PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM

Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.



30 grudnia 2010

ŚWIĄTECZNE PREZENTY

W tym roku spędziliśmy święta w gronie rodzinnym w mroźnym i białym Szczecinie. Wśród wielu cudownych prezentów pod świerkowym drzewkiem, Mikołaj sprawił mi niespodziankę w postaci płytki cd z tajemniczym napisem: 'wakacyjna przygoda 1988r'.

Łezka w oku się kręci na to wspomnienie - ja nawet tych zdjęć nie pamiętam, a może ich wcześniej nie widziałam? W każdym razie dziękuję wszystkim kochanym Mikołajom.

18 grudnia 2010

MROŹNY LUBOŃ

W natłoku spraw wygospodarowaliśmy ostatni, przedświąteczny dzień na narty. Dosypało, przymroziło i sama już nie wiem czy się cieszyć, bo chodzimy na tury i jest piękna zima, a sezon zapowiada się wspaniale - czy też martwić się, bo kasa na budowę się skończyła, a z powodu mrozu nie możemy kończyć dachu, wstawiać okien i drzwi, więc kredytu przed świętami nie będzie...

Z natury jednak chyba jednak jestem optymistką, bo uśmiech nie spełza mi z twarzy - szczególnie w lesie... (może zwyczajnie lubię zimę?).

W każdym razie wybraliśmy się na Luboń, ponieważ cytuję ze strony schroniska: 'Luboń Wielki jest najbliższym Krakowa schroniskiem położonym powyżej 1000 m n.p.m. Łatwo u nas być już w dwie godziny od wyjścia z domu w Krakowie'. Jak dzień jest krótki to nie ma co wybrzydzać - z resztą było pięknie, zobaczcie sami...



p.s. specjalne pozdrowienia dla Wojtka, który grzeje się w Wenezueli ;)

11 grudnia 2010

HISTORIA POLSKI

Animowana historia Polski w 8 min? Nigdy tak o tym nie myślałam, że ten nasz piękny, zielony i wolny Kraj był od początku swojego istnienia w stanie ciągłej wojny.-Rozdrapywany przez najeźdźców, grabiony, sukcesywnie niszczony... Wzruszyłam się kiedy z wypiekami na twarzy zobaczyłam w końcu Warszawę (7:45) - nasza śliczna nowoczesna Polska - dzięki Natalia.

08 grudnia 2010

SEZON NA TURY

Skończył się tak szybko, jak się zaczął. Patrzę za okno, a tam mokre, ciepłe deszczowe krople rozpuszczają w destruktywnym tempie niewinne, niczego nie spodziewające się śnieżynki... Tylko obrywające się lodowe płaty z hukiem spadające z dachu przypominają o weekendowych zwałach śniegu.
Zobacz inne fotki z Wielka Racza

Dobrze, że w ramach prezentu na Mikołaja wyruszyliśmy w piękny niedzielny poranek na Wielką Raczę. Teren rewelacja, ale odcisk na pięcie przypomina, że coś daleko było do schroniska. Ruszyliśmy ok. południa ze Zwardonia - jak psiaki spuszczone ze smyczy biegaliśmy po śniegu w pełnym słońcu. Po kilku godzinach słońce zaszło za chmury i zerwał się Halny. W lesie wiatr w ogóle nam nie przeszkadzał - suszyliśmy zęby, a oczy wciąż nie mogły nacieszyć się śniegiem. Za to przełęcze nie dodawały nam animuszu. Nogi jeszcze nieprzyzwyczajone do twardych skorup nie poruszały się tak szybko jak się spodziewaliśmy i zmrok zastał nas w lesie. W końcu niemal stratowani przez skutery śnieżne, które rykiem silników przegoniły nas w krzaki dotarliśmy do schroniska. Od tej pory już wiemy, że ogień w kominku wygasa w niedzielny wieczór... schroniska muszą oszczędzać - nie ma co grzać dla trzech osób. Na szczęście mamy XXI wiek i (O RANY!) w schronisku była sauna. Przełamaliśmy opór Pani i sauna została uruchomiona, nie dało się wybiegać na śnieg, ale woda w prysznicu była wystarczająco lodowata. Rano w pokoju mieliśmy 13 stopni - ostatnio cieplej było w namiocie ;). Ze względu na niezbyt piękną pogodę zjechaliśmy nieczynnym jeszcze stokiem słowackim. Było bosko (nie pamiętam już jak się jeździ, ale jeszcze mi się przypomni). Wróciliśmy do Polski pociągiem ;). I tyle, a Wojtek pozdrawia z Wenezueli - klimatyzowany pokój i superszybkie łącze pozwalające na audio rozmowę - sounds fantastic!

01 grudnia 2010

BACÓWKA POD GORCEM

Biała, śnieżna polana pod rozgwieżdżonym granatowym niebem. Oddalamy się niespiesznie od ciepłej Bacówki pod Gorcem. Śnieg skrzypi pod butami, a w świetle latarek wyraźnie widać mały żółty namiot rozstawiony na 'wygwizdowie' specjalnie na tę okoliczność. Na początku euforia - wciąż rozgrzani upojnym wieczorem w Bacówce i opowieściami o dalekich i barwnych podróżach, wślizgujemy się do śpiworów. Jest ciepło, niemal gorąco. Po chwili, kiedy emocje opadają zaczynamy zdawać sobie sprawę, że w namiocie robi się zimno. Cienka warstwa materiału dzieli nas od mroźnej nocy i nie jest w stanie kumulować ciepła oddawanego przez nasze rozgrzane piecem ciała. Stare karimaty pozostawiają wiele do życzenia i mimo ciepłych śpiworów chłód ciągnie od spodu. Bacówka na szczęście jest blisko, ale nawet przez myśl nam nie przejdzie żeby wracać. Temperatura wewnątrz namiotu spada do -8, ale czujemy tylko lekki dyskomfort. Kręcimy się aż do rana rozentuzjazmowani tym, że się uda, że będziemy niezależni od schronisk i chat, że od teraz będzie można wyruszyć w trasę i spać tam, gdzie będzie się chciało. Słoneczny poranek i widok na przyprószone śniegiem Tatry jest jak nagroda za podjęcie pierwszej próby. Dla nas rozpoczyna się nowy etap - a wciąż padający śnieg, który dla innych jest utrapieniem i powodem zmartwień jest jak obietnica. Kolejna mroźna zima i wolność - w pełnym tego słowa znaczeniu.

p.s. Dziękujemy za zaproszenie na "Slajdowisko" - Wasza Bacówka jest fantastyczna...

16 listopada 2010

ROMA E VATICANO

3000 lat historii, 2,7 miliona mieszkańców, niemalże 1000 kościołów, 24 monumentalne zabytki światowej sławy. Przebrzmiały krzyk 70 tysięcy gardzieli, zgromadzonych w koloseum, spragnionych jedynie chleba i igrzysk. Kurz i czas zacierający ślady potęgi Imperium Rzymskiego. Pyszna kawa i wspaniałe lody. Do tego najmniejsze Państwo świata i najważniejsza świątynia katolickiego Świata. Wszystko to oddalone od Polski o zaledwie półtorej godziny lotu.

Dobre rady:
- Palatyn, Forum Romanum i Koloseum są objęte tym samym biletem, zamiast więc stać w kolejce do Koloseum warto przejść nieco dalej, kupić bilet w Palatynie, zwiedzić po drodze Forum, a potem już bez kolejki wejść do Koloseum (otwarte do zmroku, po sezonie do 16:30 -bilet łączony 12 euro)
- Kolejka do Bazyliki Św. Piotra jest tak długa, że można zemdleć na sam widok, pomijając skutki palącego słońca i stania w tłumie na rozgrzanym placu. Mimo to rano lepiej zwiedzić Bazylikę, bo i tak swoje odstać trzeba, a potem udać się do Muzeów Watykańskich - kolejka zdecydowanie maleje po południu, chyba, że zdecydujemy się zapłacic za przewodnika - wtedy pomijamy kolejkę i oszczędzamy mnóstwo czasu... niestety licencjnowani watykańscy przewodnicy nie mówią po polsku ;)
- San Clemente i Basilica dei Santi Quattro Coronati to według mnie najpiękniejsze kościoły w Rzymie, ale muszę zaznaczyć, że nie przepadam za barokiem i nie znam się na malarstwie...
- najlepiej wynająć apartament zamiast hostelu - chyba, że przelewa się z kasą (w apartamencie jest więcej miejsca i swobodniej - jeśli jest większa grupa można odpocząć przy herbacie)
- dobrze jeść w trattoriach - o niebo taniej i zawsze świeże - najlepiej wybierać te, w których jedzą miejscowi ;)
- poruszać się pieszo lub metrem - bilet jednorazowy kosztuje 1 euro i jest ważny 75 minut - można w tym czasie jeździć tramwajami i autobusami, ale po wyjściu z metra, drugi raz na ten sam bilet nie można wejść
- należy (tak jak w każdym miejscu turystycznym) bezwględnie uważać na kieszonkowców, naciągaczy i podstępnych żebraków

07 listopada 2010

WIELKA SOWA

Ten ciepły, deszczowy weekend spedziliśmy w Sudetach Środkowych zdobywając bez wysiłku najwyższy szczt Gór Sowich - Wielką Sowę 1014,8m n.p.m. Na jej szczycie stoi betonowa wieża widokowa z niezbyt przyjemnym Cieciem, ale z fantastycznym widokiem na okolicę. Okoliczne lasy, które wydawały nam się niezwykle malownicze są wg wikipedii "najbardziej zniszczonym ekologicznie drzewostanem w Górach Sowich". W każdym razie Sudety zawsze nam się podobały, a teraz odkrywamy, że choć daleko od Krakowa są niezłym miejscem na skitury lub rower. Ze wzgledu na pogodę turystów było niewielu, w lesie spotkaliśmy stado łani i jelonka i przespacerowalismy się do sztolni Włodarz. Według naszego przewodnika Góry Sowie to najbardziej tajemnicze miejsce jakie można znaleźć - mówił, że na zdjeciach satelitarnych wyglądają jak ser szwajcarski. Sztolni, które figurują na jakichkolwiek planach górniczych jest około 120 z czego wejście możliwe jest do około 60. Długość korytarzy w samym Włodarzu to 3200m. Drążone od 1943 do 45r. w zimnie i ciemnościach przez tysiące więźniów kupowanych za 2 marki z obozów pracy - robią upiorne wrażenie. Część korytarzy jest zalana wodą. Biznes zbudowany na ludzkim cierpieniu czy pomnik pamięci? Można się nawet przpłynąć łódką...

Nocowaliśmy w sympatycznym schronisku 'Sowa'. Historia tego miejsca sięga 1897r., kiedy postanowiono wybudować obiekt turystyczny, a na inwestycję przeznaczono 7000 marek. Ostatecznie budowa pochłonęła ponad dwa razy tyle - coś o tym wiemy - budujemy dom i muszę stwierdzić, że do 2010r. nic w zakresie przekraczania zaplanwanego na budowę budżetu się nie zmieniło... wieczór spędziliśmy przy czeskim piwie 'Opat' słuchając szant w wykonaniu licealistów z Wałbrzycha.

nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Ostatnio zastanawiałam się nad unicestwieniem bloga. W końcu postanowiłam, że zostanie w formie czegoś w rodzaju pamiętnika udostępnionego tylko znajomym. Kiedy jednak przyszło co do czego zablokowałam dostęp do konta na fb i zlikwidowałam konto na naszej klasie blog pozostał w formie niezmienionej. Widać sama mam sentyment do tej mojej pisaniny ;)

01 listopada 2010

PRZEDŚWIĄTECZNA RYSIANKA

Wczoraj zafundowaliśmy sobie całodzienną wycieczkę z Korbielowa na Halę Miziową, potem na Rysiankę dalej niebieskim i żółtym szlakiem w górę i w dół przez Łabysówkę - miało być dalej, ale sił zbrakło, a i zmrok już szybko zapada o tej porze roku....

Dzień był cudowny, chociaż wiało mocno. Zeszliśmy do Korbielowa w ciemnościach chwilę po 18, a że szlak prowadzi tuż obok sklepu wstąpiliśmy na zakupy. Panie były tak miłe, że na 'do widzenia' aż się chciało powiedzieć 'wesołych świąt'. Tak się to teraz dziwnie porobiło. Uroczystość Wszystkich Świętych, potocznie zwana Świętem Zmarłych wywodzi się głównie z czci oddawanej męczennikom, którzy oddali swoje życie dla wiary w Chrystusa. Tego dnia czci się znanych i nieznanych świętych. Natomiast Dzień Zaduszny to współczesny odpowiednik pogańskiego święta Dziadów rozpowszechniony dopiero w XIIIw. Tego dnia powinniśmy wspominać wszystkich, którzy odeszli z tego świata. Niestety ponieważ tylko 01 listopada jest dniem wolnym od pracy święta te stały się w praktyce jednym świętem.

Dawniej Na Słowacji w zaduszkową noc zostawiano na stole chleb lub inne potrawy. Palono po jednej świecy dla każdej zmarłej osoby. Brytyjczycy wrzucają do ogniska kamienie, warzywa i orzechy by odgonić złe duchy. Z kolei meksykańskie i romskie obrzędy ku czci zmarłych trwają dłużej niż w Polsce i mają zupełnie inny charakter - radosny. Rodziny wspominają zmarłych i wierzą, że w tych dniach ich dusze schodzą na ziemię i świętują razem z żyjącymi. W końcu - dla wierzących czy nie - mówi się, że żyją Ci, o których pamięć jest wciąż żywa.

14 października 2010

DOOKOŁA HISZPANII I PORTUGALII

W związku z narzekaniem Madzi przyspieszam i z wielkim opóźnieniem (ale wciąż wiernie) opisuję wycieczkę dookoła Hiszpanii i Portugalii.

Agnieszka czekała 7 lat żeby pojechać do Hiszpanii. Krzysztof stwierdził, że skoro Hiszpania to i Portugalia. My w tak gorącym dla nas okresie nie powinniśmy jechać, ale żal było nie skorzystać z okazji... Bardzo przypadł nam do gustu pomysł zwiedzania miast na rowerach. Było ciepło to prawda, ale podobno jak się szybko jedzie to można się schłodzić ;). Notabene Hiszpania jest najgorętszym i najbardziej suchym państwem Unii Europejskiej. Spaliśmy w samochodach - woda i prysznic był dostępny w Kamperze - zwanym Palusiem, a nasz kamper okazał się całkiem wygodny po rozłożeniu tylnych siedzeń - tylko nieco uciążliwe było codzienne przekładanie bagażu. W Decathlonie kupiliśmy taki świetny zestaw - niski materac z prześcieradłem dwie podusie i kołderka za niecałe 200zł. - idealny zestaw do spania w aucie - polecam.

HISZPANIA

W Hiszpanii było pięknie. Bajecznie ciepło i kolorowo - błękit nieba, zieleń morza, czerwień dachówek i biel ścian odbijająca się w brukowanych chodnikach wypolerowanych podeszwami 57 milionów turystów rocznie. Barcelona ujęła nas Gaudim i przeraziła ilością kradzieży.
Zobacz fotki z BARCELONA KATEDRY I PARK GUELL

Niestety jak wynika z danych statystycznych dotyczących przestępczości wśród imigrantów, Polacy znajdują się na 7 miejscu wśród 23 narodowości najczęściej popełniających przestępstwa w Hiszpanii. Jesteśmy tuż za Algierczykami, Nigeryjczykami, Rumunami, Marokańczykami, Portugalczykami i Kubańczykami. W każdym większym mieście i we wszystkich miejscach turystycznych były ostrzeżenia przed kieszonkowcami. Czy było niebezpiecznie? Nie - turysta niezabezpieczony staje się łatwym celem.
Zobacz fotki z Hiszpania 2010

Nazwa Hiszpania pochodzi z języka fenickiego i prawdopodobnie oznacza „ziemię królików”. Najbardziej charakterystyczne drzewa rosnące w tym państwie to migdałowce, drzewa oliwne i pomarańczowe, figowce i dąb korkowy, z którego wytwarza się korki do butelek, torebki, kapelusze, fartuchy a nawet krawaty ;) - chciałam kupić torebkę, ale cena przekraczała moje możliwości. W gaju oliwnym na wzgórzach Granandy kąpaliśmy się w stroju Adama w promieniach zachodzącego słońca nie zauważywszy nawet, że tuż obok jest ścieżka rowerowa. Zorientowaliśmy się kiedy przejechał pierwszy rowerzysta - sytuację zaliczam do bardziej interesujących w moim życiu ;). Góry Śnieżne - Sierra Nevada to świetny rejon na skitury - płasko, wysoko i sporą część można 'zdobyć' samochodem.
Zobacz inne fotki z Hiszpania 2010

Zobacz inne fotki z Hiszpania 2010

Nie da się poznać narodu będąc przejazdem, ale znalazłam kilka ciekawostek, więc przytaczam co ciekawsze. Hiszpanie wierzą, że skonsumowanie dwunastu winogron w sylwestra przyniesie im szczęście w nadchodzącym roku. Przeważnie jedzą 5 posiłków dziennie i kochają pić kawę. Korridy nie znam i nie chcę znać. Zastanawia mnie jak taki wesoły, kochający fiestę i flamenco naród może lubować się w krwi przelanej na arenie? Prawdziwe nazwisko Pabla Picasso brzmiało: Pablo Diego Jose Francisco de Paula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano de la Santisma Trnidad Ruiz Picasso - ktoś powinien zgłosić ten fakt do Guinessa w kategorii znanej osoby z najdłuższym nazwiskiem. A może już zgłosił?

PORTUGALIA

Nieprawdopodobne nasycenie kolorów, zieleń otoczona wodami Oceanu Atlantyckiego. Od strony lądu Portugalia graniczy tylko z Hiszpanią. Do niej należą też Azory i wspaniała, cudowna, moja Madera. Ten piękny kraj jest ubogim kuzynem Europy. Do tej pory nadrabiają zaległości po 40 letniej dyktaturze Antonio Salazara, która zakończyła się rewolucją goździkową w 1974r. Ok. 10%ludności to analfabeci - nic dziwnego skoro system edukacji przewiduje możliwość kształcenia 'telewizyjnego'.
Zobacz inne fotki z Portugalia 2010

Zobacz inne fotki z Portugalia 2010

Osobiście najbardziej podobało mi się Porto - pewnie z powodu porto ;). Niestety doskonałą wycieczkę w doborowym towarzystwie zakłóciła kradzież roweru - w centrum turystycznym, przy głównej ulicy tuż obok Katedry... Nie ma już świętości...
Zobacz inne fotki z Portugalia 2010

Zaliczyliśmy też kolejny po Maderze Cabo de Sao Vicente, czyli klif lub jak kto woli cypel prawie najdalej wysunięty na zachód Europy. O to miano 'biją się' w przewodnikach z Cabo da Roca, który jest niewątpliwym zwycięzcą. Z resztą w końcu Portugalia jako państwo jest najdalej wysuniętym na zachód państwem Europy, więc o co te kłótnie? Poznaliśmy historię Henryka Żeglarza i zwiedziliśmy szkołę, w której uczyli się najwięksi podróżnicy świata. Kąpaliśmy się w ciepłym oceanie i jeździliśmy rowerem po klifach - smagani wiatrem i lekką mżawką, która w każdej chwili mogła się przerodzić w ulewę. A potem nagle trzeba było podjąć decyzję o powrocie do domu i dać się ponieść fali spraw do załatwienia...

07 października 2010

RODZINNE TATRY

Oj działo się Panocku, działo się ;)
Ojciec Chrzestny przyjechał w piątek, w niedzielę rano zjawiła się Teściowa. Będąc w komplecie udaliśmy się z wizytą do rodziny w Czarnym Dunajcu. Pogoda jak na tę porę roku była fantastyczna. Udało nam się namówić Bogusię i Marka na spacer do Morskiego Oka. Szliśmy i szliśmy, a nieprzebrany tłum turystów szedł z nami, przed nami i za nami... Pierwszy raz mieliśmy nocować w Moku (poza Jurkiem, który był tam wielokrotnie ok. 30 lat wcześniej...) Noclegi zarezerwowałam z wyprzedzeniem i dostaliśmy wspaniały 4 osobowy pokój na poddaszu - z widokiem bezpośrednio na staw. Zwierzaki na Moku są tak wytresowane, że kaczki podchodzą do nóg kiedy wyciąga się do nich ręce, a ptaki kradną posiłek z talerzy. Pracownicy schroniska zapomnieli już dawno co to znaczy być miłym i uprzejmym...
Nic jednak nie może zastąpić widoku gór odbijających się w błękitno-zielonej toni górskiego stawu.
Zobacz inne fotki z RODZINNE TATRY

ZRODZINNE TATRY

Wieczorem to mega turystyczne miejsce zamienia się w oazę spokoju - zwłaszcza kiedy pogoda jest do bani. Po pierwszym dniu cudownego słońca zerwał się wiatr, ścieżki się oblodziły i zaczęło padać. Poczekaliśmy do popołudnia, a potem dzielnie ruszyliśmy żółtym szlakiem na Szpiglasową.
Z RODZINNE TATRY

Z RODZINNE TATRY

Deszcz przestał padać mniej więcej w połowie drogi i chociaż ilość śniegu nie pozwoliła nam zejść na drugą stronę przełęczy to i tak Mama dostała sprawność tatrzańskiego turysty! Jak na pierwszą wycieczkę dała czadu jak Elvis. Kolejny dzień był ciepły i słoneczny jak latem. Wykończyliśmy się idąc z plecakami do Piątki i schodząc w dół do parkingu. Zmęczeni ale bardzo zadowoleni wróciliśmy do Krakowa. Bury Miś był zamknięty. Toalety w Moku są luksusowe jak w hotelu 5 gwiazdkowym, na 5 stawach po remoncie choć zapaszek w kibelkach pozostał ten sam, nie trzeba już wyskakiwać z kabiny zanim się spuści wodę - postęp Panie, postęp i cywilizacja...

p.s. po niespełna czterech latach udało nam się kupić bilety na Mayday (z niewielkim wyprzedzeniem, miejsca w IV I V rzędzie). Było fajnie, teraz razem z Wujkiem oglądamy debilny, ale Polski film 'Ciacho', a Mamusia właśnie jedzie w pociągu dalekobieżnym do Szczecina...

24 września 2010

GLOKER FEST

Wojtek zrobił materiał z imprezy firmowej - 'POMALUJ MÓJ ŚWIAT'
W dwa dni trzy imprezy:

Poznań


Szczecin


Kraków

22 września 2010

POŻEGNANIA I POWROTY

Z przyczyn zawodowo-prywatnych musieliśmy zakończyć zwiedzanie Hiszpanii i Portugalii. Pożegnanie było bardzo smutne, ale obowiązki wzywały - wróciliśmy na czas żeby dowiedzieć się, że kredytu nam nie wypłacą, bo stopnień zaawansowania budowy jest nie wystarczający, firmę zalało, w wynajmowanym mieszkaniu jest zwarcie i nie ma prądu, a pracy mamy, jak mówi Henia 'po kokardę'. Wenezuela powoli odpływa w strefę marzen, a ja mimo to po 40 dniach tułaczki z przyjemnością wracam do Kraju. To nic, że tutaj jest chłodniej, że czasem szaro i plucha, że tu są codzienne problemy i trzeba pracować... Tu jest mój dom, tu czuję się dobrze. Im więcej podróżuję tym bardziej kocham tę moją Polskę.

na opis podróży przyjdzie jeszcze czas...

17 września 2010

Sintra


Dawniej letnia rezydencja wladcow Portugalii. Obecnie gesty las z egzotycznym drzewostanem i wspanialymi willami i palacami - pozostalosc po lizbonskich bogaczach. Na zdjeciu warowny zamek mauretanski. Z murow widac Lizbone.

14 września 2010

Cabo de Sao Vicente


Portugalia. To juz drugie Cabo de Sao Vicente po Maderze. Zwiedzilismy pierwsza szkole zeglarzy w Fortalezie. W tej szkole zalozonej przez Henryka Zeglarza uczyli sie m.in. Ferdynand Magellan i Vaco da Gama. Dzien byl doskonaly a na obiad zjedlismy kraba :). Czulam sie okropnie patrzac mu w oczy ale byl pyszny... Spimy na klifie z cudownym wdokiem na ocean wieje tak ze dzis na pewno nie bedzie problemu z komarami.

11 września 2010

Gibraltar


Angielska czesc Hiszpani. Z Europa Point bylo widac Afryke niestety wiocznosc kiepska. Przejechalismy sie rowerami ale zaczelo padac - jak to w Anglii :)

10 września 2010

Sierra Nevada


Widok z drugiego co do wielkosci szczytu Połwyspu Iberyjskiego Pico Veleta 3392 - jak do tej pory to nasz najwyzszy zdobyty szczyt w kolekcji :)

06 września 2010

Zawieszeni na czubku


Barcelona. Spimy u Jacka na balkonie - na 18 pietrze :) moja Tesciowa nie lubi wysokosci-powiedziala mi ze jak sie kladzie u Leszka na 10pietrze to czuje sie jakby byla zawieszona na czubku gory. Ja tez sie tak poczulam wiedzac, ze 10cm za moja glowa jest 57m przepasc. Tylko ze mnie sie podobalo-wiec problem wysokosci mam juz z glowy. Prot wyliczyl ze z balkonu lecialoby sie 3,5sekundy. Barcelona dla nas niegoscinna. Volvo parkuje w podziemnym garazu wiec rowery bezpieczne. Kamper jest za wysoki i po pierwszej nocy na ulicy zostal przeszukany - oba zamki uszkodzone ale nic nie zginelo. Park Guell atrakcyjny jak na turystyczne miejsce. O zwiedzaniu Barcelony jeszcze napisze :). Ekipa w calosci i dzis wyruszamy dalej...

27 sierpnia 2010

TRAMONTANA

Wieje tak, że łeb urywa - ALE JAKA JAZDA! Rano prawie nie wiało, zaufaliśmy prognozie i na spot pojechaliśmy o 16. Nic. Wiaterek prawie zerowy. Nawet do wody nie chciałam wejść. Zarządziliśmy odwrót i kąpiel w morzu, ale Piotrek nalegał na szybki powrót. Wierzyć mi się nie chciało, żeby tak nagle mogła zmienić się pogoda. Godzinę później znów byliśmy na spocie. I nic. Przy taklowaniu już całkiem zdechło, aż tu nagle zerwał się wiatr. Ot tak z niczego. Jak się zaczęło tak wieje cały czas - coraz mocniej. Domek cały się trzęsie, wszystko fruwa dookoła - szkwał jak diabli ;).

25 sierpnia 2010

FRANCJA

Po przejechaniu 2300km z zimnych, wietrznych Niemiec przenieśliśmy się na południe Francji. Pierwsze cztery dni spędziliśmy nad Oceanem na czterogwiazdkowym kempingu tuż przy plaży (zachodnia Francja). Później przejechaliśmy 500km w kierunku morza odwiedzając przy okazji średniowieczne Carcasonne. Pierwotnie ruiny stanowiły budulec dla nowo budowanego miasta. Przed całkowitą zagładą uratował je Eugène Emmanuel Viollet-Le Duc odtwarzając miasto tak, że wygląda jakby w ogóle nie było zniszczone. Carcasonne jest wpisane na listę Unesco. Wygląda bajkowo.
Zobacz inne fotki z Francja - Leucate

Francja pachnie lawendą. Jest uroczo - małe śliczne domki, zadbane ogrody, pyszne wino, sery i oliwki. Tutaj wszystko jest mniej oficjalne, nieskomplikowane. Takie doskonałe miejsce do życia. Francja to mój nr 2 - zaraz po Rumunii.
Zobacz inne fotki z Francja - Leucate

W Leucate wieje Tramontana - północno-zachodni silny wiatr wiejący wzdłuż Pirenejów. Płytki etang jest doskonały do nauki, pogoda o tej porze roku zawsze dopisuje - czyli doskonałe warunki dla początkujących windsurferów. Pierwsze dni były leniwe - plażowanie, ćwiczenie manewrów na lekkim wietrze i narzekanie, że nie wieje mocniej. Sami sobie wykrakaliśmy. Wczoraj powiało - podobno słabo jak na tutejsze możliwości i dziś boli mnie każdy fragment ciała. Czuję wszystkie mięśnie. Nogi i ręce mają się już lepiej po pływaniu w morzu, ale rano myślałam, że nie dam rady wstać z łóżka ;). Bartek złamał maszt, obtarliśmy sobie stopy i cieszymy się, że dziś znowu 'nudny' dzień. Od jutra ma wiać, ale tym razem będziemy przygotowani. Sprzedaliśmy mój stary żagiel i kupiliśmy nowy - mniejszy. Nieco większy niż ten, na którym pływałam na Fuercie, ale zdecydowanie mniejszy i mniej sztywny niż poprzedni. Bartek też ma mniejszy żagiel i nowy maszt - damy radę!
Zobacz inne fotki z BARCELONA

W niedzielę przy okazji odbierania Asi z lotniska zwiedziliśmy Barcelonę. Było miło, aż do powrotu do auta kiedy okazało się, że szyba została wybita. Na szczęście poza szybą straty niewielkie - skradziono plecak z wodą i kanapkami, który ktoś nieopatrznie zostawił na siedzeniu ;(.

24 sierpnia 2010

INNE OBLICZE NIEMIEC

Muszę przyznać, że dotychczas nie przepadałam za 'niemieckim landem'. Wydawało mi się, że wszystko tam jest takie poukładane, porządne - dość sztuczne. Tymczasem podczas wizyty u Ewy i Andreasa okazało się, że zawsze można się mile zaskoczyć. Wstąpiliśmy zaledwie na dwa dni - w drodze do Francji - do małej miejscowości Neulußheim. Nie spodziewaliśmy się wielu atrakcji, a trafiliśmy do pobliskiego Speyer - jednego z najstarszych niemieckich miast. Uczestniczyliśmy we mszy świętej w największej katedrze romańskiej w Europie. Msza trwała prawie 2 godziny, ale w trakcie grała orkiestra i występował 36 osobowy chór! Z okazji urodzin Biskupa skomponowano muzykę i wydano specjalną książeczkę z tekstami dla wiernych - pierwszy raz udało mi się zaśpiewać po niemiecku kompletnie nie znając języka. Zaskoczyło mnie specjalnie wyznaczone miejsce dla osób głuchoniemych z osobą, która tłumaczyła mszę. Niemiecki ordung jednak - w najlepszym wydaniu. W 1981r. katedra cesarska została wpisana na listę UNESCO.
Zobacz inne fotki z NIEMCY

Spędziliśmy również kilka godzin w muzeum techniki wypełnionego po brzegi eksponatami. W ciągu jednego dnia byliśmy w dwóch największych samolotach świata, we wnętrzu promu kosmicznego i w łodzi podwodnej.
Ewa i Andreas przyjęli nas po królewsku - wielkie dzięki!

10 sierpnia 2010

PUENTE DEL TANGO I MAKADAMA

Pasja, miłość, energia, życie - zaczęliśmy lekcje Tanga...

Zawsze wiedziałam, że Tango będzie moją miłością :). Zapisaliśmy się - jak zwykle przypadkiem - na trzydniowe warsztaty VI FESTIWALU TANGA ARGENTYŃSKIEGO - ćwiczenia mamy w Klubie Masada przy ul.Krakowskiej. Jest tłoczno, ale to podobno oddaje atmosferę. No i muszę się przyznać, że zaczynamy się uczyć hiszpańskiego - zobaczymy z jakim powodzeniem.

Wojtek podesłał mi link z naszej pierwszej audycji radiowej w Radiofonii w programie MAKADAMA. Muzyka jest boska ;)

05 sierpnia 2010

130km kajakiem do Warszawy

Szybko, szybko - tak wciąż wygląda nasze życie. Praca, remonty, sprzedaż mieszkania, budowa - i oczywicie najmilszy czas na relaks! W ramach tego ostatniego spłynęlismy z Puław do Warszawy. 4 dni i 130km - całe szczęscie, że prąd był szybki ;).
Wojtek zrobił FILMIK z tego wyjazdu.

Pokaż Kajakiem z Puław do Warszawy na większej mapie
Jak się tak płynie to z bliska widać ogrom zniszczeń dokonanych przez powódź. Wisła rozlana jak ogromne jezioro - rozparta pomiędzy wałami próbującymi zatrzymać 'wielką wodę'. Bardzo (jak na tak dużą rzekę) rwący prąd niesie olbrzymie drzewa wyrwane z korzeniami, konary wystają lub - co nas zdziwiło - wynurzają się na chwilę spod tafli wody, by po chwili płynąć dalej podwodnym nurtem, niewidoczne i chyba dosć niebezpieczne. Sarenki uwięzione na 'sztucznych' wyspach i mnóstwo ptactwa.
Zobacz inne fotki z kajakiem Puławy - Warszawa

Cywilizacja dopiero przed samą Warszawą i... żadnych innych jednostek pływających. Tak na serio miał to być test tanich kajaków - parówczaków - jak je nazywamy. Chcielismy sprawdzić ich dzielnosć bojową przed spływem Orinoko, ale na razie słabo widzę takie spływanie 'gumiakiem' po rzece, w której roi się od pirani, anakond i innych mniej znanych niebezpiecznych stworzeń. Podobno krokodyle w tamtym rejonie wyginęły, ale czy ja tam wiem... a jak będziemy mieli 'szczęscie'...? No nieważne pomijając to wszystko kajaki przeszły chrzest i ogólnie nadają się. Dziewczyny - Ola i Sławka zdobyły sprawnosć kajakarza i nawet nie zaliczyły wywrotki - w przeciwieństwie do Wojtka ;).
Zobacz inne fotki z kajakiem Puławy - Warszawa

Pogoda dopisała. A teraz już muszę kończyć, bo Artur czeka na zwolnienie komputera - a poza tym jest już baaaardzo późno.
Zobacz inne fotki z kajakiem Puławy - Warszawa

17 lipca 2010

Grunwald 2010

Dziś o godz. 14.00 rozpocznie się inscenizacja "Bitwy pod Grunwaldem". W tym roku 600 lecie, a nas tam nie ma ;). Jesteśmy przeziębieni, jest nam gorąco i choć trochę żałowałam, pocieszył mnie mail następującej treści:

Zebrały się wojska polsko-litewsko-ruskie i inni wschodni sojusznicy
króla Jagiełły na polach
Grunwaldu....Popatrzył na nich Wielki Mistrz Urlyk von Jungingen i
rzekł....EUROSCEPTYCY

wieczorem pojechaliśmy do Ali i Piotra i w ramach naszego klubu filmowego 'na chybił - trafił' zrobiliśmy sobie na bramie garażowej projekcję filmu 'Tango'. Trzeba było powiesić aż trzy prześcieradła, ale ekran był doprawdy ogromny... nie mówiąc już o tym, że było ze 100 razy chłodniej niż w domu... leżaki, lody - gdyby nie komary, to pomyślałabym, że jesteśmy w raju ;)

p.s. dostałam relacje z pierwszej ręki - mamy szczęście, że się nie wybraliśmy - organizacja była do niczego, a kolega twierdzi, że nawet wikingowie mówiący po rosyjsku brali udział w bitwie - na szczęście kolejny raz zwyciężyliśmy, a mieszkańcy Grunwaldu nieźle zarobili...

zmontowałam Tajlandię

14 lipca 2010

DOBRONOCKA W TRÓJCE

W niedzielną noc spotkał nas zaszczyt bycia gośćmi Pani Grażyny Dobroń. Opowiadaliśmy o wolontariacie w Indiach. Przed północą weszliśmy do studia i prawdę mówiąc dopadła mnie lekka trema ;). Na żywo wysłuchaliśmy serwisu informacyjnego, a chwilę później weszliśmy na antenę. Trzeba przyznać, że Pani Grażyna jest niezwykłą kobietą. Po chwili rozmowy człowiek dosłownie otwiera przed nią serce i duszę. Fascynująca osobowość - rozmawialiśmy dwie godziny na antenie i dwie poza i wciąż mamy niedosyt. Mam jednak nieodparte wrażenie, że nie było to nasze ostatnie spotkanie. Poniżej nasza rozmowa:
DOBRNOCKA W TRÓJCE
(w pierwszej części więcej Wojtka, później (jak się wygadał) to i my na dłużej zostaliśmy dopuszczeni do głosu). Niestety akurat mam zapalenie oskrzeli i miałam problemy z mówieniem, ale na szczęście nie słychać mojego okropnego kaszlenia (kaszlałam pod stół i w przerwach na muzykę ;).

SLOT ART FESTIVAL - LUBIĄŻ 2010

Z Gdyni pojechaliśmy do Wrocławia na jeden z koncertów z Brave Festival. Niezbyt udany wypad, ale i tak po drodze do Lubiąża. Wieczorem, dotarliśmy na pole namiotowe i zostaliśmy zaatakowani przez setki krwiożerczych komarów, dzięki czemu błyskawicznie rozstawiliśmy namioty. Pałac Opata i budynki zakonne, na terenie których odbywa się festiwal, są tak duże, że jak podkreślał wielokrotnie przewodnik, Wawel zmieściłby się tu 2,5 raza ;). To chyba największa ruina, jaką widziałam. Obiekt przeszedł w ręce prywatne w 1989r. i do tej pory zebrali tylko środki na wymianę dachu i renowację dwóch sal. Reszta nie pamięta już czasów świetności, ale może dzięki temu jest jeszcze bardziej klimatycznie.
Zobacz inne fotki z Slot Art Festival 2010

Slot to 140 warsztatów o przeróżnej tematyce od robienia grotów i noży, poprzez naukę śpiewu, rysunku, pisania secenariuszy, jazdy na monocyklu, reportażu, decoupagu i robienia biżuterii z filcu do nauki pływania na desce. Do tego wykłady, konkrsy i zabawy. Masa kafejek ukrytych w różnych częściach pałacu i wieczorne koncerty. Na terenie obowiązuje całkowity zakaz picia alkoholu, a we wszystkich pomieszczeniach zakaz palenia papierosów - nie muszę wspominać, że bardzo nam się to podobało. Mieliśmy duży problem z wyborem warsztatów dla siebie, szczególnie, że sami prowadziliśmy warsztat z wolontariatu w Indiach i siłą rzeczy nie mogliśmy w tym czasie być w innej grupie. Na szczęście warsztaty były podzielone na 3 tury. Zwyciężyło hobby związane z fotografią i zapisaliśmy się na 'eggart- czyli zdjęcie w jajku'. Niestety nie przyznano funduszy na jajka, więc została zabawa ze zdjęciem w pudełku, czyli camera obscura ;). Zabawa była przednia - zdjęcia wyszły nam fajne i dowiedzieliśmy się jak technicznie zrobić zdjęcie w jajku, a nawet w orzechu ;). Niestety nasze fotki zostały do ostatniego dnia - była wystawa - a my musieliśmy wyjechać, ze wzgledu na stan zdrowia. Upały w dzień, ziąb w nocy, emocje związane z mundialem i duża ilość mówienia spowodowały , że musieliśmy wracać do domu. Szkoda. Ostatniego dnia udało nam się zaliczyć ciekawy wykład Wojciecha Zięby o Sprawiedliwym Handlu i jego żony Alicji Kajak - Zięby, która spędziła 10 lat w Afryce niosąc pomoc medyczną w czasie wojny w Burgundii oraz Pigmejom w Kamerunie.

01 lipca 2010

Jestesmy w zoo - OPEN´ER 2010

Zobacz inne fotki z open'er 2010
20 000 osob na polu namiotowym. To nie wymaga dodatkowego komentarza ;).

Odchorowałam pobyt na Openerze i w końcu zabieram się do uzupełnienia wpisu. Tyle wrażeń kłębi mi się w głowie, że nie wiem od czego zacząć...

72 hektary terenu festiwalowego, 25 km ogrodzenia, prawie 100 tysięczna publiczność, 20 tysięcy osób na polu namiotowym, 500 dziennikarzy, 70 zespołów i wykonawców, 7 scen, niezliczona ilość toi-toi, kino letnie, plac zabaw dla dzieci, przewoźne bankomaty, 3 miasteczka festiwalowe, 4 strefy gastronomiczne z obfitością potraw i napoi, pokazy mody, konkursy, dyskoteki, w dzień 35 stopni, a w nocy 9 i para z ust - czyli Opener 2010 (tu są panoramki z festiwalu).

Niezapomniane przeżycie stanowić tylko małą kropkę w wielotysięcznym tłumie. Codziennie ok. 18 dawaliśmy się porwać nieustającemu strumieniowi ludzi, który po przejściu kontroli opasek rozlewał się na ogromnym polu, przemieszczając się w kierunku scen koncertowych. Kiedy tak szliśmy ku zachodzącemu słoncu namacalnie czułam, że biorę udział w nierzeczywistym wydarzeniu. Świat zwalniał wtedy jak na westernie, a my główni bohaterowie, zalani złotym światłem zmierzaliśmy do celu ;). Doznania absolutnie bezcenne - czujesz, że nie jesteś sam na świecie, choćbyś był najbardziej samotny. Ludzie jednoczą się w rytmach muzyki, są wszędzie dookoła
Ciebie - szczęśliwi i wolni... wolni od krępujących konwenansów, codzienności, od tego co im wolno, a czego nie wolno - giniesz w tym tłumie, zatapiasz się w nim, uwalniasz się...

Koncetów bylo tyle, że nie sposób wymieniać wszystkich, na które poszliśmy. Moim absolutnym faworytem został Skunk Ananansie - zespół, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Nazwa pochodzi od skunksa i legendarnego boga Afryki Zachodniej - Anansie czyli Pana Pająka ;). Skunk Anansie dał czadu jak Elvis i powalił publiczność na kolana. Początkowo byłam leko zdziwiona, oszołomiona, a później wręcz zniewolona niezwykłą osobowością Skin - wokalistki zespołu. To co wyprawiała na sceenie jest w zasadzie nie do opisania. Tłum oszalał, kiedy zbiegła ze sceny i wspieła się na barierkę oddzielającą ją od publiczności. Kiedy chwilę później, nie przerywając śpiewania dała się ponieść na rękach publiczności, skruszyła najtwardsze serca. Od tej chwili jak jeden organizm robiliśmy wszystko czego chciała Skin. Ona też dała z siebie wszystko. Bez chwili przerwy na złapanie oddechu z zabójczym tempem i zmieniającym się rytmem, dotrwała do końca z pięknym, radosnym usmiechem - świeża, jakby przed chwilą wyszła z garderoby ;). Wykończyła mnie, ale zostałam dozgonnym fanem i będę wypatrywać następnego spotkania.

Massive Attack - najbardziej wyczekiwany przeze mnie (jeden z niewielu znanych). Jak zwykle zagrali świetnie, ale tym razem było to niesamowite widowisko, bo... przygotowali wizualizacje po polsku! Co chwilę pojawiały się najnowsze doniesienia z kraju, a największy aplauz wywołało złamanie ciszy wyborczej pod hasłem: W Poniedziałek dowiemy się kto będzie Prezydentem Polski, a chilę później: Komorowskiemu urodziła się wnuczka ;).

Jeszcze słowo o Grace Jones - byliśmy tylko na czterech utworach - niezłe przedstawienie i władczość godna podziwu - głos fantastyczny. Regina Spektor - niezła, wschodząca gwiazda rosyjskiego pochodzenia.

29 czerwca 2010

MALTA FESTIWAL 2010 - GLOKER OFIARĄ WYBORÓW

Ha! Tempo życia znów podskoczyło radykalnie, obroty wzrosły, a silnik rozgrzał się do czerwoności - tak jak lubię. Dni otwarte w trzech miastach w dwa dni. Zorganizowaliśmy konkurs dla dzieciaków i dorosłych - pomaluj mój świat - na chodnikach przed naszymi biurami powstały całe pasy fantastycznych kolorowych rysunków, a przechodnie wybierali najładniejsze. Rozdaliśmy tysiące ulotek, poznaliśmy mnóstwo ludzi. Były tańce i świetna zabawa. W Poznaniu pokazali nas nawet w TV - aż dwa razy - niestety wystąpiłam z namalowanymi gwiazdkami na twarzy, ale reklama aż miło!.

Wczoraj wieczorem dla nas oficjalnie zaczęła się MALTA. W tym roku Malta obchodzi 20 urodziny! Teatry uliczne, przedstawienia, widowiska, słuchowiska, dyskoteki. Słowem muzyka, piwo i śpiew ;).
Niedaleko od naszego biura wystąpiła grupa Compagnie Ex Nihilo z Trajets De Ville. Forma muzyczno - taneczna w wykonaniu grupy francuskiej - tak sądzę. Ludzie uwikłani we wzajemne skomplikowane związki, łączące się w zgiełku miasta ścieżki życia, obojętność w stosunku do innych ludzi i w końcu osamotnienie w samym środku pędzącego dookoła tłumu. Fantastyczne przygotowanie aktorów i bardzo dobry wybór tematu. Można obejrzeć fragment - teraz wszystko można przez internet - nie?

Wieczorem poszliśmy na biletowany pokaz z serii Holocene. Nakręcono portrety czterech miast: Jerozolimy, Iqaluit w Kanadzie, Moskwy i pokazywanej w Poznaniu Bonanzy – amerykańskiego miasta w stanie Colorado. To taki filmowy teatr. Na pięciu monitorach wyświetlane są projekcje z życia 7 mieszkańców miasta zapomnianego przez upływający czas. Początkowo istna sielanka. W otoczeniu przepięknych, górskich krajobrazów żyją ludzie szczęśliwi, którzy mogą robić wszystko czego dusza zapragnie i co im w sercu gra. W miarę upływu czasu poznajemy ich wzajemne relacje i konflikty, aż w końcu wybucha afera. Mnie osobiście bardzo przypadła do gustu zarówno forma, tematyka jak i sposób projekcji. Najbardziej rozczulił mnie Pan, który po mieście porusza się wyremontowanym własnoręcznie, błękitnym zaporożcem - sentyment motoryzacyjny ;). Późną nocą wybraliśmy się w kierunku rynku i w barze przy biurze festiwalowym załapaliśmy się na koncert grupy FM Belfast. Muza niesamowita i chłopcy rozgrzali się na tyle, że wystąpili w koszulach, bokserkach i skarpetach - a ja po raz pierwszy zatańczyłam z zespołem na scenie ;). O północy cudem udało nam się załapać na Silent Disco - wydają słuchawki z trzema pasmami i trzech różnych DJ-ów nadaje jednocześnie różne rodzaje muzyki. Tłumy ludzi tańczą w ciszy do różnych rytmów - wygląda to świetnie i zabawa jest przednia. Zdjęcia zamieszczę później.

A historia z PiS-em jest niesamowita. Rano okazało się, że nasze wejście do szkoły jest zasłonięte przez wielki namiot PiS. Państwo poproszeni o wylegitymowanie się pozwoleniem na prowadzenie akcji wyborczej w tym konkretnym miejscu oskarżyli nas natychmiast, że jesteśmy z PO i oczywiście nic nie pokazali. Musieliśmy zawiadomić Policję i Straż Miejską, a także biura poselskie PiS i PO. Po wykonaniu wielu telefonów udało się ustalić, że właściciel kamienicy wyraził im zgodę i dopiero interwencja Policji pomogła - namiot zostanie przesunięty. Zostaliśmy też przeproszeni za uciążliwość przez rzecznika PiS-u, który specjalnie pofatygował się do naszego biura. Niech żyje Policja i praworządność! Na koniec, żeby nie było wątpliwości, że nie jestem apolityczna zacytuję wierszyk przeczytany w gazecie:
'Lepiej nie zjeść Tiramisu - niż mieć Prezydenta z PiS-u!

25 czerwca 2010

POCHMURNA CODZIENNOŚĆ RADIOFONIA I TOK FM

Na zewnątrz ponuro, chłodno i pada bez ustanku - zupełnie jakby u nas była pora deszczowa. Wciągnął nas wir codziennych spraw, pracujemy, budujemy dom, sprzedajemy mieszkanie i na szczęście co jakiś czas spotykamy się ze znajomymi. W weekendy nic się nie dzieje - żadnych wypraw rowerowych, motocykl w naprawie. W firmie robimy dni otwarte pod nazwą 'Gloker fest 2010' ;). Pogoda nie sprzyja, ale jest nadzieja, że wszystko się uda.

Wczoraj po raz pierwszy wystąpiliśmy w radio. W 'RADIOFONI' w audycji Makadama opowiadaliśmy o Indiach i firmowych dniach otwartych. Audycja na żywo - trzeba przyznać, że Kasia Pilitowska wykazała się odwagą wpuszczając nas do studia ;). Mam nadzieję, że wypadliśmy dobrze, ale to się jeszcze okaże ;)). Dziś wybieramy się do radia Kraków - tym razem audycja będzie nagrywana. Jak się dowiem kiedy będzie na antenie to napisze i oczywiście zamieszczę też skrót pliku z Radiofonii. Byliśmy też w TOK FM.

09 czerwca 2010

PRAWIE SETKA - ROWEROWO-RAFTINGOWE BOŻE CIAŁO NA SŁOWACJI

Wyjechaliśmy w piątek rano z kwaśnymi minami - niewyspani, głodni i pogoda pod Burkiem... kierunek został wybrany wcześniej, ale nie spodziewaliśmy się, takich dobrych warunków noclegowych. Wynajęliśmy (za kwotę bardzo rozsądną, jak na drogą Słowację) domek z kominkiem ;), a po zjedzeniu polewki humory poprawiły się na tyle, że deszcz przestał pprzeszkadzać i pojechaliśmy na zwiady do Zdiarskiej Chaty (wrócimy tu na nartach).

Trasa rowerowa 533395 - powered by Bikemap 

Zmoczyło nas okrutnie, ale jak można ogrzać się przy prawdziwym ogniu to deszcz nie stanowi problemu.
Zobacz inne fotki z ROWER I RAFTING NA SŁOWACJI

Następnego dnia rano obudziło nas piękne słoneczko, a Kochane Panie ze stołówki obiecały przygotować na kolację koleno - czyli swojską pieczoną przez 3 godziny goloneczkę ;). Wszystko po to żebyśmy sił nie stracili pedałując po 100km trasie.
Zobacz inne fotki z ROWER I RAFTING NA SŁOWACJI

Tego dnia wszystko wyszło nam perfekcyjnie. Trasa nie była trudna, pogoda była przepiękna, obiad doskonały (i nie za duży, żeby golonko weszło). Najstromszy odcinek pokonaliśmy kolejką zębatą - przewyższenie 16% - i dodatkowa atrakcja. Niestety ostatnie 20km wiodło przez las - trasą pieszego szlaku. Było stromo, kamieniście i błotnie, ale warto się spocić kiedy w perspektywie jest golonka. Były przejazdy przez rwące strumienie i kwitnące łąki - widoki piękne, ale ostatnie 5km dało nam do wiawatu. Jechać już się właściwie nie dało, w zasadzie wlekliśmy rowery wąską ścieżyną, a czas dłużył się niemiłosiernie. Resztkami sił dowlekliśmy się do rozwidlenia dróg i nie bardzo wiedząc gdzie jechać wybraliśmy drogę w dół. Wydawało nam się, że minęliśmy gdzieś nasze domki, ale na szczęście tak się nie stało. Droga kończyła się wyjazdem na 'naszą' łąkę i zdążyliśmy zakończyć rowerowy dzień w ostatnich promieniach słońca. Wyszło nam 97km zimne piwo i rewelacyjne koleno ;).

Trasa rowerowa 533503 - powered by Bikemap 

W niedzielę, w co do końca nie wierzyłam, pojechaliśmy na rafting rzeką Belą. Chłopaki trochę sceptycznie do nas podchodzili, bo zamiast 4 osiłków (rafting obejmuje min.4 osoby) zobaczyli dziewuszkę i dwóch żółtodziobów, ale później pochwalili nas za dobre 'padlowanie' ;). Stan rzeki był bardzo wysoki, woda była rwąca i 'padlować' musieliśmy cały czas i nie muszę pisać, że to nam się podobało! Nogi może trochę bolały, ale ręce przecież mamy sprawne... i pogoda znowu dopisała. Na obiad pojechaliśmy do Burego Misia i tam... spotkaliśmy znajomych ;). Cały wieczór przesiedziliśmy na Białką czekając aż rozładują się korki - szkoda tylko że prąd był taki silny i nie mogliśmy się wykąpać, bo po raftingu czuć było od nas gumą...
z ROWER I RAFTING NA SŁOWACJI

31 maja 2010

FUERTEVENTURA

Zbliża się wieczór, tutaj to moja ulubiona pora. Po gwarnym dniu słyszę tylko szmer liści i szum fal rozbijających się o brzeg oceanu. Bezkresne, piaszczyste plaże, wysokie wulkaniczne wzniesienia i średnie zaludnienie 12 osób na km2 – Fuerteventua – najbardziej piaszczysta z Wysp Kanaryjskich. Mówi się, że to część zaginionej Atlantydy lub, według innej wersji, że to 'oderwany' kawałek Sachary. Słynne plaże na południu wyspy faktycznie pokryte są złotym piaskiem pustyni nanoszonym tu z wiatrem od tysiącleci. Z Afryki przylatuje nie tylko piasek, ale i plagi szarańczy, dlatego też w menu możemy znaleźć potrawy z tych owadów ;) (jak wiadomo, ja jestem jeszcze nie gotowa na skosztowanie wielonogiego przysmaku)
Zobacz inne fotki FUERTEVENTURA

Przylecieliśmy na tydzień, popływać na deskach i natychmiast okazało się, jak mikre są nasze zdolności w zderzeniu z porywistym, silnym wiatrem
i nieregularnością fal Oceanu Atlantyckiego. Na szczęście dla początkujących, po południu woda zalewa część plaży i można nie tylko odsapnąć po ciężkiej walce, ale nawet poćwiczyć co nieco. Wciąż mnie zaskakuje ilość doznań, których można jeszcze doświadczyć. Nowych zdarzeń, uczuć, wrażeń... Na Fuercie udało mi się zrobić pierwszy water-start, czyli żagiel wyciąga cię z wody i od razu płyniesz ślizgiem. Poczuć siłę natury i tę wewnętrzną moc w sobie, kiedy gwizd wiatru zagłusza własny radosny krzyk – niezapomniane – jak każdy pierwszy raz. To się nazywa szczęściem początkującego. 20 kolejnych nieudanych prób później schodzisz z wody pokonany czując bezwględną niemoc mięśni, ale i tak z poczuciem zwycięstwa i uśmiechem wymalowanym na spalonej słońcem, zasolonej twarzy – skoro udało się raz musi udać się znowu – to tylko kwestia czasu!
Od FUERTEVENTURA

Wyspa nie jest duża, ale też nie jest tania. Od wielu lat okupowana przez niemieckich turystów. Na próżno tutaj szukać raju poza obiektami hotelowymi, które wyglądają imponująco i karmią wyśmienicie. Plaże południowej części wyspy ciagną się kilometrami i w niewielkiej części 'zaludnione' są przez rozpasanych turystów i ... naturystów. Wynajmując samochód możemy znaleźć jakieś ustronne miejsce dla dwojga i pewnie dlatego 'kanary' są często wybierane przez nowożeńców. Na mnie ta wyspa nie robi wielkiego wrażenia. Piaszczysta, kamienista i wietrzna sprawia wrażenie niedostępnej, niezdatnej do zamieszkania. Infrastruktura turystyczna jest tu tak rozwinięta, że w mgnieniu oka przekonujemy się, że mieszkać tu jednak można i to całkiem wygodnie. Kluby nocne, kafejki, dyskoteki, wypożyczalnie i sklepy – wszystko co potrzebne turście za niezbyt przystępną dla Polaka cenę. Jednym słowem na Fuerteventurę nie wracam! Chyba, że ziszczą się wszystkie moje marzenia i kupię katamaran, który zapląta się 'przypadkiem' w te strony i zacumuje w malowniczej, samotnej zatoczce ;).

Wczoraj w nocy okradziono Monikę i Jaśka. Wszyscy mieliśmy otwarte balkony, będąc tym samym potencjalnym celem. Złodziej został spłoszony, ale zabrał telefony, pieniądze i dokumenty. Z Fuerty udało im się wydostać (Jasiek zciągnął potwierdzenie tożsamości z ambasady), ale ostatniej nocy nikt z nas nie czuł się bezpiecznie... W tym hotelu (Taro Beach) to nie był pierwszy raz – nie ma żadnych ostrzeżeń nawet ze strony rezydentki, która wie, że to się zdarza, ale powiedziała, że sami są sobie winni, bo spali przy otwartym balkonie – bezczelność ludzi nie zna granic...

23 maja 2010

Po 21 dniach i 11 godzinach lotu wróciliśmy do domu.

Tajlandia – oznacza dosłownie kraj wolnych ludzi. Dawne królestwo Syjamu. Nowy smak i zapach. Turystyka bez granic. Z jednej strony szystko wolno – palić opium, brać narkotyki, korzystać z płatnego towarzystwa płci przeciwnej lub tej samej ;). Z drugiej strony 95% mieszkańców Tajlandii wyznje buddyzm i w większości są to ludzie praktykujący. No, najwyraźniej odpust działa w każdej religii. Wyznawca buddyzmu (mężczyzna znaczy) musi przynajmniej raz w życiu na trzy miesiące przywdziać mnisi habit. Minichów nie wolno fotografować (chyba, że nie widzą, albo biorą za to kasę), a kobietom nie wolno patrzeć w mnisie oczy ;) (chyba, że o tym nie wiedzą). W tym pięknym kraju pracują przeważnie kobiety, a nie tak jak u nas mężczyźni. Tajski stosunek do rzeczywistości to: 'men pei rai' – czyli 'nie ma problemu' – i mają taki sam stosunek do czasu... więc, jak już się wie, to zawsze można dłużej pospać! Ceny nie są wygórowane. Trzeba uzbierać na bilet i zacząć cieszyć się obfitością.


CO WIEDZIEĆ, ŻEBY NIE BYĆ ŚWINIĄ I NIE POPAŚĆ W KŁOPOTY

W miejscowościach dużych i turystycznych można się ubierać jak się chce, ale we wioskach i małych miasteczkach nie wypada chodzić w mini i bluzce z dekoltem i na ramiączkach. Tajowie są bardzo przesądni. Stawiają domki dla duchów, nigdy nie podpisują się czerownym dlugopisem, bo czerwony to kolor śmierci. Nie wolno im ścinać włosów w środę, bo to przynosi nieszczęście i podobnie jak u nas nie staje się na progu domu. Przy zaćmieniu słońca podobno robią straszny hałas – według wierzeń demon Rahu chce słońce połknąć, a hałas ma go odstraszyć – co ciekawe za każdym razem im się udaje i Rahu słońce wypluwa ;). Trzeba wiedzieć, że w Tajlandii jest obecnie rok 2553 ;).
Król jest tu powszechnie sznowany i nie wolno wygłaszać pod jego adresem żadnych uwag. Podobno jakiś Francuz wyrażał się niepochlebnie i aresztowano go jak tylko wysiadł z samolotu. Bhumibol Rama IX panuje szczęśliwie od 64 lat, a jego najstarszy syn jest już po 50-tce. Szacunek dla króla jest tak wielki, że jednym z zabronionych w Tajlandii filmów jest 'Anna i król' z Jodie Foster. Podobno król jest w tym filmie przedstawiony w negatywnym świetle, a ja się z tym nie zgadzam. Jeśli ktoś chce zobaczyć świetność królestwa Syjamu to akurat ten film jest jak najbardziej odpowiedni.
Większość mieszkanców wiosek jest uzależniona od opium, które wcześniej było używane jako lekarstwo, a obecnie zapewnia mieszkańcom dostatnie życie. Na terenach przygranicznych kwitnie nielegalny handel i jest niebezpiecznie, dlatego w góry nie wolno wybierać się samemu – trzeba skorzystać z jednej z wielu wycieczek zorganizowanych – zazwyczaj grupy są nieliczne.
Najstarsze i najlepiej zachowane zabytki to Waty – czyli świątynie. Zupełnie jak u nas ;). (Tu obowiązują długie nogawki i zakryte ramiona – choć w Bangkoku niekoniecznie). Drugie w kolejności są oczywiście pałace. W Tajlandii północnej warto odwiedzić przynajniej jeden z licznych parków naodowych. Czy wybrać się na trekking? – na pewno tak. W końcu każdemu podoba się co innego, a trekking tutaj zazwyczaj oznacza też rafting oraz czas spędzony ze słoniami.

PIENIĄDZE, ZAKUPY i JEDZENIE

Jednostką monetarną są Bahty. Na złotówki przelicza się bardzo prosto 1zł. to 10B. Dla przykładu godzinny masaż całego ciała to koszt 150B czyli 15zł. Dwuosobowy pokój z klimatyzacją można wynająć za niecałe 300B. Wynajęcie motoru 150B dziennie, samochodu 850B w zwyż, a roweru 30B. Należy uważać z zakupami – ceny są zawsze wygórowane i trzeba ostro się targować. Poza tym podobno często kupuje się niedokładnie to co się chciało: wiskozę zamiast jedwabiu, śliczny kamyk zamiast rubinu. Podkoszulki i koszule można kupic od 6 do 15zł, sukienki ok 25zł. Jak ktoś jest zdolny to może nawet taniej – nam się taniej nie udało. Najlepiej kupować w małych nieturystycznych miejscowościach – poczatkowe ceny sa niższe ;). Jedzenie jest niezwykle pyszne i tanie. Porządny obiad można zjeść za 15zł. Sok wyciskany z owoców wypić za 2zł. W menu dominuje ryż (Tajlandia jest największym eksporterem ryżu na świecie) i makaron (ten cienki z zupek chińskich). Do tego zazwyczaj warzywa i kurczak lub wieprzowina, rzadziej wołowina. Czasem przypadkiem z menu wybierze się coś na kształt zupy z wkładką. Taką zupę/sos je się z ryżem wybierając łyżką sos i polewając ryż. Dania z makaronem je się pałeczkami – nawet zupę! W przypadu zupy płyn wypijamy lub zostawiamy – uwaga – zazwyczaj jest bardzo ostre. Dania główne jemy łyżką traktując widelec jak nóż, a łyżkę jak widelec ;). Polecam spróbować zupę kokosową z kurczakiem – ostra po byku, ale palce lizać. Z alkoholi polecam piwo Chang (dwa białe słoniki). Co do nietypowych upodobań żywieniowych to powiem tak: dla europejczyka niektóre zwierzaki nie są do jedzenia, ale do przytulania, do kochania, a innych nawet by rozdeptać nie chciał, a co dopiero zjeść... niestety ograniczenia najwyraźniej wynikają z różnic kulturowych ;) przynajmniej dla mnie. Króliczki i pieski na wagę, szarańcze i inne robaki z grilla można kupić na podmiejskich targach. Z przykrością stwierdzam, że szarańczy nie dałam rady. Nawet do ręki nie mogłam wziąć, a co dopiero do ust... szkoda, bo bardzo chciałam spróbować... może następnym razem?
Owoce najlepiej kupować na targu – sprzedawca daje spróbować i nie trzeba kupować w ciemno. Rambutan to taki włochaty owoc – bardzo smaczny i podobny do lichi (w skorupkach). Durian śmierdzi jak kupa, ale jest bardzo ciekawy. Każdemu smakuje inaczej – mnie waniliowo-orzechowo – warto spróbować, a po pierwszym kęsie zapachu się nie czuje ;). Jack fruit – podobny do duriana, ale dla mnie niezbyt dobry. Mnóstwo odmian mango – ale ja najbardziej lubie te egipskie. W mieście można kupić owoce z takich mobilnych straganów – owoce są obrane, a na oczach klienta sprzedwca robi 'czop, czop', daje patyk i wkłada do woreczka. Koszt takiego przysmaku to zaledwie 1zł! Z takich samych straganów tylko, że z grillem kupuje się mięska pieczone i znów 'czop. czop' na kawałeczki wielkości na raz.



ŚRODKI TRANSPORTU

TUK-TUK – rodzaj motorowej rykszy

Absoltnie i pod żadnym pozorem nie należy poruszać się w Bangkoku tuk-tukami. Chyba, że ma się mnóstwo czasu i ochotę na jeżdżenie do kolejnych sklepów – żeby chociaż popatrzeć. Muszę przyznać, że techniki namawiania klientów są niewyobrażalnie dopracowane. Po trzech tygodniach w Tajlandii i uzgodnieniu, że do tuk-tuków nie wsiadamy, daliśmy się zrobić w balona – i to po mistrzowsku. Na ulicy pod pałacem zatrzymał nas facet i powiedział tylko, że brama do pałacu mieści się po drugiej stronie ogrdzenia. Zapytał nieśmiało (autentycznie) jak długo już jesteśmy w Tajlandii i powiedział, że jest nauczycielem na wakacjach. Polecił nam świątynię (z resztą bardzo fajną) i powiedział, że warto tam pojechać, bo tam są obrzędy – akurat dziś! No i pokazał na mapie dwa inne ciekawe miejsca. Zdradził też 'tajemnicę', że trzeba wybierać tuk-tuki z żółtą tablicą – żeby się nie dać nabrać! Bo te z żółtą tablicą są rządowe i nie pobierają extra opłat! Wybrał dla nas taki i uzgodnił cenę – jedyne 40B. (nie muszę chyba wspominać, że wszystkie mają takie same tablice). Już odszedł, ale jednak zawrócił i powiedział, że skoro też pracujemy w szkole to on nam pleca miejsce gdzie można kupić tanie ubrania i pamiątki. Światełko zapaliło się kiedy Pan z tuk-tuka pokazał nam drogę do świątyni – ale to jeszcze nie koniec! W światyni 'przypadkiem' był inny facet, który zagadał i powiedział, że jest takie miejsce, w którym się kupuje bez podatku i wymienił tą samą nazwe ;). No i zaliczyliśmy dwa sklepy po drodze – siatka zorganizowana nie do pojęcia! Z tego żyją ludzie – nawet jak nic nie kupisz, to tuk-tuk man dostanie kupon na paliwo, a jak kupisz to pewnie odbierze prowizję.

SONGTHAEW

To jest tani miejski środek lokomocji (w Bangkoku nie widziałam). To zwykły pick-up, który ma zabudowaną 'pakę' z dwiema ławkami dla pasażerow. Może i wolno jeździ, ale przynajmniej jest tani.

SAMLOR

Ryksza rowerowa – są prywatne i rzadowe. W tych prywatnych cenę ustala się z kierowcą, a wycieczka rządową rykszą kosztuje jedyne 50B.

ŁODZIE

Bangkok jest nazywany 'Wenecją Wschodu' z powodu sieci kanałów, po których można popływać długoogonowymi łodziami (prywatnie 1 godz.-400-500B – nie więcej). Można także przemieszczać się wodnymi tramwajami – pływają, za grosze co 20min.

TAXI

Stosunkowo niedrogi środek transportu pod warunkiem, że złapie się płatną wg licznika. Jeśli będzie po prostu z ulicy cena wywoławcza może nas przyprawić o zawrót głowy ;).

AUTOBUSY

Niezła jazda – tutaj wyróżnia się szereg klas, a każda jest dobra. Zwykłe autobusy podmiejskie kosztują mało, jeżdżą wolno, ale są czyste i podróżuje sie z miejscową ludnością. Za klimę robią otwarte okna. Autobusy 2 klasy są fantastyczne – zazwyczaj piętrowe i z klimą, ale autobusy typu VIP są wprost olśniewające. Siedzenia prawie leżące, firaneczki w oknach – stewardesa w firmowym toczku podaje posiłek oraz deser. Przystanek przy nowoczesnym markecie – można kupić owocki, cisteczka. W autobusie kocyk i filmik – podróż w tak luksusowych warunkach mija w mgnieniu oka ;).

POCIĄGI

Są stosunkowo drogie – wyróżnia się 3 klasy. Chyba najkorzystniej wybrać 2 – klima działa poprawnie i przez całą noc – przedziały nie są podzielone, ale każde łóżeczko ma firaneczkę – pościel wliczona w cenę. Obsługa jest 1 klasa – śniadanka, obiadziki i przekąski do wboru i koloru.

SAMOLOTY

Zdecydowanie na tak! Szczególnie te malutkie ;). Transport lotniczy jest relatywnie tani, a sieć połączeń dość dobrze rozwinięta.

WŁASNY ŚRODEK TRANSPORTU

W dużych miastach może i jest problem z powodu korków, ale uważam, że Tajowie jeżdżą bardzo ostrożnie. Przede wszystkim nie rozwijają dużych prędkości i wbrew temu co piszą uważają na motocyklistów. Chyba największą trudność sprawia ruch lewostronny – nieprzyzwyczajonym oczywiście... a jakoś dróg jest zadziwiająco dobra.


Wszytskie te opisy dotyczą Tajlandii północnej i środkowej – przypuszczam, że wyspy charakteryzują się zupełnie innymi prawami.

20 maja 2010

BANGKOK PRZED WYLOTEM - ZWIEDZANIE

Bangkok – 10 milionowe miasto o najdłuższej na świecie nazwie. Oficjalnie nazywa się w tłumaczeniu 'Wielkim Miastem Aniołów', ale pełna nazwa brzmi następująco: 'Krungthep-mahanakhom-bowornrattanakosin-mahintaraytthaya-mahadilokpop-noppharatchathani-burirom-udomratchaniwet-mahasthan' ;). Ciężko to nawet przepisać, a co dopiero przeczytać, ale poświęciłam się bo to ciekawostka ;). Bangkok dopiero w 1782r. został stolicą Tajlandii – od tamtego czasu wciąż się rozrasta. Dawniej nazywany był 'wenecją wschodu' ze względu na liczne kanały i usytuowanie nad rzeką Menam – królową rzek. I choć obecnie do Wenecji Bangkokowi daleko, to wycieczka łodzią po kanłach jest naprawdę ciekawa i przyjemna. A podróżowanie wodnymi tramwajami nie tylko tanie, ale i bez korków.
Zobacz inne fotki z BANGKOK ZWIEDZANIE

Dzisiaj stargowalismy cenę z 1000 do 600B i zrobiliśmy sobie przeprawę – w jednym z kanałów udało się nam zobaczyć olbrzymie ryby (takie pół metrowe) blisko powierzchni wody, a w innym wypatrzyłam płynącego warana – w pierwszej chwili myślałam, że to krokodyl ;) olbrzym miał z 1,5m! No może troszkę mniej – wyobraźnia też robi swoje ;). Pałacem królewskim jesteśmy rozczarowani, bo za bilet pobierają opłatę w normalnej wysokości, ale nie mówią, że wszystkie wnetrza sa nieczynne poza sezonem! Cieszy mnie tylko, że zobaczyłam dużą replikę Angkor Wat – w piaskowcu i maleńką figurkę szmaragdowego Buddy, który jest zrobiony z jadeitu. Ta niezbyt wysoka figurka jest czczona tak bardzo, że ma specjalne ubranka 'złote, inkrustowane szlachetnymi kamieniami' i król w zależności od pory roku zmienia te ubranka. Zafundowaliśmy sobie podobno najlepszy masaż Tajski w kraju. Mistrzowie ze szkoły Wat Po robią to doskonale. Kosztuje trochę wiecej niż normalny, ale to w końcu jednyne 25zł. Boli, ale jest relaksujący – sama nie wiem jak to możliwe. Do Tajskiego masażu nie trzeba się rozbierać – choć przeważnie dają specjalne luźne ubranie.
z BANGKOK ZWIEDZANIE

Przemiła Pani wyczyniała ze mną takie rzeczy, że aż nie do wiary. Nie miałam pojęcia, że mogę wyginać w taki sposób. Chodziła po mnie (kolanami) a jak naciskała to oczy wyłaziły z orbit, a powietrze z płuc było dosłownie wyciskane z głośnym sykiem. Rewelacja – czuję się ekstra i nie mam żadnego siniaka – nie wyobrażam sobie jednak, żeby to trwało dłużej niż godzinę! Po masażu zjedliśmy obiadek i zrobiliśmy fantastyczne zakupy na Khao San. Kończy się nasza przygoda. Jeszcze tylko kolacja – odwiedziny w kafejce internetowej i pakowanie, które w tą stronę będzie wyzwaniem. W Bangkoku sytuacja ustabilizowana - tymczasem...

ZROZUMIEĆ TAJSKĄ POLITYKĘ

19.05.2010r. - CNN – trzy najważniejsze wiadomości ze świata; Wybuch bomby w Afganistanie, masakra czerwonych koszul w Bangkoku i... news o tym, że 2 osoby były w kokpicie pilotów polskiego samolotu przed katastrofą prawdopodobnie naciskając na lądowanie. Co za miesiąc – zamieszki w Grecji, porotest w Rumunii, Kirgistan ogarnięty wojną. W Europie chmura pyłu i powodzie.

ZROZUMIEĆ SYTUACJĘ W BANGKOKU

Miejsce, z którego robiliśmy zdjęcia 'koszulom' zamieniło się w pole bitwy. Czołgi sforsowały barykadę – koszule podpalały co się dało. Najwieksze centrum handlowe Azji zostało splądrowane i zniszczone. Świat nie protestuje przed krwawą pacyfikacją w Bangkoku. Dlaczego? Poczytaliśmy trochę o historii zamieszek, które tutaj są już tradycją od lat 70-tych. Wszystko zaczęło się w czasach powojennych kiedy na zmianę krajem rządziło wojsko lub intelektualiści. Krwawo rozpędzane demonstracje i wojskowe zamachy stanu to dla Tajlandii chleb powszedni. Najbardziej krwawa masakra miała miejsce w maju (!) 1992r. Wojsko tak jak teraz strzelało na ulicach do demonstrantów. Kraj stanął na skraju anarchii. Ludzie nie ustąpili – mieli już dość panowania wojska w polityce. W wyniku długotrwałego protestu ogłoszono nowe wybory i zapanował pokój. Nie na długo. Każdy kolejny rząd w wyniku działań korupcyjnych składał się z ludzi niewykształconych i nieumiejętnie prowadzących politykę kraju. W 98r. baht osiągnął najniższy kurs w historii, wiele firm zbankrutowało, a bezrobocie wciąż rosło. Rząd namawiał społeczeństwo na powrót do rolnictwa lub szukanie zatrudnienia za granicą. W 2001r. wybory wygrał Thaksin Shinawatra – niegdyś żyjący skromnie, obecnie multimiliarder – właściciel sieci telekomunikacyjnej. Thaksin uzyskał większość w parlamencie i zapomniał o obietnicach odbudowy kraju. Nic dziwnego skoro każdej z 70mln. wsi zaproponował pożyczki o wysokości 1 mln bahtów – nie znam państwa, które mogłoby udźwignąć taki program gospodarczy. Thaksin miał zapędy dyktatorskie i próbował zatuszować krytyczne głosy. W 2006r. wprowadzono nową ustawę, która posłużyła najbardziej interesom Thaksina – mógł dzięki niej korzystnie sprzedać firmę. Wybuchł skandal. Zaczęła się nowa fala demonstracji i wojsko dokonało zamachu stanu. I tu rozpoczyna się źródło dzisiejszego konfliktu. O ile w miastach zapanowała radość z pozbycia się dyktatora, o tyle wsie były rozczarowane – widząc w nim jedynego sprzymierzeńca, wręcz zbawiciela. Kolejnym premierem został Samak Sundaravej – maionetka Thaksina. O ile mieszkańcy wsi byli zadowoleni o tyle w miastach rozpoczęły się kolejne zamieszki. Tysiące demonstrantów przypuściło szturm na siedzibę premiera rządając jego dymisji. Rząd ogłosił stan wyjątkowy, ale na nic się to nie zdało, gdyż wojsko zachowało neutralne stanowisko w tej sprawie. Wybrano nowy rząd.
Obecnie mamy do czynienia z grupą 5000 demonstrantów głównie z terenów wiejskich. Rządają oni ustąpienia rządu i ponownych wyborów. Okupację terenu największego centrum handlowego Azji wybrali z rozmysłem – tygodniami mieli dostęp do żywności – centrum zostało splądrowane i zniszczone. Wygląda na to, że nie osiągną celu – pytanie tylko czy Tajlandia po raz kolejny jest w przededniu wojny domowej? Najwyraźniej ten buddyjski kraj znalazł najprostszy sposób na wyrażanie niezadowolenia z polityki rządu – przemoc. W najbliższym czasie nie zapowiada się na radykalne zmiany, można się więc sopodziewać kolejnej fali demonstracji.

19 maja 2010

BANGKOK W OGNIU

Wprowadzono godzinę policyjną - pół miasta wyłączone z ruchu, zabytki w centrum nieczynne - w Siam dokonano pacyfikacji - strzelano do wszystkich - również do cywili. Z przerażeniem myślę o tym, że w tym samym czasie my beztrosko pływaliśmy po kanałach i daliśmy się naciąć na 'tuk-tuk' - kolejny raz. Handel się kręci nawet kiedy giną ludzie. O masakrze dowiedzieliśmy się ze szczytu 'złotej świątyni' wtedy dopiero zobaczyliśmy centrum w ogniu. Działania wojskowe odbyły się w kilku miejscach w mieście - ze szczytu wieży widać było czarne smugi dymu. Cały czas płonie budynek telewizji, w którym jest uwięzionych ok.100 osób. Sklepy i restauracje w naszej części miasta są zamknięte na głucho - szyby oblepione papierem - to już naprawdę nie przelewki. Wojsko i policja są dosłownie wszędzie. Podobno część dowódców 'Czerwonych Koszul' już się poddała... Zobaczymy co będzie dalej. Mam nadzieję, że nie zostaniemy tu uwięzieni w strefie wojny domowej z powodu chmury pyłu wulkanicznego... muszę kończyć przed 8 musimy być w hotelu.
z BANGKOK W OGNIU

17 maja 2010

SUKHOTHAI - DZIEŃ WATÓW

Zobacz inne fotki z SUKHOTHAI

Pierwsza stolica niepodległego królestwa Tajskiego o pięknej nazwie 'wyrastająca ze szczęścia' do dziś pozostaje symbolem złotego wieku tajskiej kultury. Zabytki zostały odnowione dzięki pomocy UNESCO, teren ogrodzono i nazwano parkiem historycznym. Obejmuje 72km2 i nie ma co zwiedzać pieszo. Warto za 3zł. wypożyczyć rower, a cień drzew pozwala przeżyć nawet 40 stopniowy upał (oczywiście w południe należy się sjesta w jednej z licznych knajpek oraz masaż przy powiewie z wiatraka). Najbardziej magicznym miejscem był dla mnie oddalony o 2km od murów miejskich Wat Saphan Hin. Z niewielkiej świątyni ostał się tylko 12,5m Budda, ale klimat jest tu niepowtarzalny. Świątynia została wzniesiona na niewielkim wzgórzu w samym sercu lasu. Roztacza się tu wspaniały widok na okolicę – jest cicho i spokojnie – to miejsce na pewno sprzyja medytacjom. Planowaliśmy zostać tu dwa dni, ale wszystkie zabytki można spokojnie zwiedzić w ciągu jednego, więc jutro wyjeżdżamy do Bangkoku.
z SUKHOTHAI

16 maja 2010

NAJDLASZY KRANIEC KRÓLESTWA - MAE SAI

Jeszcze do wczoraj byliśmy w maleńkim przygranicznym miasteczku Mae Sai. Jest to najdalej na północ wysunięty fragment królestwa Tajlandii, a granica z Birmą przebiega przez niewielką rzeczkę Mae Sai.
Zobacz inne fotki z Mae Sai - najdalszy koniec Tajlandii

Zobacz inne fotki z Mae Sai - najdalszy koniec Tajlandii

Atmosfera jest nie do pobicia - prawie nikt nie mówi po angielsku i co ciekawe są tym trochę zażenowani, a dla nas to nie tylko niezła jazda, ale też i nasz problem skoro przyjeżdżamy świadomie do kraju i nie znamy ojczystego języka. Z wyrażeń do tej pory potrafimy powiedzieć tylko dzień dobry i dziękuję - reszta nie ma sensu. Oni tu mają nie tylko 'gwary' w poszczególnych prowincjach, ale również pięć różnych wysokości tonu i intonacji. Jedno słowo może mieć więc pięć diametralnie różnych znaczeń w zależnosci od intonacji, której europejskie ucho nie jest w stanie wychwycić. Pewnie kwestia ćwiczeń... my używamy w zależności od sytuacji i możliwosci głównie czegoś na kształt pantomimy, pisma obrazkowego i oczywiście kalkulatora. Spędziliśmy w Mae Sai prawie trzy dni z jednym tylko wypadem do 'złotego trójkąta'.
z Mae Sai - najdalszy koniec Tajlandii

Buszowaliśmy po bazarze i targowaliśmy się zaciekle w związku z czym nasze bagaże zaczęły ważyć więcej niż powinny. Ćwiczyliśmy z mieszkańcami w publicznej mini siłowni znajdującej się na powietrzu w centrum miasteczka. Zamawialiśmy 'krzaczki' z menu i zawsze było smacznie (chociaż nie do końca wiemy co jedliśmy), a przede wszystkim przez krótką chwilę obcowaliśmy z prawdziwymi ludźmi. Nie nastawionymi na turystykę - ze zwykłymi mieszkańcami małego miasteczka i było super. Oni codziennie korzystają z tej siłowni - ćwiczą całymi rodzinami - masują sobie plecy śpiewając relaksujące pieśni i cieszą się z życia.
z Mae Sai - najdalszy koniec Tajlandii

Dziś po 9 godzinach tłuczenia się autobusem jesteśmy w Tajlandii środkowej. Zaczęła się podróż powrotna. Szkoda, że czas tak szybko płynie, ale jeszcze kilka dni przed nami - jutro cały dzień zwiedzania i zamierzamy zwiedzać na... rowerze ;). Nie ważne, że jest upał trzeba być twardym! Jak zaliczymy rower to zdobędziemy Tajlandię wszystkimi dostępnymi tu środkami lokomocji - oj, już czuję, że to będzie wyzwanie. W górach było chłodno, a tu jest godzina 20 i temperatura spadła do 32st. ;)

W Bangkoku coraz gorzej - zdjęcia w tutejszych gazetach przerażające - kontroli policyjnych mnóstwo w całym kraju - choćby dziś sprawdzali nas 6 razy. Wiadomości nie oglądamy z przekonania, że media zawsze przesadzają, ale na każdym kroku widzimy włączone telewizory i mieszkanców, którzy patrzą ze zgrozą na te zamieszki.

15 maja 2010

OPIUM W ZŁOTYM TRÓJKĄCIE

Wypożyczonym skuterkiem pognaliśmy do osławionego 'złotego trójkąta'. Nie spotkaliśmy nigdzie żadnego turysty i w końcu poczuliśmy się jak w prawdziwej Tajlandii. Miasteczko Sop Ruak na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym specjalnym. Jest położone nad brzegiem Mekongu i to właśnie tutaj dokonywano największych opiumowych transakcji. Graniczą tu ze sobą Tajlandia, Birma i Laos. Można popływać długoogonową łodzią i jak się okazało, nielegalnie przekroczyć granicę i zrobić zakupy w Laosie - ceny bardzo przystępne - nie muszę pisać, że zapłacić za wizytę trzeba, ale pieczątki w paszporcie nie stawiają. Tak na serio, to myślimy, że tam jest jakaś strefa - coś na kształt bezcłowej. Ale tutaj to nigdy nie wiadomo... grunt, że byliśmy dziś w Laosie ;) i wykąpaliśmy się w Mekongu, ale to polecam tylko bardzo dobrym pływakom ze względu na silne prądy.
Zobacz inne fotki z Opium w Złotym Trójkącie

W Złotym Trójkącie koniecznie trzeba odwiedzić 'Hall of Opium' założone przez (SPROSTOWANIE) Matkę Miłościwie Panującego Króla. (nawrócony boss kartelu narkotykowego otworzył kasyno i spa w Birmie). W muzeum opium stworzono 5600m2 powierzchni wystawienniczej - wszystko na najwyższym poziomie. Prace nad poszczególnymi strefami trwały aż 10 lat i pochłonęły mnóstwo bahtów (jak zajrzę do przewodnika to napiszę ile - doczytałam 300 milionów Bhatów!!). Muzeum/galeria ma na celu pokazanie czym opium było i jest dla mieszkańców Azji, ale również jakie żniwa zbiera na całym świecie. I tak od historii przechodzimy do współczesności. Zaskakują prezentacje multimedialne, galerie i pokazy wszystko w bardzo modernistycznej formie. Obsługa wewnątrz jest bez zarzutu. Każdy powinien zobaczyć 'hall od opium' żeby wiedzieć jak wielki jest przemysł narkotykowy i jakie szkody wyrządza na całym świecie.
Zobacz inne fotki z Opium w Złotym Trójkącie

wewnątrz nie można robić zdjęć więc zamieszczam link do strony HALL OF OPIUM

14 maja 2010

Z OSTATNIEJ CHWILI - W BANGKOKU STAN WYJĄTKOWY

Wczoraj wieczorem po kolejnych starciach z 'czerwonymi koszulami' ogłoszono stan wyjątkowy dla Bangkoku i okolic oraz piętnastu innych prowincji. Swoją ambasadę zamknęły Stany Zjednoczone. Do tej pory zginęło już 29 osób, a 900 zostało rannych. Dziś na targu ostrzegano nas przed powrotem w tamte strony. Napięta od kilku miesięcy sytuacja nie służy Tajlandii. Nie dość, że w tym roku jest susza i nieurodzaj, to jeszcze turyści nie przyjadą. Realnie zagrożone jest centrum Bangkoku okupowane przez demonstrantów i otoczone w tej chwili kordonem wojska i policji. Niestety wczoraj zastrzelono 33 - latka, który usiłował przejść przez ulicę. Strzelano także w okolicach parku Lumpini, a to już typowo turystyczne miejsce... czyżby wojna domowa faktycznie była nieunikniona? Nie chce się wierzyć...

WSZYSTKO Z GÓRY - MOTOREM I CESNĄ Z CHIANG MAI

Z samego rana wielkie przeżycie. Kiedy w Polsce wszyscy spali my wsiadaliśy do 12 miejscowej cesny, żeby przelecieć z Chiang Mai do Chiang Rai. Uwielbiam malutkie samolociki! Na początku trochę się bałam jak to będzie, wydawało mi się, że będzie głośno, że bedzie rzucać, a przy starcie będą jakieś niesamowite przeciążenia. A to przecież nie odrzutowiec!! Cyk – pyk i już byliśmy w powietrzu . Siedzieliśmy tuż za pilotami przypięci w pasach takich jak w samochodzie. Na pokładzie było nas pięcioro i dwóch pilotów. Uhhh.. jak ja bym chciała mieć własny samolotek... taki mały, maleńki np.4 osobowy... i mogłabym zostać drugim pilotem ;) bo stewardesą to nie chce – pasażerowie zwykle mają za dużo wymagań!
ZOBACZ INNE FOTKI Z motorem i cesną z Chiang Mai

Nareszcie jest chłodno... no może za dużo powiedziane, ale przynajmniej nie ma tego zapierającego dech w piersiach upału. Siedzę nad rzeką w Mae Sai jakieś 30m od Birmy, ale wioska po drugiej stronie rzeki nie różni się niczym od tej, w której jesteśmy. Nieturystyczna Tajlandia stylem niewiele różni się od nieturystycznych Indii. Ludzie są tu niezwykle mili i rozmowni choć nie mówią po angielsku to jednak nawiązują kontakt. O bliskości granicy świadczy tylko wzmożona kontrola dokumentów – w miejscowym autobusie sprawdzali dowody osobiste aż dwa razy. Nas tylko przywitano skinieniem głowy, żadne tam zaglądanie do paszportu – to już kolejny kraj, w którym nie jestem terrorystką.
Zobacz inne fotki z motorem i cesną z Chiang Mai

Wczoraj zdobyliśmy najwyższy szczyt Tajlandii – motorem. Według zasady Bartka nie ma sensu wychodzić tam gdzie da się wyjechać. Doi Inthanon ma 2565m n.p.m., ale widok z niego nie jest jakoś specjalnie oszałamiający. Droga kończy sie na szczycie tuż przed stacją radarową, dzięki której żołnierze patrolują przygraniczny teren z Birmą i Laosem. Jazda na motorze w upale nie jest bardzo zahwycająca. W mieście trzeba lawirować między samochodami i zatrważającą ilością innych motocykli i ciągle pilnować się w ruchu lewostronnym. Poza miastem z kolei, w terenie górzystym, nie rozwija się niesamowitych prędkości i w związku z tym doskwiera upał. Nikt o tym nie mówi, ale siodełka motocyklowe nie należą do najmiększych i po zrobieniu 200km tyłek naprawdę boli – i odparza się, bo jest gorąco ;). Na szczęście dzien wcześniej odkryliśmy uroki msażu. Całe ciało można wymasować za 15zł. (masaż trwa godzinę i jest boski). Usługi tego typu w ogóle są tanie np. manicure czy pedicure kosztuje 20zł. z malowaniem, a za obcięcie, farbowanie, masaż głowy i odżywkę do włosów zapłaciłam 50zł. Mam modny w Tajlandii kolor czekoladowy zmieszany z zielonym – było trochę strachu, ale wyszło nadspodziewanie dobrze.
Zobacz inne fotki z motorem i cesną z Chiang Mai

W Chiang Mai zamiast zwiedzać korzystaliśmy z dobrodziejstw taniej kuchni, pysznego piwa i znakomitych masaży. Ostatniego dnia obejrzeliśmy 3 z pośród ponad 150 buddyjskich świątyn tzw. Watów. Mury miejskie pominęliśmy z rozmyslem – widzieliśmy je wielokrotnie wyjeżdżając z miasta. Choć historię mają krwawą (składano ofiary z ludzi aż do drugiej połowy XIXw. - duchy miały ochronić miasto) to obecnie nie są wyjątkowe pod żadnym wzgledem.
Zobacz inne fotki z motorem i cesną z Chiang Mai