PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ski-tour. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ski-tour. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2014

DZIEŃ KOBIETY - DACHSTEIN W NOWYM WYDANIU :)

Wtorek Kraków - Dachstein
Środa Gjaidalm hütte
Czwartek Gjaidalm hütte
Piątek Weisberghaus
Sobota Weisberghaus
Niedziela Hallstatt
Poniedziałek Kraków - Szczecin
Wtorek Poznań
Środa Berlin
Pewnego dnia rano, w śliczny poniedziałek, otwieram oczy i czuję, że po raz pierwszy od wielu miesięcy wszystkie systemy w głowie znów są włączone. Krew buzuje w żyłach, a życiu przywraca się normalne tempo. Ta data powinna zostać w mojej pamięci - ścinam włosy na Hally Berry tak, że najdluże nie mają więcej jak dwa centymetry i uśmiecham się od ucha do ucha. Może zimowe wyjazdy na Dachstein staną się tradycją?



09 kwietnia 2012

PRZEŁĘCZ SMUTNA

Ruszyliśmy nasze świąteczne, napakowane brzuchy na spacer w góry. Pogoda rewelacyjna, a warunki śniegowe jeszcze lepsze - trafił nam się świeży opad z nocy i chociaż śnieg był trochę ciężki to nie ma co narzekać - lanoponiedziałkowa wycieczka udała się na medal!

11 marca 2012

PRZEZ POLICE NA HALĘ KRUPOWĄ


Wyleźliśmy na Police tak po prostu przez podwórza i las do niebieskiego szlaku. Pogoda była niesamowita, widoki fantastyczne - pełna panorama Tatr i masyw Babiej na wyciągnięcie ręki. Lód w końcu odpuścił i mieliśmy najlepszy zjazd w tym sezonie. Najpierw czarnym, potem zielonym szlakiem, a na koniec tak na wprost przez las i polany prosto do samochodu. Frajda jest taka, że nawet nie potrafię tego przekazać. Szkoda... ale niech żałuje ten kto nie próbuje ;)

p.s. a na stronie schroniska znalazłam rekordy i atuty:

Najniższa temperatura: - 26oC (23.01.2006)
Najwyższa temperatura: 26oC
Najgrubsza pokrywa śnieżna: 2 metry.
Najmłodszy turysta: 46 dni po urodzeniu
Najstarszy turysta: 86 lat.
Największe zamówienie: 500 bigosów.
Największa inwersja temperatur: - 4oC na Hali Krupowej i równocześnie - 28oC w Sidzinie Wielkiej Polanie (przy różnicy wzniesień ok. 450 m oraz dystansie w linii prostej ok. 3 km).
Najmłodsze "stażem" małżeństwo w schronisku: 22 godziny po ślubie (Hanna i Łukasz Kudliccy).
"Najwierniejszy" gość schroniska: ponad 100 wizyt.
ja dodaję jeszcze rekordowo miłą Panią i pyszną schroniskową szarlotkę ;))

05 marca 2012

ZAMROŻONY TURBACZ

Zanim cokolwiek o wycieczce, to muszę zadać nurtujące mnie od kilku dni pytanie: 'kto u diabła podmienił naszą Reprezentację i co zrobił z beznadziejnie grającymi partolami?' Nie lubię piłki nożnej - to fakt - ale miło było popatrzeć na ambitnych chłopców, którzy chyba pierwszy raz od wielu, wielu lat grali zespołowo i w dodatku z pełnym zaangażowaniem. Brawo! Ciekawe na jak długo starczy im pary?

Wyjechaliśmy stąd w piątek po pracy, a dziś od 6 rano znów siedzę na antresoli. Podglądam ptaszki i słucham jak świergolą za oknem, a Pan sklepikarz powiedział nam ostatnio, że u sąsiada o 3 nad ranem pojawił się łoś. ŁOŚ! Istny przystanek Alaska u nas na wiosce - już się nie mogę doczekać, aż skończymy prace budowlane i będzie można zaczaić się z lornetą ;). Chociaż tymczasem się nie zanosi i to nie dlatego, że nie mamy lornetki...

Turbacz po raz pierwszy zdobyto. Świetne warunki na tury gdyby tak jeszcze wiedzieć którędy zjeżdżać, bo szlakiem było średnio (wyjście z Koninek zielonym i czerwonym, zjazd niebieskim). Na szczycie pełne zaskoczenie. Drzewa zastygłe w lodowych formach, na tle błękitu nieba i zamrożony wiatr oświetlony mocnym wiosennym słońcem, setki zdjęć pod hasłem: 'dobra, to już ostatnie' i wyborny obiad, a potem malutkie rozczarowanie, kiedy szykujemy się do boskiego zjazdu, ale narty ani myślą zanurkować w pokrywie gorczańskiego lodowca. Karkołomny zjazd w czymś co miejscami przypominało wymuldżony tor saneczkowy, potem siup do lasu między drzewa i... spóźniliśmy się na umówione spotkanie aż o godzinę ;(

26 lutego 2012

SPECJALIZACJA PODLODOWA, ZJAZD Z RYSIANKI, A WYPADKI ZDARZAJĄ SIĘ W DOMU...

Szalony tydzień. Jakby każdy był taki to zostalibyśmy sportowcami roku. Zaczęło się niewinnie od powrotu z Włoch, potem był Kasprowy w ciemności. Zaraz po Kasprowym wykorzystaliśmy niemal ostatni moment na zrobienie specjalizacji podlodowej ;))

W międzyczasie skatowaliśmy się filmem 'w ciemności', który w wielkim skrócie nazwę dość surowym, ale przy okazji odkryliśmy gazówki w Sukiennicach:

W piątek mimo wiatru i brzydkiej pogody ruszyliśmy na Rysiankę. Było wietrznie i chłodno, ale załapaliśmy się na cudowny zachód słońca. I obyłoby się bez przygód, gdyby nie to, że teraz w schroniskach coraz częściej mają sauny (i kto to widział?!). Oczywiście zdecydowaliśmy się na atrakcję wieczoru i przy pierwszym wyjściu z pod prysznica wygrzmociłam się tak szpetnie, że nie tylko stłukłam kolano na kwaśne jabłko, to jeszcze ubiłam sobie brodę i kawałek zęba!!! Utłukł mi się przedni kieł - ten najbardziej wystający i czeka mnie wizyta u dentysty ;(( Na szczęście kolanem zajął się Goprowiec, ale po całonocnych okładach z lodu rano i tak bolało, więc początkowo zamiast zjazdu na nartach miałam mieć atrakcję w postaci zjazdu skuterem śnieżnym - niestety taka przyjemność kosztuje stówkę, więc... zjechaliśmy niebieskim szlakiem i... było BOSKO!!! Śnieg lekko mokry, ale każdy z nas robił własny ślad. Śmigaliśmy między drzewami, aż miło i niech mi ktoś jeszcze powie, że narciarstwo jest urazowe, to mu każę chodzić do sauny w kasku!

22 lutego 2012

W COLFOSCO JEST BOSKO, A KASPROWY JEST ZMIENNO-ZIMOWY

Pęd wiatru wywiewa resztki myśli z mózgu. Wielka biel dookoła, narty suną w dół stoku, mięśnie rozgrzewają się i zwalnia się blokada. Nic już nie ma znaczenia, jest tu i teraz, a życie wypełnia radośnie każdą komórkę. Uwielbiam to uczucie.

Tydzień doskonale przygotowanych tras w Val di Fassa, pyszne Calimero, doborowe towarzystwo i przejechane 211km - czyli, żeby było tak bardziej obrazowo zajechaliśmy na nartach ze Szczecina do Poznania ;).

W niedzielę, natychmiast po powrocie ruszyliśmy na Kondratową - przez Kasprowy, żeby nudno nie było... szliśmy i szliśmy, aż w końcu nadeszła mgła, zrobiło się całkiem ciemno, wietrznie i zimno. Niestety, bo warunki zjazdowe byłyby doskonałe. Z Kasprowego zjeżdżaliśmy przy jednej czołówce na trzech i muszę przyznać to jest przygoda! Błędnik wiruje jak oszalały i już po chwili nie wiesz czy stoisz czy jedziesz, gdzie dół jest gdzie góra, gdzie ściana śnieżna, gdzie stok. Po krótkiej walce opracowana została metoda ratunkowa - światełko i Grześ zjeżdżali kilka skrętów w dół i świecili do góry, wtedy myśmy zjeżdżali te klika skrętów i znów to samo, aż do ściany lasu. I wszystko szło jak należy dopóki Grześ patrzył na nas, a jak przestawał to od razu bach. Kto wie, jak by się to skończyło gdyby nie telefon od Krzysztofa, który zamówił nam pierogi. Ech, jakiego człowiek tempa nabiera, jak przed oczami ma pyszne, ciepłe danie, a głodny jest i zmarznięty ;))
Kasprowy skradnie serce każdemu kto ma dzikość w sercu. Żaden świetnie przygotowany alpejski, czy dolomicki stok nie może ofiarować tego co ten nasz surowy i wymuldżony Kasprowy, który jednego dnia może z piekielnej mgły wychylić się na słońce i pokazać zapierającą dech w piersiach panoramę Swojskich Taterek.

13 marca 2011

DACHSTEIN

Śnieg, śnieg, śnieg. Wszędzie dookoła biało - tak biało jak to tylko możliwe o tej porze roku i przy takich marnych opadach. Odwiedziliśmy Królestwo Toniego Rosifki - Lorda Dachsteinu. 560ha skitourowego raju wpisanego na listę UNESCO.

Pierwszego dnia w gęstej mgle nie widzieliśmy nawet gdzie jest schronisko, drugiego zupełnie przypadkiem zrobiliśmy Rumpel (chyba tak to się pisze?) - najdłuższą dostępną wycieczkę dookoła lodowca (trasy 5 i 6). Przy pięknej pogodzie zajęło nam to 9 z przewidywanych przewodnikiem 7 godzin, a na koniec skatowaliśmy się 45minutową wspinaczką po trasie narciarskiej - mankament mieszkania na szczycie, ale widoki warte grzechu... Dzień trzeci miał być odpoczynkiem, więc... jak było do przewidzenia znów przypadkowo zjechaliśmy najtrudniejszą trasą nr 4. W lesie było ostro i brakowało śniegu. Wanda wypięła się z nart i runęła w dół. Wyglądało to przerażająco, ale na szczęście nic się nie stało. Sparaliżowani strachem zjeżdżaliśmy trzymając się liny (ja oczywiście zrezygnowałam z nart i zjeżdżałam na pupie, co po głębszym przemyśleniu nie wydaje mi się ani bezpieczne, ani rozsądne ;)). Potem w schronisku przeczytaliśmy, że lepiej tam się nie wybierać bez przewodnika ;). Kolejny dzień spędziliśmy dożynając się na stoku. Potem zrobiliśmy 7-ke i choć planowaliśmy zjechać tylko kawałek, tak dla rozeznania, zjechaliśmy aż do sąsiedniej wioski, gdzie zastaliśmy wiosnę i chcąc nie chcąc pomaszerowaliśmy na autobus. Pojazdu nie było o właściwej godzinie, ale przyjechała po nas taksówka i spokojnie zdążyliśmy na ostatnią kolejkę. Trasa ma 11km, więc powiedzmy sobie szczerze, że bardzo chcieliśmy wyjechać, a nie wychodzić...


23 stycznia 2011

AMBICJE NA CHOPOK

Przyszedł weekend i w zasadzie ostatnia przed Wenezuelą okazja wyskoczenia na narty. Grześ głowił się przez cały tydzień, aż w końcu wymyślił wyprawę na Chopok. Zapowiadała się spokojna, krótka i mało męcząca wycieczka, tym bardziej, że pierwszą część trasy, ze względu na brak śniegu, pokonaliśmy kolejką. Potem miało nas czekać 2 godzinne wyjście na grań, nocleg i drugiego dnia przejście granią na Chopok i długi, fajny, stromy zjazd. Nie spieszyliśmy się za bardzo. Zanim zjedliśmy śniadanie, zapakowaliśmy się do auta i dojechaliśmy na miejsce była 14. Trasa początkowo bliższa spacerowi niepostrzeżenie zamieniła się w usianą przeszkodami przeprawę. Kiedy teren się wypłaszczył, a kamienie i strumień zostały pod grubą warstwą śniegu byliśmy już nieźle zmęczeni. Pokrzepił nas widok grani i góry, które nagle wyłoniły się z chmur za nami. Widoku dopełniły kozice, które jak grzyby po deszczu jedna po drugiej wyskakiwały zza grani podświetlone promieniami zachodzącego słońca. Bartek naliczył ich aż 11 i jak do tej pory jest to nasz absolutny rekord.

Z nowymi siłami ruszyliśmy pod górę i tu niestety przyroda spłatała nam figla. Śnieg był tak zmrożony, że już po chwili odpięliśmy narty. Na takim stromym lodowisku dały o sobie znać emocje. Bartek robił co mógł żeby mnie jakoś asekurować, ale brakowało nie tylko sił i oparcia dla nóg, ale przede wszystkim odwagi. Poruszaliśmy się w takim tempie, że w końcu Grześ zarządził odwrót. Biała ściana została niezdobyta (przynajmniej do następnego spotkania), a namiot został rozbity w kosówce z pięknym widokiem na góry. Najbardziej niesamowita w spaniu pod namiotem jest ta nieprawdopodobna cisza. Trochę jakby życie zaczęło się toczyć obok. Niestety są też telefony komórkowe... i kiedy zaczną dzwonić w pierwszej chwili zastanawiasz się co to za dźwięki jakieś, a chwilę później już wiesz - to codzienność dopadła Cię w tej iluzorycznej głuszy...

p.s. muszę przyznać, że załatwianie potrzeb fizjologicznych na świeżym powietrzu przy -12 stopniach wydawało mi się niemożliwe. Po tej wycieczce pierwsze miejsce przyznaję widokowi białej grani oświetlonej błyszczącym nieboskłonem i dolinie otulonej lekką mgłą podświetloną delikatnym srebrem księżyca. Zobaczyłam to tylko dzięki pilnej potrzebie koniecznej do załatwienia, bo nic innego nie byłoby w stanie wygonić mnie na ten mróz z ciepłej otuliny gęsiego puchu.

18 grudnia 2010

MROŹNY LUBOŃ

W natłoku spraw wygospodarowaliśmy ostatni, przedświąteczny dzień na narty. Dosypało, przymroziło i sama już nie wiem czy się cieszyć, bo chodzimy na tury i jest piękna zima, a sezon zapowiada się wspaniale - czy też martwić się, bo kasa na budowę się skończyła, a z powodu mrozu nie możemy kończyć dachu, wstawiać okien i drzwi, więc kredytu przed świętami nie będzie...

Z natury jednak chyba jednak jestem optymistką, bo uśmiech nie spełza mi z twarzy - szczególnie w lesie... (może zwyczajnie lubię zimę?).

W każdym razie wybraliśmy się na Luboń, ponieważ cytuję ze strony schroniska: 'Luboń Wielki jest najbliższym Krakowa schroniskiem położonym powyżej 1000 m n.p.m. Łatwo u nas być już w dwie godziny od wyjścia z domu w Krakowie'. Jak dzień jest krótki to nie ma co wybrzydzać - z resztą było pięknie, zobaczcie sami...



p.s. specjalne pozdrowienia dla Wojtka, który grzeje się w Wenezueli ;)

08 grudnia 2010

SEZON NA TURY

Skończył się tak szybko, jak się zaczął. Patrzę za okno, a tam mokre, ciepłe deszczowe krople rozpuszczają w destruktywnym tempie niewinne, niczego nie spodziewające się śnieżynki... Tylko obrywające się lodowe płaty z hukiem spadające z dachu przypominają o weekendowych zwałach śniegu.
Zobacz inne fotki z Wielka Racza

Dobrze, że w ramach prezentu na Mikołaja wyruszyliśmy w piękny niedzielny poranek na Wielką Raczę. Teren rewelacja, ale odcisk na pięcie przypomina, że coś daleko było do schroniska. Ruszyliśmy ok. południa ze Zwardonia - jak psiaki spuszczone ze smyczy biegaliśmy po śniegu w pełnym słońcu. Po kilku godzinach słońce zaszło za chmury i zerwał się Halny. W lesie wiatr w ogóle nam nie przeszkadzał - suszyliśmy zęby, a oczy wciąż nie mogły nacieszyć się śniegiem. Za to przełęcze nie dodawały nam animuszu. Nogi jeszcze nieprzyzwyczajone do twardych skorup nie poruszały się tak szybko jak się spodziewaliśmy i zmrok zastał nas w lesie. W końcu niemal stratowani przez skutery śnieżne, które rykiem silników przegoniły nas w krzaki dotarliśmy do schroniska. Od tej pory już wiemy, że ogień w kominku wygasa w niedzielny wieczór... schroniska muszą oszczędzać - nie ma co grzać dla trzech osób. Na szczęście mamy XXI wiek i (O RANY!) w schronisku była sauna. Przełamaliśmy opór Pani i sauna została uruchomiona, nie dało się wybiegać na śnieg, ale woda w prysznicu była wystarczająco lodowata. Rano w pokoju mieliśmy 13 stopni - ostatnio cieplej było w namiocie ;). Ze względu na niezbyt piękną pogodę zjechaliśmy nieczynnym jeszcze stokiem słowackim. Było bosko (nie pamiętam już jak się jeździ, ale jeszcze mi się przypomni). Wróciliśmy do Polski pociągiem ;). I tyle, a Wojtek pozdrawia z Wenezueli - klimatyzowany pokój i superszybkie łącze pozwalające na audio rozmowę - sounds fantastic!

01 grudnia 2010

BACÓWKA POD GORCEM

Biała, śnieżna polana pod rozgwieżdżonym granatowym niebem. Oddalamy się niespiesznie od ciepłej Bacówki pod Gorcem. Śnieg skrzypi pod butami, a w świetle latarek wyraźnie widać mały żółty namiot rozstawiony na 'wygwizdowie' specjalnie na tę okoliczność. Na początku euforia - wciąż rozgrzani upojnym wieczorem w Bacówce i opowieściami o dalekich i barwnych podróżach, wślizgujemy się do śpiworów. Jest ciepło, niemal gorąco. Po chwili, kiedy emocje opadają zaczynamy zdawać sobie sprawę, że w namiocie robi się zimno. Cienka warstwa materiału dzieli nas od mroźnej nocy i nie jest w stanie kumulować ciepła oddawanego przez nasze rozgrzane piecem ciała. Stare karimaty pozostawiają wiele do życzenia i mimo ciepłych śpiworów chłód ciągnie od spodu. Bacówka na szczęście jest blisko, ale nawet przez myśl nam nie przejdzie żeby wracać. Temperatura wewnątrz namiotu spada do -8, ale czujemy tylko lekki dyskomfort. Kręcimy się aż do rana rozentuzjazmowani tym, że się uda, że będziemy niezależni od schronisk i chat, że od teraz będzie można wyruszyć w trasę i spać tam, gdzie będzie się chciało. Słoneczny poranek i widok na przyprószone śniegiem Tatry jest jak nagroda za podjęcie pierwszej próby. Dla nas rozpoczyna się nowy etap - a wciąż padający śnieg, który dla innych jest utrapieniem i powodem zmartwień jest jak obietnica. Kolejna mroźna zima i wolność - w pełnym tego słowa znaczeniu.

p.s. Dziękujemy za zaproszenie na "Slajdowisko" - Wasza Bacówka jest fantastyczna...

16 kwietnia 2010

SĄDNY DZIEŃ - i Zbójnicka Chata

Szalony tydzień dobiega końca i pozwolę sobie zacytować blogowego kolegę: 'rzygam...'
Polska pogrążona w żałobie, Naród zjednoczony tragiczną katastrofą lotniczą, kondolencje napływają z całego świata, a mnie wciąż chodzi po głowie komentarz studentki z Włocławka: "to straszna tragedia, łączmy się w bólu z rodzinami ofiar, zamiast składać hołdy ludziom, o których wcześniej dobrze nie mówiono." Tragicznie zmarły Prezydent został wzniesiony do rangi bohatera narodowego, świętego człowieka, bez którego umrzemy pogrążeni w ciemnościach, zimnie, chaosie... nie wiem jak żyliśmy do tej pory... Tragiczna śmierć wielu znamienitych ludzi została zepchnięta na margines rozważaniem gdzie pochować prezydencką parę i z czego będzie katafalk. Może powinniśmy głosować za przeniesieniem stolicy do Krakowa? Najsmutniejsze jest to, że w zbliżającej się kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński będzie musiał tylko wystąpić, żeby wygrać, bo większość Polaków w tym owczym pędzie zechce mu powetować stratę.

O katastrofie lotniczej w Smoleńsku usłyszeliśmy w sobotni poranek jadąc na Słowację na zakończenie sezonu skiturowego. Grześ wymyślił nocleg w Zbójnickiej Chacie, więc trzeba się było wspiąć na 1960m n.p.m., ale z powodu braku śniegu pomogliśmy sobie wyjeżdżając kolejką. Część trasy pokonaliśmy na pieszo w butach skiturowych (całkiem wygodnie) i niosąc narty na plecach, ale potem było jak w bajce. Jak to w górach, im wyżej tym dłużej śnieg leży ;). Pierwszy raz w życiu zobaczyliśmy kozicę i nieświadomi tego co się stanie z Polską, uśmiechnięci korzystaliśmy z dobrodziejstw natury i pięknej pogody.
Zobacz inne fotki z Zbójnicka Chata

Po 'kapustowej nalewce' wyszliśmy na Rohatkę (a właściwie z powodu mgły, nie trafilismy i wyszliśmy gdzie indziej - wyżej, fajniej, lepiej (mapa linia nr5)) i w doskonałych warunkach (pomijając mgłę) zjechaliśmy do schroniska. Niedziela zakonczyła się bolesnym (mam naciagniętą pachwinę) wyskrobaniem na górę w stronę Zavraciku (mapa linia nr3) i nasz najlepszy zjad w życiu. Dwie warstwy śniegu - zmrożona i świeża - no może trochę mokra, ale wciąż doskonała do jazdy i odpowiednio strome nachylenie stoku, a może też nieco lepsze umiejętnosci sprawiły nam ogromną frajdę z tego zjazdu. Potem jeszcze zejście szlakiem, kolejka, obiad traycyjnie w 'Burym Misiu' i szybka nocna jazda do Poznania. W poniedziałek po pracy wyjazd do Szczecina i 3 dni skręcania szafek spowodowały, że nie popłynęliśmy na fali ogólnego szaleństwa naszych rodaków. Uratował nas zdrowy rozsądek i odcięcie od prasy i telewizji, radia nie dało się słuchać - najwyraźniej "kto ciężko pracuje, ten czysty umysł zachowuje". Jutro wyjeżdżamy z Krakowa - planowane jeszcze ostatnie narty, a w niedzielę kolejny raz do sanatorium w Busku ;).

22 marca 2010

W MARCU JAK W GARCU

Cały zeszły tydzień rehabilitowaliśmy nasze kręgosłupy w Busku Zdroju (o którym pisałam już w zeszłym roku) i na pewno jeszcze raz w kwietniu odwiedzimy Willę Naturę. Żeby robić to wszystko co lubimy robić to niestety, ale trzeba ćwiczyć mięśnie kręgosłupa, a nie gnuśnieć przed komputerem - tak jak ja teraz ;). W każdym razie po tygodniowym pobycie w sanatorium jesteśmy wykończeni, ale mamy mocne postanowienie stosować się do zaleceń i może nawet ćwiczyć trochę w domu ;).
Turnus zakończył się w sobotę i z racji tego, że pogoda była już całkiem wiosenna, a nawet (jak się później okazało) letnia, postanowiliśmy rozpocząć sezon rowerowy.

Po włamaniu do piwnicy nasze rowery są u Ali i Piotra, więc poza krótką przejażdżką wyszła też sponatniczna impreza w ogrodzie. Zostaliśmy zaproszeni na pyszny obiad, a upał był taki, że siedzieliśmy w podkoszulkach i okularach przeciwsłonecznych. Wieczorkiem w ramach naszych spotkań kinowych - klubu 'na chybił - trafił' obejrzeliśmy 'Spotkanie'.
W niedzielę wcześnie rano ruszyliśmy na narty - 6 osób: Madzia, Anka, Lucek, Grześ i my. W Krakowie pogoda była ładna, ale zanim dojechaliśmy do Rohacy Grzesiek zarobił mandat, a na niebie pojawiły się chmury. Tyle razy tam byliśmy, a nawet nie przypuszczałam, że tam wyżej nad wyciagiem jest tak ładnie.
Zobacz inne fotki z Západné Tatry

Nie zdobyliśmy żadnego szczytu, bo wiało jak w kieleckim, ale wyszliśmy na tyle wysoko żeby sobie fajnie zjechać. Szkoda tylko, że na górze pojawiła się gęsta mgła i zaczęło padać. Zjechaliśmy do wyciągu i kupiliśmy karnet na kilka zjazdów, ale po godzinie padał taki deszcz, że nawet najbardziej wytrwałym by się odechciało. Wycieczka została zakończona w gorących źródłach, ale nie było rzucania się na śnieg, bo starczyło go tylko do nacierania ;). Nie da się ukryć, że w weekend przyszła wiosna...

14 marca 2010

TATRY BIELSKIE TRZYNASTEGO

Pogoda w tym roku nie sprzyja, ale skoro już mogę korzystam z każdej okazji do wyjścia na narty. Wiem, że to nieładnie, ale zrezygnowaliśmy z pójścia na 3 żywioły i o 8 rano - 13-nastego w sobotę wyruszyliśmy na Słowację.Miało być krótko - wyjście do schroniska i zjazd tą samą trasą - lub alternatywnie, gdyby były siły zaliczenie kolejnego schroniska i poszukanie innego ciekawego zjazdu - czasem ciężko cokolwiek zaplanować jak się nie zna trasy, a Tatry Bielskie to dla nas nowość.
Zobacz inne fotki z Kežmarské žlaby

Prawde mówiąc w schronisku na Kondratowej pojawiła się nowa maksyma (jak ktoś chce wiedzieć co jest tam napisane to musi sam się wybrać i przeczytać) i to skłoniło nas do wybierania nowych tras, poznawania gór i szczytów... naszych możliwości ;). Ruszyliśmy z Tatrzańskiej Kotliny zielonym szlakiem i od razu okazało się, że na Słowacji też jest mało śniegu. Prawdę mówiąc już w połowie drogi do schroniska wiedzieliśmy, że tym szlakiem nie da się zjechać. Pierwszy odcinek - nie będę ukrywać - był dla nas dość trudny. W Schronisku Plesnivec atmosfera była nie do opisania. Ugoszczono nas jak w domu, popiliśmy, pogadaliśmy i aż żal było ruszać dalej. Wpisaliśmy się Baronowi do pamiątkowego zeszytu i dziś - jak miło - dostałam maila ze zdjęciami. Na Słowacji dużo się mówi o wprowadzeniu euro i chociaż to już trzy lata, chyba wciąż nie mogą się przyzwyczaić. Ciekawe jak to u nas będzie - społecznościowo wiadomo - wszyscy będą narzekać ;) czyli jednak blisko jesteśmy ze Słowakami.
Zobacz inne fotki z Kežmarské žlaby

Po wyjściu ze schroniska rum szumiał w głowie, wiatr w uszach, a podejście było bardzo strome. Przecieraliśmy szlak i po wyjściu z lasu pojawił się problem z oznaczeniem drogi. Ogromna polana Pastviny niewątpliwie piękna widokowo, jest bardzo słabo oznakowana. W zawiei, mgle i gęstym śniegu szliśmy na azymut i niestety zaszliśmy za daleko ;). Tak to już jest kiedy dobrze się idzie, a widoki są piękne. Taka wyprawa ma już znamiona przygody - przecieraliśmy szlak w nieznanym terenie, ułatwiając drogę samotnemu piechurowi. Kiedy doszliśmy do węzła szlaków przy Białym Stawie (1616m n.p.m.), podjęliśmy decyzję o zawróceniu do Doliny Jaworowej. Jakimś cudem udało nam się znaleźć niebieski szlak i zjechaliśmy na sam dół, aż do Białej Wody. Ostatni odcinek po kamieniach, gdzie Bartek po wywrotce rozdarł pół plecaka ;).

Mieliśmy czekać na autobus, ale znalazło się jedno miejsce w samochodzie z Polski i Bartek w przeciągu 15 min znalazł się na parkingu. Są jeszcze mili ludzie w naszym kraju, a już traciłam wiarę, po ostatniej wycieczce kiedy nie udało się złapać stopa i Bartek spacerował, aż do Zawoi...

Żeby było śmiesznie już w domu okazało się, że razem ze zdjęciami od Barona mamy dokładnie 13 zdjęć zrobionych trzynastego - no może nie wszystkie o 13-tej ;). W trasie byliśmy 7 godzin z czego godzinę trzeba odjąć na postoje - razem 4 godziny wychodzenia i 2 godziny zjazdu. Nie doszliśmy do Łomnicy, ale pokonanie tej trasy przy takich warunkach pogodowych i tak było wyczynem ;). A najważniejsze, że obiad zjedliśmy w Burym Misiu... ;))
Od Kežmarské žlaby

28 lutego 2010

POD PILSKO Z HALNYM

Ech nie ma się co oszukiwać - śniegu jak na lekarstwo i ocieplenie - ten sezon nie jest przyjazny dla skiturowców. Dzisiaj pogoda dopisała, ale za to tak wiało, że wyciągi krzesełkowe na Pilsko były zamknięte, a na Hali Miziowej wiatr zepchnął nas w dół po bryłach lodu i kamieniach. Nie było używania i białego szaleństwa. Dwa razy zjechaliśmy stokiem, sprawdziłam narty (świetnie się skacze) i wróciliśmy do domu w niezbyt dobrych humorach. W przyszłym tygodniu Kondratowa i już teraz zaczynam modlić się o śnieg.

Bartek znalazł na jednej ze stron skiturowych świetny opis pierwszego razu...

"Widzę go, jak stoi obok trasy, nad pięknym polem puchu. To pierwszy raz. Tak, teraz. Teraz albo nigdy. Nadeszła chwila wyzwolenia. Kolega stoi już kilkadziesiąt metrów niżej, widać jego równiutki szlaczek w świeżym głębokim śniegu. To nie może być trudne. Tylu słabszych narciarzy doskonale daje sobie radę poza trasami. A on już przecież jeździł na znacznie bardziej stromych stokach! To nie może być takie trudne - uważnie patrzy, jakie tamten wykonywał ruchy, w sumie niezbyt odmienne od narciarstwa trasowego, najwyżej nieco bardziej zadbane… Jeszcze chwila namysłu…

Ten na dole macha i coś krzyczy. Też do niego macha, dodaje sobie otuchy cichym Dawaj!…, po czym rusza. Jedzie na wprost, bardzo szeroko, zostawiając ślad szyn kolejki wąskotorowej. Dwa czy trzy razy usiłuje skręcić, bezskutecznie. Po paru szarpnięciach, uspokaja się, ustawia (tak, wyraźnie układa) pozycję do nieco dłuższego skrętu i… przelatuje przez dzioby, lądując głową głęboko w śniegu. Po parunastu sekundach wygrzebuje się, ma śnieg w goglach, w czapce, w kurtce. Odniósł porażkę. Co gorsza, odniesie ich jeszcze sporo, zanim zrozumie prawa świata istniejącego poza trasami."

Cudowne i takie prawdziwe...

27 lutego 2010

MOSORNY W DESZCZU I KROWIARKI PO KAMIENIACH

Dziwna ta zima w tym sezonie - niby jest, a jakby nie było. Dostałam pozwolenie od lekarza, a poza tym trzeba było przetestować nowe narty, więc nie zaważając na temperaturę +2 i padający deszcz pojechaliśmy na narty. W Zawoi wcale nie było lepiej - do deszczu doszła mgła, a śniegu jak na lekarstwo - poza stokiem właściwie tylko trawa. Miny nam zrzedły, ale co było robić - wyjechaliśmy wyciągiem na Mosorny Groń i na chybił trafił obraliśmy trasę. Bartek z Grześkiem chcieli wystąpić w zawodach skiturowych - mają być w przyszłym tygodniu - ale nikt nie wiedział, którędy będzie szła trasa (a trzeba było wydrukować mapę). Wyszliśmy niebiesko - żółtym szlakiem na Halę Śmietanową, a potem zjechaliśmy czerwonym do Krowiarek. Pod górę było mi bardzo ciężko - jednak nic nie robienie odcisnęło piętno. Za to w międzyczasie wypogodziło się, przestało padać i w końcu zobaczyliśmy prawdziwą zimę. Co prawda pomyłka trasy spowodowała konieczność wniesienia nart pod górkę na jednym z odcinków, ale potem zjechaliśmy po drewnianych schodach i ostatecznie było fajnie.
Zobacz inne fotki z Skitury z Mosornego na Krowiarki

a później po kamieniach przez las i Bartek wracał pieszo do Zawoi - próbowaliśmy złapać stopa, ale okazało się to niemożliwe... Jeśli kiedyś zobaczycie gościa idącego drogą w butach narciarskich to zatrzymajcie się - dobre uczynki są w cenie przy ostatecznym rozliczeniu...

p.s. nowe narty są super - 10cm dłuższe i sporo szersze - to daje przewagę w głębokim śniegu, a buty hiper-super (mogłabym wiersze o nich pisać), przepaść technologiczna w porównaniu do poprzednich - wkładasz nogi i masz - nie ma żadnego wpychania stóp przez 10min, szarpania się z beznadziejnymi sznurówkami i naciągania klamer, aż się odciski robią.

03 maja 2009

DŁUGI WEEKEND – NARTY W RUMUNII


KRÓTKI WSTĘP O UKOCHANEJ ORAZ DANE I FAKTY
Rumunia to kraj o wielu obliczach. Dla niektórych dziki i niedostępny, dla bardziej zainteresowanych piękny i cywilizowany - od 2007r. jest członkiem UE. Po raz nie wiem już który, przypominam, że Rumunia jest zamieszkiwana przez Rumunów, a nie Romów, czyli cyganów (wywodzących się nota bene z Indii), którzy kojarzą nam się z żebractwem na polskich ulicach. Pod względem fauny i flory, wg mojej opinii, Rumunia przewyższa każdą europejską krainę. 28% powierzchni tego kraju zajmują lasy, a aż 1/3 góry - Karpaty Wschodnie i Południowe ciągną się szerokim łukiem z północy na zachód na długości 800 km. O wyjątkowości Rumunii stanowi chyba ta świeża, oryginalna przyroda, niezmącona jeszcze cywilizacją - plagą turystów i ich śmieciami. Poza tym brak obostrzeń i wielu ograniczeń - można chodzić bezkarnie i bezpłatnie, spać w górach i cieszyć się bliskością dzikich zwierząt (byle nie za blisko - liczbę niedźwiedzi żyjących w Rumunii oszacowano na 6 tys. co stanowi połowę ich europejskiej populacji, wilków jest ok.3 tys. - co daje 1/3 populacji europejskiej i ok.2 tys. rysiów - poza tym w Rumunii doliczono się, aż 5 tys gatunków chrząszczy - jeden mieszkał z nami w pokoju i polubił Grześka).

Zobacz inne fotki Rumunia 2009 skitoury - Fogarasze

   
O SKITOUROWEJ WYPRAWIE - WIELKIEJ MAJOWEJ PRZYGODZIE
Na skitoury wybraliśmy Karpaty Południowe z najwyższym szczytem kraju - Moldoveanu (2543 m n.p.m.) - dla nas na razie niedostępny. Góry Fogaraskie lub jak kto woli Alpy Transylwańskie, to najwyższe pasmo w Rumunii (najdziksze, najbardziej skaliste i jak się okazało z najpiękniejszymi i najbardziej malowniczymi dolinkami jakie w życiu widziałam). Do schroniska przyjechaliśmy drogą nr 7c, tzw. szosą transfogaraską, zbudowaną w latach 1970-74, która jest przejezdna tylko kilka miesięcy w roku (próbowaliśmy ją zdobyć w 2006 na pieszo i w 2007 na rowerach z dwóch stron i się nie udało). Na budowę tej drogi Nicolae Ceauşescu wydał miliardowe sumy pieniędzy i zużył 6 milionów kilogramów dynamitu. 40 ludzi straciło życie przy budowie i sądząc po stanie barierek wielu w późniejszych latach. W najwyższym punkcie tej drogi znajduje się jezioro Bâlea (pow.4,65ha, głębokość 11m - największy polodowcowy staw w Fogaraszach) i najdłuższy tunel przecinający łańcuch górski w Rumunii (tunel ma 884 m) . Tam właśnie do Bâlea Lac i tunelu postanowiliśmy się przenieść, kiedy okazało się, że przy schronisku na 1600m nie ma śniegu. Wyjechaliśmy telecabiną na górę i ku naszej uciesze, z braku innych miejsc zostaliśmy zakwaterowani w budynku kolejki. Wspólny 30 osobowy pokój z pięknym widokiem na dolinę, prysznic, wc - ciepła woda, nas siedmioro i Grześka żuk (może były też inne robaki, ale nie zauważone). Ciorby (przepyszne rumuńskie zupy z "wkładką" jedzone z papryczką chili i gęstą śmietaną) i tak jedliśmy w schronisku na jeziorze, a śniadania i kolacje "u siebie" z widokiem.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na "spacer" do pobliskiego żlebu, wyskrobaliśmy się na ok.2350m, zjechaliśmy jakieś 150m do jeziorka po drugiej stronie, wspięliśmy się z powrotem już bez fok i zjechaliśmy do schroniska. Zjazd był naprawdę stromy, śnieg trochę mokry, dość wąsko, wystające skały i świadomość, że Kopa Kondracka jednak nie była hardcorem. Wieczorem zrobiło się ciepło i zaczął padać deszcz ze śniegiem.

Kolejny dzień przywitał nas mgłą, ale niezrażeni wybraliśmy się na drugą stronę naszego kotła. Wspięliśmy się i na przekór mgle postanowiliśmy zjechać w dolinę. Taki zjazd w nieznane, kiedy niewiele się widzi też ma swoje uroki. Pomysł zjazdu okazał się świetny - jechaliśmy mniej więcej szlakiem i kiedy dotarliśmy do uroczej dolinki wyszło słońce. Dalej było płasko, więc urządziliśmy piknik, przykleiliśmy foki i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na końcu znowu czekał nas świetny, stromy zjazd między skałkami, ale zepsuła się pogoda. Wprawieni w bojach do połowy kotła zjeżdżaliśmy we mgle, a później obejrzeliśmy tunel z bliska i udaliśmy się na zasłużoną ciorbę i palinkę (rumuński bimber) do schroniska.
I chyba wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda ;).
Tak się złożyło, że dosiedliśmy się do chłopaka z Salvamontu (rumuński Gopr - jak się wystuka na komórce klawisze odpowiadające za litery z nazwy "Salvamont" uzyska sie numer alarmowy ich telefonu - można sprawdzić podaję nr 725 82 66 68 kierunkowy +40). Chłopak pokazał nam na mapie fajną trasę na ostatni dzień. Uwzględniała dwa podejścia, dwa zjazdy i jeszcze przejście tunelem. Rozmawialiśmy w rumuńsko-francusko-angielsko-polskim, ale głównie po rumuńsku i udało nam się porozumieć, czyli nauka nie poszła w las - Lectorice byłyby z nas dumne!
Następnego dnia skorzystaliśmy z rady, ale że znowu była mgła zjechaliśmy nie w tą dolinkę i nie było wyjścia - najpierw przeciskaliśmy się między skałami po wodospadzie i było bardzo stromo (tak stromo, że mózg tego nawet rejestrować nie chciał), a jak skończył się śnieg (czego nie przewidzieliśmy) przyszło nam schodzić po śliskiej trawie, a najgorzej miał Felek, który był w butach narciarskich... Przeżyliśmy chwile grozy kiedy Bartek poślizgnął się, nabrał rozpędu i odbił się od trawiastej półki o mało co nie spadając dalej na skałki, ale na szczęście wszystkim udało się dojść do śniegu. Niestety było już popołudnie, stromizna i śnieg tak mokry, że zjeżdżał z nami. Powiedzmy tylko, że ten zjazd nie był komfortowy, a i znowu Bartek miał pecha, zrobił przewrotkę przez stromo wystającą skałę i mało mnie o zawał nie przyprawił. Skończyło się na siniaku i mocnym postanowieniu dokupienia niezbędnego sprzętu w postaci liny, harszli i raków. Potem było już tylko lepiej. Szliśmy po kilkumetrowych zwałach śniegu drogą transfogaraską w kierunku tunelu i okazało się, że przed tunelem jest budynek Salvamontu. Wcześniej poznany kolega już na nas czekał, zmartwiony, że nie trafiliśmy na właściwy zjazd. Zostaliśmy zaproszeni na herbatę, dostaliśmy nr telefonu i informację, że jak przyjedziemy następnym razem możemy zatrzymać się u nich i ktoś z nich może też być naszym górskim przewodnikiem. Chwilę później zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i ruszyliśmy do tunelu. W blasku czołówek podziwialiśmy przepiękne lodowe rzeźby, by chwilę później zjechać kolejką w dół i upalną wiosną wrócić do Polski i schować narty w piwnicy... 

Z Rumunia 2009 skitoury - Fogarasze


Anna Bucholc prosi o komentarze:

23 kwietnia 2009

KOPA KONDRACKA I KONIEC SEZONU


Dziś jest smutny dzień. Nie dość, że zrezygnowaliśmy z dalszej nauki rumuńskiego, to jeszcze z przyczyn obiektywnych zamykam sezon ski-tourowy - i Zawratu nie będzie :(. A jeszcze tydzień temu była Kopa Kondracka i zjazd z najwyższej i najstromszej góry jaką do tej pory zdobyliśmy. No, ale nie ma tego złego - może zaległe prezentacje zrobię, może popracuję, a przecież są też plany na wakacje - i piękne wspomnienia :).
Zobacz inne fotki kopa kondracka

Anna Bucholc prosi o komentarze:

12 kwietnia 2009

WIELKANOC, ROWER I BABIA GÓRA



Uff, święta to w Polsce jedno wielkie żarcie... (przynajmniej u nas i nie mówię, że mi z tym źle :)
Całe szczęście, że mamy jeszcze trochę rozsądku w głowach i dziś poszliśmy na spacer, jutro po śniadaniu wybierzemy się na rower, a w lany poniedziałek znowu ski toury na Babiej. Oj, pasibrzuchy - rozpusta i tyle. Stoły się uginają, brzuchole do kolan zwisają, ale gęby się do żarcia uśmiechają - taka tradycja - taka karma. (karma tutaj nadzwyczaj pasuje). Po wyświęceniu jaj wypiliśmy tradycyjną krakowską kawkę na rynku obserwując ten cały kociokwik i rozkoszując się wiosennym słoneczkiem, potem było już tylko jedzenie i spacerowanie - święta rozpoczęte nieco wcześniej, no żeby zjeść to wszystko co nagotowane...
Zobacz inne fotki wielkanoc 2009


Monika była pierwszy raz na ski-tourach i dała radę Babiej. Jestem pod wrażeniem, naprawdę, nawet powieka jej nie drgnęła, a wcale nie miała taryfy ulgowej. No cóż niektórzy widocznie mają lepszą kondycję, albo niezłomność woli...

Babia zaskoczyła nas piękną pogodą - (podobno miało padać) - i znowu pysie nam się opaliły, a plecy spociły od nadmiaru wydźwiganych niepotrzebnie dodatkowych sweterków i kurtek przeciwdeszczowych. Ale nie ma co narzekać - żeby tak chociaż jeszcze raz - no na Babią już nie da rady, bo to resztki śniegu, ale Zawracik jakby tak z pogodą sezon zakończył to by było naprawdę cudownie :).
Anna Bucholc prosi o komentarze:

05 kwietnia 2009

Rakoń 1876

Zobacz inne fotki RAKOŃ

Sezon grillowy rozpoczęty!
Cudowny wypad, rewelacyjna pogoda - było fantastycznie! Z wycieczkami ski tourowymi jest tak, że przy każdej mogę spokojnie skopiować to zdanie. Faktycznie pogoda ostatnio dopisuje, a jak się do tego doda piękne, ośnieżone szczyty Tatr to nie wiem, jak innym, ale mi do szczęścia niczego więcej nie trzeba. Zimą w Tatrach jest niewielu turystów i kiedy tak wychodzi się pod górę na samotnym zboczu, pot zalewa oczy i słyszy się tylko własny oddech to jakby przenieść się w jakiś inny, lepszy wymiar. Nie ma mowy o stresach, pracy, codzienności. Liczy się tylko "tu i teraz". Pewnie dlatego to jest takie pociągające. A jak już się wyskrobie na szczyt, z językiem gdzieś w okolicy kolan, to człowieka ogarnia taka radość jakby osiągnął największy sukces, albo wygrał w toto-lotka (ale w toto-lotka nigdy nie wygrałam to w sumie nie wiem jakie to uczucie).
Grill na Rakoniu (postawiony na słupku granicznym) to był naprawdę dobry pomysł (wszystkie śmieci zabraliśmy ze sobą!). Po raz pierwszy w naszej ski-tourowej historii, zjazd był dla wszystkich perfekcyjny i teraz to już na poważnie myślimy o zakończeniu sezonu na Zawracie.

Anna Bucholc prosi o komentarze: