PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty

09 kwietnia 2012

PRZEŁĘCZ SMUTNA

Ruszyliśmy nasze świąteczne, napakowane brzuchy na spacer w góry. Pogoda rewelacyjna, a warunki śniegowe jeszcze lepsze - trafił nam się świeży opad z nocy i chociaż śnieg był trochę ciężki to nie ma co narzekać - lanoponiedziałkowa wycieczka udała się na medal!

23 kwietnia 2011

MOKRE NARTY


Kiedy większość ludzi biegała po sklepach w ferworze ostatnich przedświątecznych zakupów, my zapakowaliśmy się w samochód i popędziliśmy na narty. Śmieszne, ale prawdziwe ;). Wszędzie dookoła wiosna w rozkwicie, upał, strumyk przy wyciągu, ale na Gąsienicowej wciąż da się jeździć. Na Goryczkowej też się dało, ale tylko kawałek, a potem - jak to się mówi - z przerwami... Pierwszy i na pewno ostatni raz w tym sezonie zjechaliśmy do Kondratowej - zjedliśmy borowikową u Andrzeja, a na koniec przespacerowaliśmy się nartostradą. Zadziwiające jak tu zielono... i nawet ładnie, chociaż... ja wolę ten krajobraz oglądać zimą... RADOSNYCH ŚWIĄT.

17 kwietnia 2010

Lampa na Gąsienicowej

Zobacz inne fotki z Gąsienicowa
warunki swietne ale po 11 zjazdach jestesmy troche zmeczeni. Narty zjazdowe przetestowane kolano lekko wykrecone (przesadzilam z predkoscia) licze na fajny zjazd zamknieta goryczkowa
...
Byliśmy sami na Goryczkowej, dopadało świeżego śniegu (ten rodzaj, taki trochę mokry, zleżały, to się chyba gips nazywa - nie wiem, ale jakoś tak mi pasuje) i wycinaliśmy takie ślady, że aż miło ;).
Na dużym 'esie' kolano mi padło, ale Piotrek zrobił bandaż elastyczny z szalika i udało się zjechać (z małymi, błotno-trawiastymi przerwami) do samych Kuźnic. Lewa noga (jakaś pechowa jest - ostatnim razem tam pachwina była naciągnięta) przestała się zginać, ale dla takiego zjazdu było warto - i tak to już definitywny koniec sezonu, chyba, że... z powodu pyłu wulkanicznego nie polecimy do Tajlandii...

05 kwietnia 2009

Rakoń 1876

Zobacz inne fotki RAKOŃ

Sezon grillowy rozpoczęty!
Cudowny wypad, rewelacyjna pogoda - było fantastycznie! Z wycieczkami ski tourowymi jest tak, że przy każdej mogę spokojnie skopiować to zdanie. Faktycznie pogoda ostatnio dopisuje, a jak się do tego doda piękne, ośnieżone szczyty Tatr to nie wiem, jak innym, ale mi do szczęścia niczego więcej nie trzeba. Zimą w Tatrach jest niewielu turystów i kiedy tak wychodzi się pod górę na samotnym zboczu, pot zalewa oczy i słyszy się tylko własny oddech to jakby przenieść się w jakiś inny, lepszy wymiar. Nie ma mowy o stresach, pracy, codzienności. Liczy się tylko "tu i teraz". Pewnie dlatego to jest takie pociągające. A jak już się wyskrobie na szczyt, z językiem gdzieś w okolicy kolan, to człowieka ogarnia taka radość jakby osiągnął największy sukces, albo wygrał w toto-lotka (ale w toto-lotka nigdy nie wygrałam to w sumie nie wiem jakie to uczucie).
Grill na Rakoniu (postawiony na słupku granicznym) to był naprawdę dobry pomysł (wszystkie śmieci zabraliśmy ze sobą!). Po raz pierwszy w naszej ski-tourowej historii, zjazd był dla wszystkich perfekcyjny i teraz to już na poważnie myślimy o zakończeniu sezonu na Zawracie.

Anna Bucholc prosi o komentarze:

30 marca 2009

ODWILŻ, PECH i ROHACE

Ostatnio nasze życie to taka przyjemna rutyna - jeśli tak to można nazwać. Po powrocie z weekendu, rozpakowujemy się, robimy pranie i wkładamy ubrania z suszarki prosto do plecaka. W tygodniu wszyscy dzielnie pracujemy, obmyślając jednocześnie w jakim kierunku kolejna wycieczka. Zanim się obejrzymy jest piątek i już siedzimy w samochodzie mknąc ku przygodzie...

Ten wyjazd był niezwykły pod każdym względem. Umówiliśmy się na sobotę rano, ale piątek z powodu spontanicznej imprezki znacznie się nam przeciągnął. Zaczęło się więc od drobnego spóźnienia. Po zabraniu wszystkich pakunków do garażu i otwarciu bagażnika naszym oczom ukazała się sterta zdjęć z wyprawy do Indii. W międzyczasie bowiem skończyły się propozycje wystawiania tych zdjęć i musieliśmy je zabrać z galerii, ale sama nie wiem jakim cudem, udało nam się o tym zapomnieć. Nastąpiło szybkie przetasowanie, przeniesienie zdjęć do domu, przeparkowanie aut i upchanie bagażu. Na szczęście Jacek miał tylko niewielki plecak, bo jak się jedzie samochodem to nie wiem jakim cudem, ale zawsze wszystkiego ma się za dużo i przestaje się mieścić. Spóźniliśmy się niecały kwadrans, ale trzeba było jeszcze zatankować i zjeść śniadanie. Wybraliśmy Wild Beana na BP i wszystko potoczyłoby się normalnie gdyby nie to, że Bartek nie zabrał portfela. Na szczęście nie odjechaliśmy za daleko, więc kierowca zawrócił po portfel, a reszta ekipy poszła na śniadanie. Zadowoleni odjechaliśmy ze stacji z pełnymi brzuchami i portfelem w kieszeni, ale miny nam zrzedły już po pierwszych kilkuset metrach kiedy okazało się, że jest gigantyczny korek. Pewnie jesteśmy optymistami, bo stwierdziliśmy, że jest ładna pogoda, wakacje, mamy czas i gazetę Wyborczą, więc poczytamy. Po 20 minutach było po wszystkim i już bez przeszkód dojechaliśmy do Zuberca. Potem było już tylko lepiej - pogoda super, zwały śniegu i my z nartami przypiętymi do butów... Szczęście nie trwa jednak zbyt długo. Bartek odkrył, że znowu nie ma portfela! Po krótkiej weryfikacji doszliśmy do wniosku, że został w bagażniku i zostało postanowione:"idziemy dalej". Był śnieg, były sarny, było pięknie. A po 2 godzinach zepsuła się pogoda. Wiało tak, że nie było wątpliwości, że w wyższe partie gór nie wyjdziemy. Doszliśmy do jakiejś chaty i fantastyczni, gościnni Słowacy zaprosili nas na herbatkę. Rewelacyjna rodzinka - podobno cała licząca 30 osób i wszyscy usportowieni, nawet 8-miesięczny Maciek. Upiekli nam słoninkę w kominku, opowiadali o swoich wycieczkach i pokazali nam świetne zdjęcia z wspinaczki na lodowcu we Włoszech i filmik z pływania w śniegu po saunie. W drodze powrotnej zaszliśmy do Sindlovca (serdecznie polecam, w tej chwili niezbyt tanio, ale atmosfera super, jedzenie pyszne i przemiła właścicielka) i po obfitym obiedzie, rządni przygód postanowiliśmy wyjść na wyratrakowany stok i zjechać - absolutna rewelacja! Zapadający zmierzch, "fukający" wiatr, tylko my i ratraki. Pod górę bardzo męcząco, ale za to z jaką prędkością w dół! Jakby tego nam było mało poszliśmy na skróty i najpierw przejechaliśmy po niewielkim strumyku, a chwilę później musieliśmy przeprawić się przez prawdziwy szeroki potok (pewnie z 5m szerokości). Światła Primuli (naszego hotelu) było już widać z tamtego miejsca i postanowiliśmy nie odpuszczać. No cóż, bród nie był taki płytki jak nam się zdawało, za to woda była tak zimna jak można było przewidzieć. Uchachani dotarliśmy do samochodu i... na masce leżał słynny już portfel Bartka! Spędziliśmy upojny wieczór oglądając zdjęcia z Peru i słuchając opowieści Jacka, potem oglądaliśmy nasze zdjęcia ze ski-tourów i Jacek słuchał naszych opowieści, aż zrobiła się 3 rano i przyszedł czas na spanie.
Zobacz inne fotki ROHACE

A potem przyszła odwilż... i deszcz. I chociaż dobrze, że było ciepło i nie było ludzi, bo na stoku, przemoczeni do suchej nitki, szlifowaliśmy nasze umiejętności. Kiedy skończyła nam się cierpliwość rozgrzaliśmy trochę kości na basenie w Oravicach. Deszcz padał cały czas, więc postanowiliśmy wracać do Krakowa. I nagle znowu wrócił pech. Zaczęło się od korka w Gaju i szukaniu objazdu. Najpierw wjechaliśmy w jakąś drogę do nikąd i zawróciliśmy przy tabliczce "koniec drogi - GPS kłamie". Potem wjechaliśmy w bukszpany u kogoś na podwórku i auto zakopało się w błocie. W strugach deszczu, brodząc w błocie próbowaliśmy je wypchać przy głośnym narzekaniu właściciela domu, który miał słuszne pretensje o niszczenie trawnika. Na koniec zażądał zakopania dziur, a kiedy Jacek to robił z okna wychyliła się zatroskana kobieta i krzyknęła: " Panie, już to zostawcie". Dramatyczna sytuacja... a kiedy udało nam się wjechać na właściwą drogę i dotarliśmy już do Skawiny coś się zepsuło. Z prawego koła dochodził zgrzyt blachy i nie dało się dalej jechać. Wezwaliśmy autopomoc i znów czytaliśmy tę piątkową Wyborczą. A najśmieszniejsze jest to, że jak po 50 minutach przyjechała laweta auto ruszyło bez problemu i po zgrzycie nie było śladu... w warsztacie też nic nie znaleźli i oficjalna wersja jest taka, że to był kamień i wypadł :)

23 marca 2009

DOCZEKAŁ SIĘ I KASPROWY ORAZ TOPIENIE MARZANNY

Zaczęło się w piątek po południu od topienia Marzanny. Ostatnio tradycja żegnania Pani Zimy chyba zanika, bo wzbudzaliśmy niezdrowe zainteresowanie u młodzieży – cytuję:”HAHAHA – O BOŻE, A CO TO?!”. Dziwne przecież to pamiętny dzień wagarowicza – myśmy się nawet w Liceum przebierali :)

Pan Marek – okrzyknięty najlepiej ubranym w naszym towarzystwie – wygłosił mowę pożegnalną i fiuuu – Marzanna płynęła do morza, a my staliśmy w korku na 'zakopiance'. Dwie godziny później biliśmy rekord trasy na Kondratową. W sobotę zaczęła się prawdziwa przygoda – niezrażeni pogodą i zagrożeniem lawinowym, zdobyliśmy Kasprowy – do połowy – bo było za ciężko i za brzydko – więc skorzystaliśmy z wyciągu. Pierwsze dwa zjazdy były takie sobie, mgła choć oko wykol i ziąb wielki, ale do trzech razy sztuka. Teraz wiemy, że w Trysil było fajnie, ale nie ma to jak wyjechać z mgły i zobaczyć wyłaniające się znad chmur szczyty naszych Polskich Taterek. Wypogadzało się do późnego popołudnia, była jazda na maksa, grzańce i słońce, a wieczorem mała schroniskowa imprezka. Czegóż więcej nam trzeba? W niedzielę ładnie było tylko rano, ale tym razem wyszliśmy na szczyt i Kasprowy uważam za zaliczony. Zjechaliśmy gąsienicową w takiej mgle, że nic prawie nie było widać – ale może to i lepiej...za to zjazd w lesie do Kuźnic wynagrodził wszystkie trudy i dzień zakończyliśmy w rewelacyjnej – już chyba ulubionej knajpce „Bury Miś”.
Zobacz też inne fotki KASPROWY WIERCH

p.s. Grzesiek donosi, że na Kasprowym Wierchu rekordową grubość pokrywy śniegu odnotowano 15 kwietnia 1995r. i wynosiła 355cm, dzisiaj rano odnotowano 325cm, ale cały dzień padał śnieg - do rekordu więc coraz bliżej :). Będziemy to śledzić na bieżąco!

Anna Bucholc prosi o komentarze:

15 lutego 2009

TATRY - GRZEŚ

Tutaj nie potrzeba żadnego komentarza - trzeba zobaczyć filmik :)



Anna Bucholc prosi o komenatrze:

25 stycznia 2009

Narty i Tatry





No jak sprzęt lżejszy to nogi nie bolą i chyba już się nauczyliśmy zjeżdżać - styl jeszcze bardzo średni, ale zakręty już mniej więcej wychodzą. Wyszliśmy na Kondratową i zjechaliśmy tą łatwiejszą i mniej stromą częścią nartostrady z Kasprowego :). Bardzo fajnie, tylko pogoda kiepska, odwilż i mało śniegu. No i nawet foki nie dają rady na oblodzonej, stromej ścieżce. W kilku miejscach wychodzenie na górę bardziej przypominało wspinaczkę skałkową niż ski-touring :).

Anna Bucholc prosi o komentarze: