Wenezuela jest jak piękna kobieta. Zmienna i pociągająca zarazem. Pręży się niczym kotka, ale niespiesznie pozwala odkrywać swoje wdzięki. Kusi zmysłowo i długo trzyma w niepewności dając odprawę niecierpliwym. Niezrażonych jej tajemnicami nagradza niezapomnianym pocałunkiem przygody w rytm salsy i reagge tonu.
To jak było w tej Wenezueli?
Fajnie... najprostsza odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy. Chwilę później myślę, że przecież nam się wszędzie podoba...
Jeszcze przed lądowaniem czułam lekki niepokój. Tyle się słyszy o niebezpieczeństwach czyhających na turystę. Fora aż kipią od przestróg - nie wychodzić z lotniska nocą, nie wsiadać do nieoznakowanych taksówek, z nikim obcym nie rozmawiać, uważać na bagaże itp. itd. I jeszcze ta wymiana pieniędzy, jak w Prl-u tyle, że myśmy tak nie wymieniali 'u cinkciarza', bo byliśmy za młodzi. W końcu i tak się zdecydowaliśmy, bo przecież oficjalny kurs bolivara do dolara w kantorze to 4 z kawałkiem - u pracowników lotniska wymieniamy po 8. Chętnych do wymiany kasy nie brakuje, ale jak się człowiek wychował na 'Wielkim Szu' to woli być ostrożny - licho wie, jak taki bolivar ma wyglądać, a mundurowi zawsze wzbudzali większe zaufanie. W Caracas nie wychodzimy z hotelu - może to zbyt duża ostrożność, ale jak się zmierzcha, a na zwiedzanie i tak nie ma czasu to po co się błąkać bez sensu po ulicy i szukać guza? Reasumując Wenezuela nie jest niebezpieczna, ale trzeba przestrzegać zasad. W Caracas nawet miejscowi nie wychodzą po zmroku. Kłódka do pokoju i stalowa siatka na bagaż przyda się jak w każdym kraju, jakaś sprytna skrytka na dolary w plecaku może nas uchronić przed konfiskatą w razie kontroli, a nie obnoszenie się z fajnym sprzętem fotograficznym przed jego przypadkowym zaginięciem. W każdym miasteczku mówiono nam czy i gdzie można się powłóczyć po nocy i oczywiście jak wszędzie podczas włóczenia paszport trzymamy przy sobie w bezpiecznym miejscu i nie zabieramy wszystkiej kasy. Chociaż wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Chavez jest niezbyt popularny, to trzeba pamiętać, że zbyt dobitne wyrażanie opinii politycznych może delikatnie mówiąc, być niemile widziane. Warto więc skorzystać z zasady: więcej się dowiem jak posłucham, niż jeśli będę krytykował.
RUM, TŁUŚCIOCHY, BILARD i SALSA
Indianie jedzą dużo i tłusto, grają w bilard i tańczą ;). Piękne życie - olbrzymie hamburgery, Hot-dogi, enpanadas, kurczaki - wszystko pływające w tłuszczu popijane colą lub piwem. W Wenezueli schudnąć się nie da, za to można się odmrozić w środkach komunikacji. Kolei brak, do przemieszczania się między miastami służą bardzo wygodne autobusy dalekobieżne, wynajęte auta z kierowcą lub wewnętrzne linie lotnicze - wszystko to w średnich cenach z klimatyzacją włączoną na full.
Wenezuelski Rum jest podobno najlepszy na świecie. Dzięki Pampero Anivarsario i Santa Teresa Wenezuela jest na liście 10 największych importerów rumu na świecie. Rumy Pampero zdobyły wiele międzynarodowych nagród, włączając w to Złotą nagrodę w kategorii premium i ostatnio - jako najlepszy rum w prestiżowym konkursie San Francisco World Sporits Competition.
ILE FORSY? (niezmiennie potrzebnej żeby podróżować)
Lufthansa wysłała Europę do Ameryki oferując najtańsze bilety za 1499zł! Niestety w Wenezueli tanie jak barszcz jest tylko paliwo, rum i prąd. Jedzenie jest ciapkę droższe niż w Polsce, a za noclegi trzeba zapłacić 100-150 bolivarów czyli 40zł - 60zł. Najdroższe są wycieczki i tu niestety żeby zwiedzać trzeba płacić - taka polityka Państwa... Góry bez przewodnika raczej w grę nie wchodzą, a przeciętna wycieczka kosztuje aż 50$ dziennie.
Miesięczny pobyt z biletami lotniczymi w obie strony, jedzeniem, spaniem i przejazdami, dwoma górskimi trekkingami, pobytem na Karaibach i pływaniem po Orinko wyniósł nas 5.000zł. na osobę.
PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM
Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pico Humboldt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pico Humboldt. Pokaż wszystkie posty
08 maja 2011
19 lutego 2011
PICO HUMBOLDT 4 942m n.p.m.
Wąską, mokra ścieżką pniemy się mozolnie pod górę. Otaczają nas rośliny jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Las chmurowy pogrążony w wiecznej mgle - tak się w Wenezueli nazywa ten przedziwny zbiór archaicznych roślin. Gigantycznych rozmiarów paprocie o liściach większych od człowieka zwieszają się nad naszymi głowami. Niesamowitych kształtów porosty i przerośnięte liany bambusów tworzą iście jurajski krajobraz. Nasze plecaki zostały dociążone jedzeniem i nieco przerażającym sprzętem w postaci raków, czekanów i kasków. Im wyżej tym mokrzej i ciężej. Powyżej 3000m las zmienia oblicze. Znikają porosty i paprocie zostaje drobny bambus, a później pojawiają się karłowate drzewa i krzewy ozdobne. Zaczyna też boleć głowa. Choć idziemy wolno i uważamy na każdy oddech serce wali jak szalone. Robi się coraz piękniej i bardziej skaliście, ale ból głowy nasila się z każdym krokiem i zaczyna być irytujący jak mucha brzęcząca przy uchu. W końcu kompletnie przemoczeni po 6 godzinach wspinaczki docieramy do pierwszego obozu. Rozkładamy namiot i okazuje się, że chytry dwa razy traci. Zamiast zabrać nasz przytargany z Polski już sprawdzony - zabieramy turystyczny od przewodnika - lżejszy, ale mniejszy. Plecaki wylatują na zewnątrz, a my ledwo mieścimy się w środku. Rano wszystko jest mokre poza ciuchami, które z przyzwyczajenia wepchałam do śpiwora. W obozie śpią chlopaki z USA, Kanady i Niemiec - glacjolodzy. Sprawdzają czy zanikanie lodowców w Andach jest zjawiskiem lokalnym, czy wynikiem globalnego ocieplenia. Wenezuelskie lodowce w przeciągu ostatnich 30 lat skurczyły się o 70%. Ta część Andów, którą obecnie eksplorujemy należy do najstarszych na świecie i jest częścią Koldyriery Wschodniej. Ciągle rośnie, więc jest szansa, że kiedyś Pico Bolivar osiągnie upragnione przez wenezuelczyków 5000m ;).
Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.
Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.
Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.
Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?
p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...
Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.
Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.
Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.
Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?
p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...
14 lutego 2011
PICO HUMBOLDT NA WALENTYNKI
Zwariowany dzień. Dziś rano Dietter wyrzucił nas z posady! W walentynki! Jeszcze wczoraj mówił Nataszy, że jesteśmy jego przyjaciółmi, że może spokojnie z nami iść na 6-cio dniowy trekking na Pico Bolivar, a dziś takie coś. Jej też się oberwało, zagroził, że jak pójdzie z nami to najprawdopodobniej to się źle dla niej skończy, a on jej wtedy na pewno nie pomoże. Wszystko dlatego, że nie zgodziliśmy się na trekking z podobno najlepszym w Meridzie przewodnikiem. Nie dość, że omówione wcześniej warunki nagle straciły na ważności, to jeszcze cena wzrosła podwójnie, a ten przewodnik gadał jak najęty wyśmiewając nas i wszystkie nasze sprzęty i chełpiąc się, że studiował w Austrii i jest tak wspaniały, mądry i silny, że nie do wiary. Za żadną cenę nie poszłabym z nim w góry, szczególnie, że nie był w ogóle przygotowany - nie miał sprzętu - lin, uprzęży i mówił, że musimy najpierw zapłacić, żeby on mógł to kupić! Dietter się wnerwił, bo prowizja za polecenie frajerów przeszła mu koło nosa...My się zmartwiliśmy, bo nie dość, że nas wyrzucił (małe piwo w turystycznym mieście, ale niezbyt miło) to jeszcze w zasadzie pożegnaliśmy się z trekkingiem.
Omijajcie szerokim łukiem posadę Swissa w Meridzie. Trzy kroki dalej jest Alemania gdzie Panie są miłe, przewodnicy Was nie wyśmieją, wycieczki będą o połowę tańsze i nikt Was nie wyrzuci tylko dlatego, że nie daliście się nabrać - paskudny, zdradziecki Ditter - a jego dziadek mieszkał w Szczecinie!
Wszystko skończyło się dobrze i na walentynki kupiliśmy sobie trekking na Humboldt - jest tylko 50m niższy od Bolivaru, a nie trzeba być zaawansowanym wspinaczem żeby się dostać na szczyt. Na początek to będzie wystarczające wyzwanie zważywszy na wysokość. Poza tym zamiast 6 będzie 4 dni, a my już dwa mamy poza planem (spóźnienie na autobus w Mochimie i dzisiaj). Panie w naszej nowej cudownej posadzie Alemania wszystkim się zajęły i okazało się, że spokojnie za normalną cenę można iść w góry. Z przewodnikiem, sprzętem i wyżywieniem wyszło nam po 50 dolarów dziennie na głowę. Bolivar odpuściliśmy, bo trzeba mieć trochę większe pojęcie o wspinaczce niż my obecnie mamy - jak się poduczymy to wrócimy...
Omijajcie szerokim łukiem posadę Swissa w Meridzie. Trzy kroki dalej jest Alemania gdzie Panie są miłe, przewodnicy Was nie wyśmieją, wycieczki będą o połowę tańsze i nikt Was nie wyrzuci tylko dlatego, że nie daliście się nabrać - paskudny, zdradziecki Ditter - a jego dziadek mieszkał w Szczecinie!
Wszystko skończyło się dobrze i na walentynki kupiliśmy sobie trekking na Humboldt - jest tylko 50m niższy od Bolivaru, a nie trzeba być zaawansowanym wspinaczem żeby się dostać na szczyt. Na początek to będzie wystarczające wyzwanie zważywszy na wysokość. Poza tym zamiast 6 będzie 4 dni, a my już dwa mamy poza planem (spóźnienie na autobus w Mochimie i dzisiaj). Panie w naszej nowej cudownej posadzie Alemania wszystkim się zajęły i okazało się, że spokojnie za normalną cenę można iść w góry. Z przewodnikiem, sprzętem i wyżywieniem wyszło nam po 50 dolarów dziennie na głowę. Bolivar odpuściliśmy, bo trzeba mieć trochę większe pojęcie o wspinaczce niż my obecnie mamy - jak się poduczymy to wrócimy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)