PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santa Fe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santa Fe. Pokaż wszystkie posty

13 lutego 2011

KARAIBSKI SEN O DELFINACH

Scooby Doo i Gringo de la Montana to miejscowi dziwacy – jeden bardziej pijący, drugi ekscentryczny. Obu już poznaliśmy chociaż jesteśmy tu dopiero od wczoraj. Siedzimy w Cafe del Mar pełni owoców morza i piwa Polar Bear. Sylwia śmieje się, że jest godzina 20 – Karaiby – ciemno i cisza – a najliczniejsze i najbardziej egzotyczne na tej plaży są psy (jeden z rozdartym uchem, drugi bez sierści, trzeci kostropaty). Powietrze pachnie krewetkami w sosie czosnkowym...

Wojtek chce być więcej wzmiankowany w moim blogu – nie ma sprawy – więc piszę – naturalnie... Czasami jak czyta to mu miło jak się pojawia jako postać drugoplanowa – tak mi tu mówi, więc oddaje mu cześć za poduczenie się hiszpańskiego co niezykle ułatwia pobyt w Wenezueli. Czasami niewielkim utrudnieniem jest fakt, że miejscowi udają, że go nie rozumieją, ale w większości przypadków udaje się dogadać. Sylwia mówi, że Wojtek wygląda jak różowy delfin ;0. Faktycznie pięknie się opalił – po wenezuelsku, ale nic go nie boli i nie jest poparzony.

Jesteśmy tu od wczoraj – dotarliśmy z przygodami – taksówkarz wysadził nas na dworcu, skąd ruszyliśmy w miasto jak objuczone osły. Tu było inaczej – każdy nas zaczepiał, uliczki jakieś takie podejrzane, daleko w pierniki i przede wszystkim ciężko. W końcu dotarliśmy na plażę z zamiarem zatrzymania się w polecanych 7 delfinach, aż tu w pierwszej kafejce widzimy Sylwię i Radka z Wrocławia. Ledwie ich pożegnaliśmy trzy dni wcześniej w Ciudad Boliwar, a tu siedzą na plaży i czekają na nas ;). Świat jest mały, a plaża w Santa Fe jedna...

Piaszczyste plaże, malownicze zatoczki, kryształowa woda, niezamieszkałe wyspy porośnięte gigantycznymi kaktusami – dokładnie tak wyobrażalismy sobie Karaiby. Jest po sezonie – cisza i spokój – troche wieje nudą, ale my chcemy się nudzić i leżeć, i nic nie robić – pić piwo, jeść rybki... Sylwia i Radek polecają łódkę, więc kupujemy pływanie łodzią za niecałe 20zł dziennie (z wliczonym lunchem). W wypożyczonych maskach oglądamy rafę i plażujemy wciaż zmieniając miejsce – laba. Delfinów tu tyle, że aż piszczymy z uciechy. Co kawałek zwalniamy żeby zmienić się w szalonych paparazzi, a mnie z podniecenia nie udaje się nagrać filmu. W pewnym momencie Sergio zatrzymuje łódź i krzyczy – do wody! Bez namysłu wskakujemy (trochę się boję, ale ciekawość silniejsza...). delfiny niestety nie chcą się z nami bawić, ale pod wodą słyszymy jak gadają do siebie – wrażenie piorunujące – zupełnie jak w filmie – adrenalina niemal paraliżuje ruchy. W pewnym momencie cała grupa wyskakuje tuż przy nas – Sergio, jedyny przytomny, który wychował się w Santa Fe – robi zdjęcie. My absolutnie zauroczeni – to nie wyreżyserowany scenariusz – to prawdziwe morze i najprawdziwsze na świecie delfiny – nie dają się pogłaskać, ale można je z bliska podglądać i usłyszeć, a to rozbudza apetyt, że aż strach...

12 lutego 2011

MANIANA

Ale odjazd. Siedzę na plecaku. Tuż nad głową bębni głośno latynowska muzyka. W ciemności autobusu pędzącego krętą drogą czuję jak pali mnie twarz spieczona popołudniowym słońcem. Powinniśmy już jechać nocnym do Meridy, a wracamy z powrotem do Santa Fe. Nasz nocny według rozkładu miał odjechać o 7:30, a pojechał o 6 (15 minut temu). Na pytanie co teraz, usłyszeliśmy praktyczną, niepozostawiającą wątpliwości informację: 'maniana' – czyli jutro.

Wenezuela... a dla nas kolejny dzień na plaży. Dziś rano Sywia pojechała w kierunku Polski (a właściwie do Caracas). Teraz zostaliśmy w trójkę z nikłą szansą na spotkanie z Romą przed powrotem do domu. Jesteśmy dokładnie w połowie przygody i jak wszystko pójdzie dobrze w poniedziałek wyruszamy w Andy na Pico Bolivar. Jutro wieczorem zamieszę (mam nadzieję) fotki i wpisik z Karaibów oraz resztę zdjęć z Orinoko – do plażowej kafejki nie mam już serca.