PRZEZ INDIE DO NEPALU I Z POWROTEM
Ten blog powstał, by na zawsze uwiecznić wspomnienia z wyprawy do Indii i Nepalu. Niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. W korowodzie codziennych zdarzeń i spraw do załatwienia znalazłam w końcu miejsce na odnalezienie samej siebie.
27 lutego 2011
LUFTHANSA GIFT
Linie lotnicze Lufthansa przed chwilą dokonały przelewu na nasze konto opiewającego na kwotę 500 euro ;). Mieli przeładowany samolot i zaproponowali 'zadośćuczynienie' każdej osobie, która mogłaby polecieć do Katowic 4 godziny później. Zgłosiliśmy się na ochotnika, wydłużając tym samym naszą podróż do 50 godzin, ale za to nie tylko zwrócił nam się bilet, ale jednocześnie przebukowali nam na bezpośredni do Krakowa – takie dwa w jednym – co za miły dzień...
24 lutego 2011
LA HORA CERO
Szykujemy się do 46 godzinnej podróży do domu. Przed przyjazdem tutaj miałam ogromne wątpliwości, czy powinno się jeździć do krajów, nazwijmy je tak dla uproszczenia, policyjnych. I choć ten banalny komentarz pewnie będzie się za mną ciągnął niemiłosiernie, muszę napisać, że każdy turysta ma wpływ na politykę kraju. To jak z efektem motyla. Nie chodzi tu oczywiście o kasę, którą zostawia się głównie bossowi i pośrednikowi pośrednika, a przemiły przewodnik, który z nami podróżuje dostaje tylko odsetek. Chodzi o ludzi mieszkających w danym kraju i ich światopogląd. Wiele tutaj rozmawialiśmy o polityce, Chavezie i ludziach. W związku z jaśminową rewolucją rozbudziły się nadzieje i wielu sądzi, że Wenezuela będzie następna. Pytanie tylko co da sama zmiana prezydenta? I nie jest to kwestia, jak mówią niektórzy, braku doświadczenia w korzystaniu z demokracji, tylko problem w świadomości człowieka. Państwo tworzą ludzie, a dyktator trzyma ich w garści umiejętną propagandą. Zobaczmy nasz żywy wciąż przykład, gdzie po 20 latach od wyzwolenia wciąż da się usłyszeć: 'za komuny żyło się lepiej'. Wielu ludzi nie chce, a raczej nie widzi potrzeby bycia wolnym. Benzyna 500 razy tańsza niż w Polsce, prąd za bezcen, każdy ma dom i samochód - czego chcieć więcej? I tu właśnie rola ludzi takich jak my -turyści. Nie narzucając się ze swoim zdaniem i nie zadzierając nosa możemy zwyczajnie pokazać samą swoją obecnością jak to się żyje kiedy można mieć pracę jaką się chce, można wyjechać gdzie się chce i robić co się chce, można wyjść z domu po zmroku i mówić co się uważa choćby to bzdury były. A jak coś się kupi to nie trzeba się bać, że zostanie upaństwowione. I co najważniejsze - wolno myśleć. Jak się zacznie myśleć to kiedyś się w końcu dojdzie do wniosku, że nie ma nic za darmo, że to się kiedyś musi skończyć, a kryzys w Wenezueli widać gołym okiem. Widzą ci, którzy chcą widzieć. U nas też kiedyś było inaczej i warto o tym mówić. Potrzeba lat żeby zmienić mentalność ludzi i na niewiele się zda krwawa zmiana prezydenta. Co się bowiem stanie gdy Chavez odejdzie, a jego następca zacznie likwidować korupcję, zmniejszy przestępczość poprawiając funkcjonowanie aparatu państwa, ale jednocześnie dla poprawienia stanu gospodarki będzie musiał zacisnąć pasa? Ten, kto pierwszy podniesie cenę paliwa w Wenezueli będzie bardzo odważnym człowiekiem, i chyba długo nie pożyje...
Wczoraj byliśmy w kinie. 'La hora cero' Diego Velasco to produkcja jakiej się tu nie spodziewałam. Film o prawdziwej Wenezueli i skoro powstał, to również o tym, że przemiana już się zaczęła. Brutalna codzienność Caracas pod płaszczykiem typowo amerykanskiej fabuły pokazuje moralność aparatu państwowego - korupcję i przemoc. Bandyci z bronią wycelowaną w niewinnych ludzi bronią podstawowych praw człowieka. Bardzo ciekawy i inspirujący obraz zrozumiały bez choćby postawowej znajomości języka hiszpańskiego. Dla nas brutalny i odarty z konwenansów został odebrany przez miejscową młodzież na wesoło. Przyzwyczajeni do krwi od dziecka, nie potrafią dostrzec tej jasnej formy przekazu i subtelnej inspiracji - potrzeba czasu, żeby zrozumieli, że możne być inaczej, bezpiecznie po zmroku... To mam nadzieję kiedyś w Wenzueli się zmieni, a film zdecydowanie polecam.
Wczoraj byliśmy w kinie. 'La hora cero' Diego Velasco to produkcja jakiej się tu nie spodziewałam. Film o prawdziwej Wenezueli i skoro powstał, to również o tym, że przemiana już się zaczęła. Brutalna codzienność Caracas pod płaszczykiem typowo amerykanskiej fabuły pokazuje moralność aparatu państwowego - korupcję i przemoc. Bandyci z bronią wycelowaną w niewinnych ludzi bronią podstawowych praw człowieka. Bardzo ciekawy i inspirujący obraz zrozumiały bez choćby postawowej znajomości języka hiszpańskiego. Dla nas brutalny i odarty z konwenansów został odebrany przez miejscową młodzież na wesoło. Przyzwyczajeni do krwi od dziecka, nie potrafią dostrzec tej jasnej formy przekazu i subtelnej inspiracji - potrzeba czasu, żeby zrozumieli, że możne być inaczej, bezpiecznie po zmroku... To mam nadzieję kiedyś w Wenzueli się zmieni, a film zdecydowanie polecam.
19 lutego 2011
PICO HUMBOLDT 4 942m n.p.m.
Wąską, mokra ścieżką pniemy się mozolnie pod górę. Otaczają nas rośliny jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Las chmurowy pogrążony w wiecznej mgle - tak się w Wenezueli nazywa ten przedziwny zbiór archaicznych roślin. Gigantycznych rozmiarów paprocie o liściach większych od człowieka zwieszają się nad naszymi głowami. Niesamowitych kształtów porosty i przerośnięte liany bambusów tworzą iście jurajski krajobraz. Nasze plecaki zostały dociążone jedzeniem i nieco przerażającym sprzętem w postaci raków, czekanów i kasków. Im wyżej tym mokrzej i ciężej. Powyżej 3000m las zmienia oblicze. Znikają porosty i paprocie zostaje drobny bambus, a później pojawiają się karłowate drzewa i krzewy ozdobne. Zaczyna też boleć głowa. Choć idziemy wolno i uważamy na każdy oddech serce wali jak szalone. Robi się coraz piękniej i bardziej skaliście, ale ból głowy nasila się z każdym krokiem i zaczyna być irytujący jak mucha brzęcząca przy uchu. W końcu kompletnie przemoczeni po 6 godzinach wspinaczki docieramy do pierwszego obozu. Rozkładamy namiot i okazuje się, że chytry dwa razy traci. Zamiast zabrać nasz przytargany z Polski już sprawdzony - zabieramy turystyczny od przewodnika - lżejszy, ale mniejszy. Plecaki wylatują na zewnątrz, a my ledwo mieścimy się w środku. Rano wszystko jest mokre poza ciuchami, które z przyzwyczajenia wepchałam do śpiwora. W obozie śpią chlopaki z USA, Kanady i Niemiec - glacjolodzy. Sprawdzają czy zanikanie lodowców w Andach jest zjawiskiem lokalnym, czy wynikiem globalnego ocieplenia. Wenezuelskie lodowce w przeciągu ostatnich 30 lat skurczyły się o 70%. Ta część Andów, którą obecnie eksplorujemy należy do najstarszych na świecie i jest częścią Koldyriery Wschodniej. Ciągle rośnie, więc jest szansa, że kiedyś Pico Bolivar osiągnie upragnione przez wenezuelczyków 5000m ;).
Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.
Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.
Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.
Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?
p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...
Drugiego dnia wspinamy się tylko 4 godziny i nad największym w okolicy polodowcowym jeziorem Laguna Verde znów witamy się z glacjologami. Na 4000m obiad gotuje się 4 godziny, ale nie narzekamy, bo nie ma deszczu.
Z obozu wychodzimy o 5:30 rano. jest zimno i ciemno - mleko na płatki nie chce się nawet podgrzać. Jest trudno. Korzystając z rady glacjologów idziemy wolno - krok za krokiem starając się głęboko oddychać. Jest stromo i skaliście. Drobne kamyczki obsuwają się z pod stóp, a my walczymy o każdy oddech. Śmiesznie tak patrzeć na innych i wiedzieć, że samemu wygląda się tak, jakby za chwilę miało się przewrócić.
Po wschodzie słońca robi się gorąco. W końcu dochodzimy do lodowca. Jeszcze nie wierzę, że to może się udać. Szczyt Humboldta wygląda zabójczo. Lodowiec jest niezwykle piękny. Nasycenie od jasnoniebieskiego do granatu wygląda niesamowicie. Olbrzymi jęzor wylewa się na skały i tam zastyga zwieszając się ku przepaści. Budzi respekt taki olbrzym żyjący własnym życiem. Glacjolodzy mówią, że wkrótce może go tu nie być. Wyraźnie widać jak topnieje w palącym słońcu i słychać wibracje płynącej wewnątrz wody. Po raz pierwszy w życiu ubieramy raki i związani liną stawiamy pierwsze kroki na lodowcu. Dopiero z góry widać jak kruchy jest ten masyw, ile ma szczelin, pęknięć i niezwykle malowniczych dziur. Zostawiamy plecaki i raki przed atakiem szczytowym. Pogoda załamuje się i dookoła zaczyna napływać mgła. Wspinamy się szybko na szczyt wciąż nie wierząc, że jednak się uda. Kiedy na szczycie pozujemy do zdjęcia i zgodnie z wenezuelską tradycją krzyczymy na całe gardło 'Cumbre' czuję wibracje emocji. Udało się! Chociaż do samego końca byłam przekonana, że ktoś (zapewne ja) ulegnie chorobie wysokościowej.
Czytałam ostatnio o facecie, który wspiął sie na K2 i na szczycie płakał jak dziecko - nie dlatego, że udało mu się zdobyć szczyt, ale dlatego, że ta męczarnia wreszcie się skończyła. Znam to uczucie... ale on chyba nie wiedział, że jeszcze trzeba zejść na dół?
p.s. teraz nudzimy się w namiotach czekając na obiad. Zjemy wspólnie z glacjologami, którzy zostali brutalnie pozbawieni żywności. Na 4000m krowy wdarły się do namiotu i pożarły wszystko co dobrze pachniało - pozostałą żywność zniszczyły. Początkowo myśleliśmy, że za tę katastrofę odpowiedzialne są dzikie psy, jakich w okolicy nie brakuje, ale zrobiliśmy krótkie śledztwo i po kupie poznaliśmy, że to jednak krowy...
14 lutego 2011
PICO HUMBOLDT NA WALENTYNKI
Zwariowany dzień. Dziś rano Dietter wyrzucił nas z posady! W walentynki! Jeszcze wczoraj mówił Nataszy, że jesteśmy jego przyjaciółmi, że może spokojnie z nami iść na 6-cio dniowy trekking na Pico Bolivar, a dziś takie coś. Jej też się oberwało, zagroził, że jak pójdzie z nami to najprawdopodobniej to się źle dla niej skończy, a on jej wtedy na pewno nie pomoże. Wszystko dlatego, że nie zgodziliśmy się na trekking z podobno najlepszym w Meridzie przewodnikiem. Nie dość, że omówione wcześniej warunki nagle straciły na ważności, to jeszcze cena wzrosła podwójnie, a ten przewodnik gadał jak najęty wyśmiewając nas i wszystkie nasze sprzęty i chełpiąc się, że studiował w Austrii i jest tak wspaniały, mądry i silny, że nie do wiary. Za żadną cenę nie poszłabym z nim w góry, szczególnie, że nie był w ogóle przygotowany - nie miał sprzętu - lin, uprzęży i mówił, że musimy najpierw zapłacić, żeby on mógł to kupić! Dietter się wnerwił, bo prowizja za polecenie frajerów przeszła mu koło nosa...My się zmartwiliśmy, bo nie dość, że nas wyrzucił (małe piwo w turystycznym mieście, ale niezbyt miło) to jeszcze w zasadzie pożegnaliśmy się z trekkingiem.
Omijajcie szerokim łukiem posadę Swissa w Meridzie. Trzy kroki dalej jest Alemania gdzie Panie są miłe, przewodnicy Was nie wyśmieją, wycieczki będą o połowę tańsze i nikt Was nie wyrzuci tylko dlatego, że nie daliście się nabrać - paskudny, zdradziecki Ditter - a jego dziadek mieszkał w Szczecinie!
Wszystko skończyło się dobrze i na walentynki kupiliśmy sobie trekking na Humboldt - jest tylko 50m niższy od Bolivaru, a nie trzeba być zaawansowanym wspinaczem żeby się dostać na szczyt. Na początek to będzie wystarczające wyzwanie zważywszy na wysokość. Poza tym zamiast 6 będzie 4 dni, a my już dwa mamy poza planem (spóźnienie na autobus w Mochimie i dzisiaj). Panie w naszej nowej cudownej posadzie Alemania wszystkim się zajęły i okazało się, że spokojnie za normalną cenę można iść w góry. Z przewodnikiem, sprzętem i wyżywieniem wyszło nam po 50 dolarów dziennie na głowę. Bolivar odpuściliśmy, bo trzeba mieć trochę większe pojęcie o wspinaczce niż my obecnie mamy - jak się poduczymy to wrócimy...
Omijajcie szerokim łukiem posadę Swissa w Meridzie. Trzy kroki dalej jest Alemania gdzie Panie są miłe, przewodnicy Was nie wyśmieją, wycieczki będą o połowę tańsze i nikt Was nie wyrzuci tylko dlatego, że nie daliście się nabrać - paskudny, zdradziecki Ditter - a jego dziadek mieszkał w Szczecinie!
Wszystko skończyło się dobrze i na walentynki kupiliśmy sobie trekking na Humboldt - jest tylko 50m niższy od Bolivaru, a nie trzeba być zaawansowanym wspinaczem żeby się dostać na szczyt. Na początek to będzie wystarczające wyzwanie zważywszy na wysokość. Poza tym zamiast 6 będzie 4 dni, a my już dwa mamy poza planem (spóźnienie na autobus w Mochimie i dzisiaj). Panie w naszej nowej cudownej posadzie Alemania wszystkim się zajęły i okazało się, że spokojnie za normalną cenę można iść w góry. Z przewodnikiem, sprzętem i wyżywieniem wyszło nam po 50 dolarów dziennie na głowę. Bolivar odpuściliśmy, bo trzeba mieć trochę większe pojęcie o wspinaczce niż my obecnie mamy - jak się poduczymy to wrócimy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)