi by nam pogratulować: You made it! - krzyczą i przytulają się szczęśliwi. Ale dla nas to jeszcze nie koniec. Żeby zdobyć najwyższy Peak musimy przejść cały krater, a do wschodu słońca już niedaleko. Jest coraz zimniej. Zamarzają nam rurki od camel bag-ów. Zmęczone płuca odmawiają współpracy po prawie 6 godzinach powolnego marszu. Ja czuję się bardzo dobrze, boli mnie tylko w klatce piersiowej. Dostaję pochwałę od naszego małomównego przewodnika: Jesteś silna jak Simba - mówi z uznaniem, ale ja wiem, że na tej wysokości nie ma żadnych reguł. Równo o 6:00 stajemy w najwyższym punkcie Kilimandżaro. Różowo oświetlony lodowiec powoli ginie w przenikliwej mgle - żadnych widoków ze szczytu, ale to już nikomu nie przeszkadza. Ludzie ściskają się serdecznie i każdy każdemu składa gratulacje. Dokonaliśmy tego, a każdego kosztowało to tyle samo wysiłku! Niezwykłe jest to, że na szczycie znamy niemal każdą osobę - wychodziliśmy razem przez tyle dni, spotykaliśmy się w kolejnych obozach, a teraz dzielimy się radością, że się udało, że to już koniec i wyżej już iść nie trzeba. Kiedy tak gratulujemy sobie nawzajem ogarnia mnie takie wzruszenie, że zaczynam płakać, sama nie wiem czemu. Niespodziewanie okazuje się, że jest to jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu. Nawet dziś kiedy to piszę szklą mi się oczy :)
Droga powrotna jest ekstazą! Nam się udało i adrenalina krąży we krwi. Pozdrawiamy i dopingujemy nadchodzących ludzi, wyczerpanych, ale wciąż idących do przodu. Niektórzy wyglądają jak Zombie - doświetleni jasnością poranka, powłóczą ledwo nogami, usta sine, palce sine, kiwają się na boki, a wzrok mają lekko błędny, półprzytomny i tylko ręce mają wzdłuż ciała, a nie wyciągnięte przed siebie. Nie ma w tym nic śmiesznego - przecież my też tak wyglądamy!
Do Barafu docieramy o 8:30 - teraz czas mija szybko. Jemy lunch i postanawiamy schodzić niżej. Pogoda pogarsza się i już wiemy, że za 3 godziny znów zacznie padać. Ruszamy o 10:05, Millenium Camp mijamy ok.12, a do Mweki docieramy o 13:00. Zmęczone nogi wreszcie wyskakują z butów, a włożenie lekkich sandałów sprawia, że niemal zapominam jak bardzo bolą mnie stopy. Leje. Wszystko mamy przemoczone, a kemping tonie w błocie. Jemy lunch i postanawiamy schodzić dalej. Przy życiu trzyma mnie myśl o gorącej kąpieli i wielkim, bardzo wygodnym i suchym hotelowym łóżku! Równo o 17:00 wpisujemy się w Mweka Gate i odbieramy nasze certyfikaty. Kierownik Parku składa nam gratulacje i mówi, że niewielu tu wchodzi Polaków, informujemy więc uprzejmie, że jutro będzie o 4 więcej! Do hotelu docieramy o 20:00 witani przez Kierownika, Managera i Kochaną Panią Kelnerkę ze świeżymi sokami z Mango - Dziękujemy Meru Slopes!

05 kwietnia 2015

Być Piratem... karaibskie nurkowanie z katamaranu

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest pływać katamaranem dwa tygodnie w 11 osób? Katamarany są dość luksusowe. W pływakach mają osobne kajuty z prywatnymi łazienkami (są dość małe i w zasadzie można jednocześnie siedzieć na kibelku, myć zęby i brać prysznic, ale za to zawsze jest ciepła woda!), a koja jest wygodnym najczęściej dwuosobowym materacem. Do dyspozycji załogi jest mała kuchnia i całkiem spora jadalnia, wygodne siedzenia na zewnątrz, no i oczywiście siatka z przodu. Jeśli nas znuży towarzystwo - a jest to raczej niemożliwe - to możemy się zaszyć głęboko i kontemplować w samotności.

Góra, dół. Góra, dół. W bok, w bok. Rozbujany błędnik pewnie by na to nie pozwolił, ale zwierzęcy instynkt prowadzi mnie prosto do toalety. Chwila ulgi, by znów wdrapać się na koję z jedną tylko myślą: 'Boże! Kiedy to się skończy?!
Żeglowanie bez choroby morskiej? Nonsens...

Czym jednak jest taka chwila zwątpienia w porównaniu z tym wszechogarniającym szczęściem żeglowania na długiej, wysokiej fali opromienionej popołudniowym słońcem?

Na horyzoncie majaczą kolejne wyspy, głuptaki nurkują przy burcie, a kurz po zostawionych w kraju, niezałatwionych wielu sprawach powoli opada. Za kołem sterowym jest tylko tu i teraz. Ciepłe słońce i wiatr, który wywiewa pracową codzienność. Skrzypiący miarowo żagiel jak mantra wprowadza w stan niczym nieskrępowanej wolności, możliwości nic nie robienia. I to są wakacje! Każdego dnia inne miejsce nurkowe i piękna plaża. Wieczorami wytrawni Piraci napadają najbliższą wyspę łupiąc głównie kawę, świeże soki i oczywiście rum punch.


Informacje ciekawe i niczym nie potwierdzone:
Na Karaibach wciąż leniwie płynie czas i wygląda jakby od wieków nic się tu nie zmieniło. Nie ma już jednak Bukanierów - grilla lubiących piratów, którzy zostali oficjalnie zatrudnieni do nękania hiszpańskich statków. Brytyjczycy w XVIIw. wydali im specjalne pozwolenie na legalne grasowanie po Morzu Karaibskim. To właśnie ci krwawi i okrutni morscy rozbójnicy zainspirowali scenarzystów Piratów z Karaibów. W 2001r., kiedy my byliśmy zajęci własnym ślubem, grupa archeologów podwodnych odnalazła prawdziwy Port Royal u wybrzeży Jamajki (kto by wtedy pomyślał, że i my będziemy podwodnymi archeologami:)). W tawernie wciąż były butelki z rumem i beczki z winem. Piracki port wraz z mieszkańcami pogrzebało tsunami w 1692r. Powszechnie znany z filmu Jack Sparrow jest fikcyjnym bohaterem stylizowanym na gitarzyście Rolling Stones, Keithie Richardsie, ale stał się również marketingowym magnesem turystyki. Odwiedziliśmy zatokę, w której kręcone były sceny z 'Piratów' i muszę przyznać, że było to niezłe przeżycie, ale właściwie w każdym porcie napotkamy drink, plażę czy bar Sparrowa. Najsłynniejszym piratem wszech czasów był piracki król Henry Morgan. Pochodził z Walii i na mocy brytyjskiego listu kaperskiego napadał nie tylko na statki, ale przydarzyło mu się również puścić z dymem kilka hiszpańskich miast. Religijni Hiszpanie uważali go za diabła. Za to Czarnobrody, występujący w Piratach z Karaibów to Kapitan Edward Teach, bezlitosny okrutnik dowodzący statkiem o wdzięcznej nazwie Zemsta Królowej Anny. Bez litości obcinał kobietom palce, jeśli nie dość szybko ściągały pierścionki, na ramieniu nosił sześć nabitych pistoletów, a działa odpalał za pomocą swojej podpalonej wcześniej brody (to ostatnie chyba nieczęsto, bo broda tak szybko nie rośnie, jak szybko się pali).
W każdym razie najlepszym źródłem wiedzy o karaibskich korsarzach jest książka fryzjera, chirurga i medyka bukanierów Alexandra Exquemelin. Pierwszy raz wydana w 1678r. w Holandii, obecnie także po polsku z zachęcającym tytułem: 'Dzienniki piratów. Dzieje kapitana Morgana i bukanierów, ręką naocznego świadka spisane.

Fakty i mity o piratach
Piraci byli bardzo przesądni i jak na wilków morskich przystało najbardziej bali się morskiej otchłani. Uważali, że złoty kolczyk w uchu poprawia wzrok, a przepaskę na jednym oku mieli po to, by szybko ją przełożyć na drugie oko kiedy wchodzili pod ciemny pokład, żeby nie musieć przyzwyczajać oka do zmroku panującego pod pokładem. Ubierali się nie według pirackiej mody, ale w to co złupili i w czym im było wygodnie, dlatego łatwo było poznać pirata po dziwacznym stroju. Ostatnim mitem jest pirat bez nogi czy z hakiem zamiast ręki – nie dość, że w tamtych czasach zabijała niemal każda drobna infekcja, to kalecy piraci jeśli w ogóle pływali na statkach to na pewno nie brali udziału w walce.

A to nasza podróż śladem karaibskich bukanierów z opisem miejsc nurkowych (można sobie powiększyć mapę, po prawej pojawi się lista m-c nurkowych i po wciśnięciu danego miejsca będzie opis): 


Martynika to zamorski departament Francji - czyli jest euro. Wyspa, odkryta przez Kolumba, położona jest w archipelagu Wysp Nawietrznych w Małych Antylach. Miejscowa ludność posługuje się językiem kreolskim. 
Saint Vincent i Grenadyny to część brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Głową państwa jest Królowa Elżbieta  :) Mieszkańcy to w większości potomkowie Afrykanów, zajmują się uprawą bananów, gałki muszkatołowej, bawełny, kakao i batatów. Są też największym na świecie producentem maranty trzcinowej, z której wyrabia się mączkę skrobiową do zagęszczania potraw. Jak wszyscy wyspiarze znają się także na ziołach :))
Saint Lucia to państwo leżące na wyspie o tej samej nazwie, należy również do brytyjskiej Wspólnoty Narodów i za wodza ma Królową. Mają piękną dewizę: Ziemia, Naród, Światło. Pierwotnie St.Lucia była zamieszkiwana przez Karibów, czyli Indian Karaibskich, których populacja zmniejszała się drastycznie wraz z napływem europejskich osadników. Nazwa Karibów czy Karaibów pochodzi z francuskiego i oznacza po prostu kanibali :). Ich potomkowie do dziś przetrwali w nielicznej grupie i zamieszkują m.in. na Dominice. Mam jednak wrażenie, że współcześnie nie uprawiają kanibalizmu?





18 grudnia 2013

Seyschelles - uśmiech Rasta, gigantyczne żółwie i 25kg pośladki z kokosa

4 stopnie od równika. Katamaran majestatycznie sunie po bezkresnych wodach oceanu indyjskiego. Ci, którzy akurat nie mają wachty leżą leniwie wsłuchani w ciszę, popijając miejscowe mini piwko Eku, przechodzące wieczorem w rum z drzewa Takamaka. Jasne promienie gorącego słońca prześwietlają błękitną wodę. Słychać tylko szum wiatru i skrzypienie masztów. W oddali majaczą granitowe, wulkaniczne wyspy porośnięte pradawnym lasem tropikalnym otoczone wspaniałymi, dziewiczymi plażami pilnie strzeżonymi falą przyboju. Raj? Jeśli tak upiornie gorąco jest w raju to ja się nie wybieram, ale na Seszelach było nieźle...
Archipelag Seszeli jest jednym z najstarszych rejonów świata, a ich geologiczne pochodzenie do dziś nie jest do końca wyjaśnione. Najbardziej przypadła mi do gustu historia łącząca powstanie Seszeli z ogromnym meteorytem, który ok 200 mln lat temu spowodował wyginięcie ponad 90% żyjących gatunków (wielkie wymieranie permskie) i przyczynił się do do pęknięcia subkontynentu indyjskiego. Obecny Madagaskar, Seszele i Indie oderwały się jako osobny blok lądu i wybrały sie w niecodzienną podróż. Nieco później, czyli jakieś 90 mln lat temu od całości odłączył się Madagaskar, a dopiero około 65 mln lat temu od zachodnich wybrzeży Indii oderwały się Seszele. Wówczas to ogromny fragment lądu o powierzchni nieco większej niż obszar współczesnej Polski, jako nowy mikrokontynent rozpoczął przemieszczanie na zachód. Potem większość zatonęła i to co obecnie nazywamy wyspami to jedynie wierzchołki najwyższych gór granitowego bloku o powierzchni ok.40tys km2 powstałego z materiału wyrzuconego z głębi ziemi ok. 750 mln lat temu, przypuszczalnie gdzieś w okolicach bieguna południowego. Zważywszy na obecny klimat historia potrafi być przewrotna... Za to ze względu na długą izolację (ludzka stopa, arabska zresztą, dotarła tam dopiero w Xw. n.e.) wyspiarze mogą pochwalić się kilkoma unikalnymi gatunkami fauny i flory. Cudem ocalałe od całkowitego wyginięcia w żołądkach pierwszych osadników - żółwie olbrzymie - traktowane dawniej jak żywe konserwy. Niesamowite stworzenia, niczym kanciaste pieski, wydaje się, że lubią towarzystwo ludzi, szczególnie kiedy gładzi się ich delikatne, długie na pół metra szyje, czarne papugi, niebieskie gołębie i w końcu godło seszeli - Coco de Mer kokosy w kształce pośladków :).  Całkiem zgrabne te pośladki - z resztą istnieje taka hmmm... legenda, że podczas sztormowych nocy palmy coco de mer- yyy... kopulują :) To ze względu na fakt, że nasiona (czyli pośladki właściwe) są zapylane kwiatami w kształcie... fallusa, które po zakwitnięciu mają zapach uryny, ale to już sobie obejrzycie na zdjęciach - znaczy kształty, a zapach - polecam wyobraźni :))
Seszele do tanich nie należą. nurkowanie jest drogie, a hotele drogie upiornie. Żywność w sklepach tak sobie, ale zdecydowanie brakuje warzyw. Po Mahe można się poruszać autobusami przejazd mniej więcej za jakieś 5 rupii seszelskich. Żeby zwiedzać wyspy trzeba płacić za możliwość zejścia na ląd ok.20-25 euro. Żeby popływać na rafie (a wizura raczej średnia z tendencją do mętnej i meduzowo-kwitnącej) trzeba zapłacić kolejne 15-20 euro, bo niemal wszędzie są parki narodowe. Spanie na dziko raczej odpada, ale poza ofertą Lonley na miejscu można też znaleźć ofertę agroturystyczną. La Digue - nasza ulubiona wyspę - należy zwiedzać na rowerze - wypożyczenie na cały dzień to 150 rupii - niewygórowana cena, za wspaniałą przygodę, a wieczorem koniecznie jakaś knajpka i pyszne kreolskie jedzenie. Najpiękniejsza i najbardziej dzika z wysp wewnętrznych jest Silhouette - z jedynym hotelem o cenach tak bajońskich, że już sam pobyt tam może onieśmielać. Najlepszą miejscówką jest jednak własny kawałek łajby i nocleg gdzieś pod niebem oświetlonym Pasem Oriona, przy kolejnej wyspie zamieszkałej jedynie przez dzikie ptactwo. Taki nasz załogowy Alcatraz...

Czas oczekiwania w Addis Abebie przekraczał 15 godzin i chociaż byliśmy w pełni przygotowani do spania na lotnisku to etiopskie linie lotnicze sprawiły nam niespodziankę w postaci voucherów na nocleg oraz posiłki w stolicy Etiopii - ech smak tej wspaniałej kawy...

14 marca 2013

W KRAINIE ZIELONEJ IGUANY

Trzynaście małych ptaszków uważnie obserwuje każdy mój ruch. Najwyraźniej są uzależnione od turystów. Kiedy spokojnie zjadam bułkę nie wykonując żadnych fałszywych ruchów, ptaszki powoli wracają do swoich stałych zajęć. Dziobią między kamieniami, grzebią w piórkach, ale wciąż z nadzieją na nadlatujące okruchy, popatrują w moim kierunku spod swoich przymrużonych pierzastych powiek. 
Po siedmiu dniach ślizgowych na desce (a wieje tu jak diabli) poczyniliśmy ogromne postępy okupione dziurami w dłoniach, startym kolanem i kilkoma siniakami. Plaża Sorobon, Lac Bay to najlepszy na świecie spot windsurfingowy do nauki – niewiele gorszy od Helu, poza tym, że woda jest ciepła i czysta, a wiatr równy i mocny. Spaliliśmy wszystkie wystające członki i mięśnie – jedne słońcem, a drugie pływaniem. Nurkowanie teraz jest jak wybawienie, ale za to niemożliwie marzniemy. Po drugim nurkowaniu ściągam piankę tylko do połowy i zaszywam się w miejscu możliwie osłoniętym od wiatru. Ogrzewając się w promieniach palącego słońca wsłuchuję się w kamyki przesuwane dźwięcznie odpływającą falą. Od kilku dni zastanawiam się jak nazwać dźwięk wydawany przez rozsypane koraliki? Tak właśnie brzmią te kamyki obrabiane na całej długości bonairskiego wybrzeża. Mam sporo czasu na myślenie, bo nie mając pojęcia, że na Bonaire nurkuje się z brzegu - wynajęliśmy skuter. Teraz jesteśmy sławni, wśród całej rzeszy nurków z pick-upami, bo na tym małym, zwrotnym skuterku mieścimy się my, butle i cały sprzęt nurkowy. Niestety tylko dwie butle, dlatego czas na dekompresję ja poświęcam na zbadanie możliwości wejścia do wody w kolejnym miejscu nurkowym (czyli śpię, myślę, jem, nawiązuję nowe znajomości albo czytam), a Bartek jeździ do bazy po powietrze. Od sześciu dni przeczesujemy miejscowe rafy na głębokości od 12 do 15m w poszukiwaniu legendarnego, czarnego konika morskiego, który ma tu niby występować. Widzieliśmy już wszystkie endemiczne żyjątka i roślinki, a konika ani widu, ani słychu. Aż tu nagle podczas przedostatniego nurkowania Bartek zaczyna wywijać podwodne hołubce (no bo jak pokazać konika pod wodą? Trzeba naśladować jazdę konną – pomysłowe, ale partner może sądzić, że to atak padaczki :)) Konik jest nieśmiały i nie taki malutki jak można by się spodziewać. Boi się nas tak, że chociaż chciałoby się go uściskać to jednak zaczynamy trzymać się na odległość. Pływa śmiesznie podwijając ogonek pod siebie i ruszając maleńką płetewką na grzbiecie. Ostatniego nurka już nie robimy – fakt, że nam się nie chce, ale ostatecznie zobaczenie konika morskiego na sam koniec to rewelacyjna wymówka!

13 lutego 2013

MALEDIWY - RESTRYKCYJNE PAWIE OCZKA

Tysiące kryli wirujących w szalonym tańcu wokół światła mojej podwodnej latarki. Takie sceny zapadają na zawsze w pamięć. Kryle wabione ostrym światłem podpływają jak najbliżej, tłoczą się w tym niewielkim polu odbijając od wszystkiego co stanowi przeszkodę, od latarki, mojej twarzy i rąk. Z ogromnym zdziwieniem przyglądam się różnorodności tych maleńkich istotek. Jest wczesny wieczór. Pewnie do jutra połowa z nich zostanie pożarta... Nie tylko życie podwodne jest tu zadziwiające. Legenda głosi, że pewnej nocy do wód Oceanu Indyjskiego spadł deszcz gwiazd. O świcie część z nich wypłynęła na powierzchnię, tworząc archipelag Malediwów. Prawda jest trochę mniej romantyczna - atole są stworzone z milionów obumarłych polipów, których wapienne szkielety tworzą zwartą strukturę, a w wyniku erozji powstaje śliczny, bialutki piasek, na którym może już rozwijać się wspaniała, tropikalna roślinność znana ze zdjęć na naszym pulpicie ;).
Archipelag Malediwów zasiedlili w V wieku n.e. osadnicy buddyjscy. Współcześni mieszkańcy Malediwów posługują się jezykiem Dhivehi. Pismo, jakiego używają, nazywa się thaana, powstało w XVI wieku i odczytuje się je od strony prawej do lewej. W alfabecie są 24 litery. Republika Malediwów składa się z 26 atoli i 1200 wysp. Tylko 200 z nich jest zamieszkanych, a jedyne 90 ma pozwolenie na przyjmowanie turystów. Rząd Republiki Malediwów skutecznie izoluje turystów od lokalnej społeczności, przewożąc ich na wybrane wyspy, które wcześniej otrzymały pozwolenie na prowadzenie działalności. Nie ma możliwości samodzielnego poruszania się po kraju, a na innych wyspach, niż resortowe można przebywać tylko do godziny 18 - przynajmniej oficjalnie, nie próbowaliśmy tego sprawdzać. Na niespełna 300 km2 lądu mieszka 300 tysięcy ludzi. Oficjalnie wszyscy z nich to muzułmanie. Jako jedyny kraj na całym świecie, Malediwy żądają oficjalnie od wszystkich swoich obywateli wyznawanie islamu, w przeciwnym razie traci się obywatelstwo. Od ponad 10 lat Malediwy to jedno z pierwszych miejsc na Światowym Indeksie Prześladowań Open Doors (w 2011 było to 6 miejsce). Poza tym nie wolno do kraju wwozić alkoholu, wołowiny, a także symboli religijnych - w tym biblii, która jest surowo zakazana. Turyści złapani na próbach przemytu muszą jedynie zostawić zakazane towary w depozycie i odebrać je przy wyjeździe.  
Malediwy to raj turystyczny, ale mieszkańcom wcale nie jest tu tak wesoło. Kiedy w lutym 2012r. dokonano zamachu stanu, nowy rząd wprowadził zakaz prowadzenia salonów spa i masażu, które miały być według rządu przykrywką dla nierządu. Szybko jednak wycofano się z tej decyzji bowiem... spadły przychody z głównego źródła utrzymania. Gospodarka Malediwów oparta jest na turystyce (w 2011r. dochody z turystyki stanowiły aż 30% wartość PKB), i rybołówstwie (głównie tuńczyk). Uprawia się tu palmy kokosowe, drzewa chlebowe i banany, ale właściwie na własny użytek. Przemysł jest bardzo słabo rozwinięty. Kolejnym problemem są śmieci. W zasadzie nie ma ich gdzie składować. Stworzono nawet rajską wyspę śmieciową, ale ta szybko została zapełniona. Śmieci przewozi się na Sri Lankę.
 
MALEDIWSCY UCHODŹCY KLIMATYCZNI 
Malediwy leżą zaledwie dwa metry ponad powierzchnią poziomu morza. Przeciętna wysokość nad poziom morza liczona jest tu dosłownie w centymetrach. Republika w przeciągu 100 najbliższych lat może podzielić losy Atlantydy i na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Wszystko to za sprawą globalnego ocieplenia. W 2009r. prezydent Mohamed Nasheed wraz z 12 ministrami podpisali dokument wzywający do zmniejszenia na całym świecie emisji związków węgla do atmosfery. Nie byłoby by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że zrobili to na głębokości 6 metrów pod wodą. Towarzyszyły im ekipy telewizyjne z całego świata, ponieważ ten happening zorganizowano na miesiąc przed wielkim, światowym szczytem klimatycznym w Kopenhadze.

Male jest chronione przez mur-zaporę zbudowaną przez Japończyków, ale takich murów nie da się zbudować wokół wszystkich wysp i atoli. Dlatego, co jest absolutnie wyjątkowe - rząd szuka nowego terytorium dla swoich obywateli. Toczą się rozmowy ze Sri Lanką i Australią o przeniesieniu całej Republiki w inne miejsce ;).
Powiedzenie: 'byłem na Malediwach' przestanie więc być takie oczywiste...

26 listopada 2012

Ania, Bartek, mgła i wózki

Powietrze: -3 stopnie, gęsta mgła. Woda: +10, widoczność dobra. Pływanie: po powierzchni: 40 minut pod powierzchnią: 58 minut Od razu widać gdzie czujemy się lepiej ;) Wózki: Tesco: 22 sztuki Lewiatan: 1 sztuka Czyli kolejna akcja Piotrka - wózki policzyć, zainteresować tematem i wydobyć z Zakrzówka! My się zgłaszamy na ochotników. Jak zwykle... i pewnie tylko dlatego, że nam robi takie ładne zdjęcia... ;)

20 listopada 2012

USŁYSZEĆ DELFINY

Dzieeeeń dobry! O 5:30 budzi nas głos Caponiego. Jest wschód słońca i wszystkim czynnościom na łodzi towarzyszy lekkie lub mocne kołysanie. Szybki briefing, łyk herbaty. Zaczyna się rytuał dnia. Raz, dwa, trzy. Odchylam się do tyłu. Wokół pojawiają się bąbelki. Opadam w dół. Znajduję się teraz w moim alternatywnym, równoległym świecie, w którym nie istnieją problemy i nie ma żadnych zmartwień. Otacza mnie nasycona cisza, w której każdy inny dźwięk poza własnym oddechem dochodzi z wolna do uszu, by po chwili rozpłynąć się gdzieś w tej trójwymiarowej przestrzeni. Nagle zupełnie niespodziewanie do moich uszu dochodzi ten dobrze znany radosny dźwięk. Delfiny - pokazuję Bartkowi uśmiechnięta od ucha do ucha, ale tak żeby znów nie zalać maski. Sama myślę, że to chyba niemożliwe. Delfiny? Tutaj? Teraz na rafie? Rozglądam się dookoła i widzę je tuż przy powierzchni - 7 sztuk, popiskują do siebie nieustannie i klekoczą.
Ten dźwięk pod wodą nie każdy może usłyszeć. Delfiny za pomocą precyzyjnie ukierunkowanego strumienia ultradźwięków są w stanie przetworzyć dane w trójwymiarowy model otoczenia. Postrzegają z taką samą precyzją jak my, ale te miłe stworzenia widzą nie tylko wszystko wokół siebie, ale również potrafią zajrzeć do wnętrza innych istot, co wykorzystują podczas grupowego polowania. Zaglądają pod piasek, słyszą z odległości 24km, a czasem wykorzystują silne ultradźwięki do ogłuszania swoich ofiar. Krótko mówiąc delfiny to urodzeni zabójcy. Internet donosi, że mówią do siebie pełnymi zdaniami i nadają sobie imiona! To, że uprawiają seks dla przyjemności wiedzą niemal wszyscy, ale że używają seksualnych zabawek (patyki, kości) i są wśród nich delfini homo i biseksualiści - przyznam szczerze to mnie zaskoczyło ;). Pozytywnie oczywiście - nie ma im co żałować ;)). W zatoce Shaab Samadai (Dolphin House) pływaliśmy z delfinami w jednym stadzie, tak blisko, że mogłam policzyć blizny na ciele samca. Wszędzie wokół, obok nas, przed i pod nami były delfiny. Nie wiem jak one to robią, ale kiedy są blisko to samą obecnością skutecznie odganiają depresję. Wystarczyło spojrzeć na naszą grupę po wyjściu z wody, nieczęsto widuję tak nieograniczoną, najprawdziwszą radość. Rekiny nadpływają bezszelestnie. To jest w nich troszkę przerażające. Moim nowo poznanym faworytem gatunku jest żarłacz białopłetwy, niezwykłej urody Carcharhinus Longimanus. Dorosłe osobniki osiągają do 3m długości, często można je spotkać blisko powierzchni i zwykle nie pływają samotnie - my widzieliśmy najczęściej po dwa. Pierwsze spotkanie było bardzo ciekawe. Kiedy popędziliśmy za pierwszym, żądni pamiątkowej fotki, z za naszych pleców wypłynął drugi i tak nas zaskoczył, że palec na migawce nawet nie drgnął... Biedny Longimanus ze względu na przyzwyczajenia (pływa płytko jak na rekina) nie tylko wyrobił sobie złą opinię pożerania ludzi po wypadkach morskich, bo na miejscu wypadku jest często widziany jako pierwszy, ale jest też masowo odławiany, często przypadkiem. Jego duże płetwy piersiowe są dobre na zupę, wątroba ma wiele witamin, a skórka nada się dobrze w przemyśle odzieżowym - biedaczysko jest na wyginięciu mimo tego, że samica w jednym miocie rodzi od 6-ciu do 15 młodych. I kto tu jest niebezpieczny...